Reklama

Mamy do czynienia z konfrontacją dwóch ideologii: prawicowego, narodowego katolicyzmu i lewicowego antyliberalnego i, oczywiście, antykapitalistycznego programu neosocjalistycznego. Paradoks polega na tym, że łączy ich „antyliberalizm”, co w konsekwencji zawsze (powtarzam: zawsze) prowadzi do antydemokratycznych konsekwencji. Wołam więc o ROZSĄDEK! – mówi nam prof. Ireneusz Krzemiński, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego. I dodaje: – To, co mówił Tusk, dla mnie zabrzmiało niczym jak z bajki Andersena, że król jest nagi. Zatem pewne sprawy trzeba nazwać po imieniu i wyciągnąć wnioski

JUSTYNA KOĆ:  Czy Donald Tusk zbawi opozycję? 

IRENEUSZ KRZEMIŃSKI: Nie należy przesadzać z oczekiwaniami, choć muszę przyznać, że pojawienie się Tuska i jego wstępne przemówienie, które miało wlać poczucie siły i sprawczości w słabnące PO, dało bardzo pozytywny bodziec również mnie – bodziec nadziei. To przywrócenie poczucia sprawstwa jest bardzo ważne w życiu każdego człowieka, także w życiu politycznym. Kiedy traci się to poczucie sprawstwa, wiary we własne działanie i możliwość wygranej – to na ogół się przegrywa.

Bardzo podoba mi się, że Tusk teraz tak mocno przeciwstawił się mediom publicznym, temu wywoływaniu nienawiści, że zaapelował do całej opozycji, aby zwracać na to uwagę.

Wydaje mi się to niezwykle cenne i ważne. Właściwie wszyscy już przyzwyczaili się do tego jazgotu, codziennego kłamstwa na każdy niemal temat i nawoływania do nienawiści.

Reklama

Mamy doświadczenie z prezydentem Gdańska Pawłem Adamowiczem, które wciąż przywołuje niezwykle wstrząsające wydarzenie. Niewiele jest tak dosadnych przykładów w historii Polski, pokazujących, do czego prowadzi język szczucia, nienawiści w różnych mediach, głównie w telewizji, kiedyś publicznej.

To także pokazanie, że można mówić innym językiem. Ten język, który wielu komentatorów zaadaptowało na swoje potrzeby, że PO też było niedobre, jest nie do przyjęcia. Jeżeli mówimy o jakichkolwiek winach, to się nijak ma do tego, co wyprawia ten rząd, który rujnuje polską demokrację w sposób świadomy, konsekwentny, nie zważając w ogóle chociażby na ofiary covidu i na skutki dla zrujnowanej służby zdrowia.

Rozkład instytucji demokratycznych, ładu i mentalności demokratycznej następuje cały czas. Przez te 6 lat wszystkie reformy skutkowały jakimś koszmarem, jak chociażby reforma zdrowia pana Radziwiłła, o której już dziś mało kto pamięta.

To, co mówił Tusk, dla mnie zabrzmiało niczym jak z bajki Andersena, że król jest nagi. Zatem pewne sprawy trzeba nazwać po imieniu i wyciągnąć wnioski.

Na czym polega fenomen Tuska? Dlaczego porywa tłumy i budzi przestrach w politycznych przeciwnikach, co najlepiej widać od kilku dni w mediach publicznych?
Moim zdaniem to polega po prostu na umiejętności nazywania rzeczy po imieniu. Jak kradną, to kradną, a jak kłamią, to kłamią, a nie „mówią nieprawdę” – i na tym polega ta różnica. To są dwa różne przekazy o innej sile. To jedna z tych prostych, a jakże zadziwiających rzeczy, które mogą wiele zmienić, jak się okazuje.

Po drugie to wyciąganie wniosków ze zła, które dzieje się wokół nas. Ten język był też opisem moralnej sytuacji, co jest ważne. I tu nie chodzi o moralizatorstwo, jakie słychać ze wszystkich stron, tylko o zasadniczą kwestię, jaką jest nie gra o własne, partyjno-osobiste interesy czy gra o to, aby być znowu „kimś” ważnym w kraju. To jest gra o Polskę i jej pojmowanie, o to, co napędzało i napędza tych wszystkich, którzy np. protestowali podczas Strajku Kobiet, którzy podejmowali ten, zdawało się, beznadziejny trud i walkę.

Dlatego też mówiłem o nadziei, bo to poczucie bezradności, bezsilności stało się naprawdę dojmujące. Zauważyłem to u studentów, z którymi miałem kolejny rok zajęcia. Jeszcze pół roku wcześniej wykazywali się zainteresowaniem polityką, ale rozumianą jako troskę o swój kraj.

Zauważyli, że to, co wprowadza rząd, na ogół łamiąc prawo lub wręcz Konstytucję RP, zagraża im bezpośrednio jako konkretnym obywatelom, konkretnym osobom. Stąd

uznali za konieczne podjęcie protestów, bo uświadomili sobie, że od wybranej władzy naprawdę będzie zależał ich los – osobisty i zbiorowy.

W tym roku studenci byli inni – wyraźnie wystraszeni, zdystansowani, chociaż brali udział w tych wielkich jesiennych protestach. Ale widać teraz opanowało ich właśnie to poczucie bezradności i bezsensownego buntu. Atmosfera przypominała mi trochę czasy lat 70., gdy mimo powstania opozycji przez długi czas nic się nie działo, panował marazm i właśnie poczucie bezsilności.

Mimo to widać, że powstało nowe pokolenie, które jak w latach 70. i 80. nie zapomni tego, co i jak robiła władza, zwłaszcza jak zostali potraktowani jako obywatele. I nawet jeśli teraz jest w letargu, to w każdej chwili może się przebudzić.

Wydaje mi się, że Tusk tworzy nowy język do opisu i zdiagnozowania rzeczywistości, język, który pozwoli nam inaczej spojrzeć na sytuację.

Nie tylko biadolenie i „słuszne argumenty”, ale przekonanie, że jesteśmy w stanie pokonać tego przeciwnika, którzy niszczy wszystko.

Co dalej? Jak utrzymać tę energię?
To jest dopiero początek i rozumiem, że dalej musi iść jakaś propozycja, opowieść, jaka ta Polska powinna być. Nie ma mowy o jakimś „automatycznym” powrocie do tego, co było, bo musimy wyciągnąć wnioski z tej lekcji niszczenia demokracji.

Wszystkich zaskoczył chyba fakt, jak stosunkowo łatwo to Kaczyńskiemu i PiS-owi poszło. Trzeba się zastanowić nad wzmocnieniem instytucji, nade wszystko zaś – nad edukacją ludzi do bycia obywatelami. A więc dalsze sukcesy będą bardzo zależeć od tego, jakie będą propozycje, jakie padną hasła. Tusk mógł sobie pokpiwać z określenia „wizja przyszłości”, lecz dziś chyba trzeba powiedzieć, że tego właśnie od niego oczekują tysiące ludzi.

Przyznam, że trochę zmartwiła mnie wypowiedź Donalda Tuska, tłumaczącego się za reformę emerytalną. Ta reforma była niezwykle starannie przygotowana merytorycznie, była potrzebna i jest w dalszym ciągu, bo inaczej wszystko skończy się katastrofą głodowych emerytur. Liczba urodzeń się nie zwiększyła i nic nie wskazuje na to, aby było w tym względzie lepiej. Zresztą polityka prorozwojowa to zupełnie co innego, niż bredził pisowski rząd.

Moje przyjaciółki, które zajmują się polityką społeczną, od razu mówiły, że po wprowadzeniu 500 Plus wzrost urodzeń będzie chwilowy, bo nie w ten sposób prowadzi się prawdziwą politykę prorodzinną.

Doświadczenia, które ma niemalże pół Europy, są jednoznaczne i proste. Nie trzeba odkrywać tu Ameryki, wystarczy korzystać pełną garścią z doświadczeń innych. 

Podniesienie wieku emerytalnego było poważnym czynnikiem przegrania wyborów przez PO.
Warto sobie przypomnieć, dlaczego reforma emerytalna spotkała się z takim emocjonalnym oporem zwłaszcza starszych kobiet. Przeprowadziłem szczegółowe badania na ten temat, z których wynikało jasno, że przyczyną jest wydłużenie długości życia i pojawienie się bardzo dużo ludzi starych. Ale w Polsce do dziś starzy ludzie są właściwie bezradni, skazani na siebie, bez żadnej instytucjonalnej pomocy.

Zatem opieka nad już nie tylko matką czy ojcem, ale starszą babcią, ciotką, samotnym wujkiem spada na polskie kobiety, i to na te starsze również. Nie ma w Polsce instytucji, które potrafiłyby objąć opieką starszych ludzi. Próbują to teraz robić fundacje, ale na pewno nie docierają tak szeroko jak zrobiłoby to państwo.

Kolejną kwestią jest fakt, że reforma była kompletnie nieprzygotowana informacyjnie. W Niemczech akcja informacyjno-propagandowa reformy emerytalnej trwała przez rok. Ludzie dostawali listy, osobiste kartki wysyłane przez urząd kanclerski, były specjalne audycje w radiu i telewizji. U nas, niestety, niczego takiego nie było, poza specjalnym pokazem, przygotowanym przez Radę Gospodarczą przy premierze Tusku…

Warto, żeby Donald Tusk odwoływał się też do tego, co dobrego zostało zrobione i co się udało, bo teraz naprawdę widzimy, co to jest państwo z dykty i jak można je okradać,

jak bardzo nieprawdziwe są tezy oskarżające rząd Tuska „o korupcję” i jak nie pamięta się o jego osiągnięciach. Można wykorzystać masę dostępnych oficjalnych danych i wykorzystać je w tym nowym języku.

Kto się przekona, to dobrze, kto się nie przekona, trudno, ale te nowe dane mogą zacząć pracować, tak jak pracowały dane o złych, przestępczych działaniach gierkowskiej Polski. Wtedy też wydawało się wszystkim, że to nie działa, że jest bez sensu, aż nagle wydało owoce.

Podstawowe moje oczekiwanie wiąże się z wizją Polski, poczynając od tego, co ostatnio wyraźne słychać – jak obywatele mają być bardziej słuchani i mieć większy wpływ na działania polityków. Jak partie polityczne powinny być zreformowane, aby ich działania prowadziły do znacznie lepszego kontaktu z obywatelami? Czy można jakoś prawnie wymusić wręcz na nich kontakt z wyborcami? Albo stworzyć różne formy i szczeble dyskutowania obywateli z politykami. Oczywiście, to nie jest proste, bo Polacy są ciągle jeszcze doświadczeni komunizmem i wciąż nie mają zaufania do instytucji „partii”. Ale – znowu – są wzory, na przykład niemieckie, choć to zdanie będzie zaraz wykorzystane w złych celach…

Na szczęście, mam wrażenie, że rodzi się już nowe przekonanie, że my, obywatele, powinniśmy być dobrze informowani, powinniśmy wiedzieć, co rząd chce zrobić i jak to osiągnąć, i to na poważnie, a nie tylko formalnie. Złe rządy PiS-u przyczyniają się do tego, że nabieramy (przynajmniej znaczna część społeczeństwa) świadomości, jak dalece jesteśmy pomijani przez rządzących.

A prawdziwa demokracja polega na tym, że wybrani reprezentanci muszą naprawdę nimi być i reprezentować moje interesy, ale ich definiowanie powstaje we wspólnej, choćby zajadłej debacie.

Część komentatorów twierdzi, że to powrót do starej polityki, która już nikogo nie interesuje, a w szczególności młodych. Zgadza się pan z tą tezą?
Rzeczywiście, pojawiają się takie idiotyczne komentarze, tylko że tamten konflikt przebiegał w zupełnie innym kontekście. Wówczas to byli aktorzy, którzy konkurowali o zdobycie władzy, ale nikt, łącznie z samym Donaldem Tuskiem, ze mną i wieloma innymi osobami, także tymi, które kiedyś popierały PiS, nie miał pojęcia, że zdobycie władzy przez partię Kaczyńskiego, w takim stopniu, w jakim to się udało, będzie podstawą do zdecydowanej, antydemokratycznej działalności. Zatem to nie żaden powrót do starego, bo jesteśmy w zupełnie innej sytuacji.

Krytyka Kaczyńskiego i jego konflikt z Tuskiem nie opiera się już na rywalizacji, kto będzie lepszy. Jest to walka o zachowanie Polski wolnych obywateli i demokratycznego ładu, w którym wszelka władza jest kontrolowana przez prawo, uchwalane przez przedstawicieli obywateli.

Zatem to zderzenie dwóch polityków i dwóch obozów, z których jeden jest za demokracją, Zachodem, wartościami, takimi jak prawa człowieka, za którym stoją motywy moralne i społecznej współodpowiedzialności oraz próba ratowania Polski, w której toczy się otwarta, jawna debata.

Za drugim stoi tylko dążenie do całkowitego przejęcia państwa, do autorytarnego rządzenia państwem i społeczeństwem, bo przecież ideologia narodowo-katolicka jest sztandarem rządzących. Ideologia, która z coraz większą siłą żąda „słusznych” poglądów i „właściwych” zachowań (vide np. minister Czarnek).

Istotą konfliktu nie jest więc starcie osób i ich ambicji, bo jestem tym razem najgłębiej przekonany, że Donaldem Tuskiem kierują motywy ratowania swej partii, ale także – może bardziej – Polski.

Pozostali opozycyjni liderzy chyba nie są tak szczęśliwi z powrotu Tuska. Paradoksalnie najbardziej lewica. Dlaczego?
Lewica ma totalnie zideologizowany obraz świata, który napełnia mnie przerażeniem. Jeżeli lewicowi intelektualiści twierdzą, że rządy PO i PiS się niczym nie różnią, to trzeba chyba upaść na głowę, żeby tak twierdzić. Te tezy były zresztą obecne w praktyce politycznej. Podejrzewam, że poniekąd sprawna i dobra początkowo kampania Roberta Biedronia zaczęła siadać nie tyle pod hasłem, że kapitalizm jest niedobry i trzeba coś tu zmienić, ale od tego właśnie, że PiS jest zły, ale tak samo złe były rządy PO.

Takie myślenie wydaje się czymś logicznie niedopuszczalnym, ale przecież mamy za sobą całe stulecie, przeniknięte od podstaw myśleniem ideologicznym, którego istotą jest przekonanie o jedynej słuszności własnych przekonań i obrazów świata. Tak było z komunistami, tymi ideowymi, tak było z faszystami itd.

Dziś na lewicy jest bardzo podobnie.

I mamy zatem do czynienia z konfrontacją dwóch ideologii: prawicowego, narodowego katolicyzmu i lewicowego antyliberalnego i, oczywiście, antykapitalistycznego programu neosocjalistycznego. Paradoks polega na tym, że łączy ich „antyliberalizm”, co w konsekwencji zawsze (powtarzam: zawsze) prowadzi do antydemokratycznych konsekwencji. Wołam więc o ROZSĄDEK!

Będzie zjednoczona opozycja pod berłem Tuska?
Idea zjednoczenia opozycji, zawiązanie współpracy dla osiągnięcia podstawowych celów – jest absolutnym warunkiem wygrania Polski. Całe doświadczenie europejskich – i nie tylko europejskich – krajów pokazuje, że demokracja pozwala na zakorzenienie się rządów autorytarnych wszędzie tam, gdzie opozycja nie umie podjąć wspólnych działań i pozostaje w ciągłej kłótni. Niestety, obawiam się, że i nam też to grozi, chociaż ostatnio mamy przykład Izraela, gdzie doszło do porozumienia partii o wiele bardziej zróżnicowanych, niż nasza opozycja. I wreszcie, kolejny narodowy populista, Netanjahu został pokonany. Dobry przykład dla polskich, opozycyjnych polityków.


Zdjęcie główne: Ireneusz Krzemiński, Fot. Facebook/Prof.Ireneusz.Krzeminski

Reklama