Reklama

Jeżeli epidemia nie wygaśnie do maja, co jest praktycznie pewne, to wybory w maju oznaczałyby ryzyko dla zdrowia, a także problemy z obsadzeniem komisji wyborczych. Ponadto byłaby to nieuczciwa konkurencja, bo jeden kandydat dominuje w mediach rządowych. Sądzę, że presja społeczna doprowadzi do przesunięcia wyborów – mówi prof. Leszek Balcerowicz, ekonomista, b. wicepremier i minister finansów

MICHAŁ RUSZCZYK: W wyniku pandemii koronawirusa na giełdach odnotowano największe spadki od 1987 roku. Czy według pana polski rząd jest przygotowany na kryzys?

LESZEK BALCEROWICZ: W tym pytaniu jest zawartych kilka wątków. Po pierwsze akcje giełd na Zachodzie, a po drugie przygotowanie rządu na kryzys. Nie będę komentował w tej chwili tego, co się dzieje na giełdach, może poza jedną uwagą, a mianowicie obniżka stóp procentowych nie uspokoiła rynków. Potwierdzało to słuszne ostrzeżenie, że

prowadzenie takiej niekonwencjonalnej polityki pieniężnej przez dziesięć lat wyrządziło gospodarce więcej szkody, niż pożytku.

Należałem do osób, które znacznie wcześniej krytycznie odnosiły się do tego typu działań. Co do drugiego wątku, to są dwie kwestie. Pierwsza: czy działania władz państwowych po tym, jak pojawiły się informacje o epidemii w Chinach, były dostatecznie szybkie, po drugie, czy ich skala była wystarczająca. Mogę tylko powiedzieć, że podzielam wątpliwości osób, które wskazują na to, że na przykład ilość wykonywanych testów jest zdecydowanie mniejsza, niż w innych państwach.

Reklama

Co do skutków gospodarczych epidemii to chciałbym, po pierwsze, przypomnieć, że polityka PiS-u osłabiała gospodarkę od strony fundamentalnej, zmniejszając liczbę ludzi pracujących przez obniżanie wieku emerytalnego albo osłabiając i deformując gospodarkę rynkową. Te

szkody były do tej pory przysłaniane przez czynniki zewnętrzne – dobrą koniunkturę gospodarczą oraz podwojenie napływu Ukraińców do Polski. Te czynniki wygasły lub wygasają, a dochodzą do głosu szkody, które zostały wcześniej przez politykę gospodarczą PiS-u uczynione.

I to nie tylko przez politykę gospodarczą, bo dochodzi jeszcze atak na sądy, arbitralność prokuratury – to są dodatkowe czynniki, które zniechęcają do inwestowania.

Do niedawna sytuacja gospodarcza została wykorzystana do wprowadzenia kosztownych programów socjalnych pod hasłem, że rząd ma pieniądze. Ale to się skończyło, co było do przewidzenia jeszcze przed epidemią, skoro dla sfinansowania dodatkowych świadczeń stopniowo podwyższano podatki i sięgano do rezerw. W tym sensie Polska jest słabo przygotowana do kryzysu, który zostanie pogłębiony w wyniku epidemii. Dochodzą do tego jeszcze dodatkowe kwestie – osłabienie niezależności banków wskutek ich nacjonalizacji.

Rząd mocno nadwerężył rezerwy finansowe na wypadek sytuacji kryzysowej, finansując nimi transfery socjalne przy okazji kolejnych kampanii wyborczych. Co nam grozi w takiej sytuacji? Czy państwo polskie stanie się bankrutem?
Jeżeli przez bankructwo pan rozumie ogłoszenie niewypłacalności przez państwo, to nie widzę takiego niebezpieczeństwa.

Raz już, wskutek polityki Gierka, staliśmy się bankrutem wobec wierzycieli zagranicznych i na początku lat 90. udało się nam zredukować zadłużenie o połowę. Wzrost zadłużenia publicznego wiąże się z późniejszą spłatą, co oznacza, że wydatki na to przeznaczone wymagają obcięcia innych lub podwyżki podatków. To jest główne ryzyko.

Innymi słowy, społeczeństwo prędzej czy później zapłaci za problemy związane z budżetem, polegające na nadmiernym zadłużaniu.

W wyniku pojawienia się koronawirusa mocno już ucierpiała branża turystyczna i transportowa. Co rząd powinien zrobić, żeby uratować te działy gospodarki przed totalną zapaścią?
Generalna wskazówka jest taka, że należy wykorzystywać ograniczone środki na przejściową pomoc dla tych dziedzin – przedsiębiorstw i ich pracowników – które szczególnie ucierpiały.

Jak długo będziemy wychodzić z kryzysu spowodowanego pandemią?
To zależy od tego, czego jeszcze nie wiemy. Tym zajmują się badacze, biolodzy i epidemiolodzy, a mianowicie, jaka będzie dynamika pandemii.

Andrzej Duda, mimo obecnej sytuacji i obowiązujących przepisów, kontynuuje kampanię prezydencką i jeździ po całym kraju, składając tzw. wizyty gospodarskie, a PiS nie ukrywa, że zamierza wygrać wybory w I turze. Czy są jakieś przepisy prawne, które umożliwiłyby wywarcie skutecznego nacisku na prezydenta, żeby zaprzestał tych praktyk?
Nikt nikomu w Polsce jeszcze nie zakazał demonstrowania lub dawania wyrazu swojemu sprzeciwu wobec działań, które też uważam za bezwstydne.

Wykorzystywanie swojej pozycji i partyjnych mediów do robienia sobie kampanii musi oburzać. Najważniejsza odpowiedź na tego typu zachowania leży po stronie społeczeństwa obywatelskiego.

Czy, biorąc pod uwagę panującą pandemię, której szczyt w Polsce, jak przypuszczają epidemiolodzy, przypadnie na koniec kwietnia, należy przesunąć termin wyborów prezydenckich? Kiedy w tej sytuacji powinny odbyć się wybory – jesienią czy może dopiero wiosną 2021? Czy jest możliwe, w tak wyjątkowej sytuacji, przedłużenie kadencji prezydenckiej o blisko rok?
Wybory należy oczywiście przesunąć.

Biorąc pod uwagę, jak dużym przedsięwzięciem logistycznym są wybory, chciałbym zapytać, kto według pana zgłosi się teraz do komisji wyborczych i w jakim trybie będą one pracowały? A jak powinno w tej sytuacji przebiegać samo głosowanie?
Jeżeli epidemia nie wygaśnie do maja, co jest praktycznie pewne, to wybory w maju oznaczałyby ryzyko dla zdrowia, a także problemy z obsadzeniem komisji wyborczych. Ponadto byłaby to nieuczciwa konkurencja, bo jeden kandydat dominuje w mediach rządowych. Sądzę, że presja społeczna doprowadzi do przesunięcia wyborów.


Zdjęcie główne: Leszek Balcerowicz, Fot. A. Golec/FOR

Reklama