MOSFILM, czyli Romanowski jak Szmydt?!
Marcin Romanowski zniknął z radaru, a w jego historii pojawił się trop prowadzący do Naddniestrza — postsowieckiej enklawy pod rosyjskim parasolem. Jeśli naprawdę znalazł tam schronienie, zaczyna się gra znacznie większa niż kolejny rozdział ucieczki przed polskim wymiarem sprawiedliwości. Bo człowiek skłócony z własnym państwem, odcięty od dotychczasowej ochrony i zależny od ludzi kontrolujących jego bezpieczną przystań to dla służb wymarzony materiał. Tomasz Szmydt już pokazał, jak wygląda taki film: najpierw „ochrona”, potem kamera, potem propaganda. Czy Romanowski może zostać obsadzony w podobnej roli?

Tyraspol? To już nie jest Budapeszt
Jeszcze niedawno mapa tej historii wyglądała jak chaotyczny europejski road movie: Budapeszt, Serbia, Chorwacja. Romanowski miał ochronę na Węgrzech, potem ją stracił. Polska chce go postawić przed sądem w sprawie Funduszu Sprawiedliwości, on sam od miesięcy przekonuje, że jest ofiarą politycznego polowania. I nagle na mapie pojawia się Tyraspol.
Według medialnych ustaleń w korespondencji Romanowskiego do warszawskiego sądu miał pojawić się adres w Naddniestrzu. Sam adres nie dowodzi, że polityk mieszka właśnie tam. Ale to nie jest też adres z przypadkowego kurortu nad Adriatykiem. Naddniestrze to separatystyczna, nieuznawana republika na terytorium Mołdawii, od dekad zależna od Rosji, z rosyjskimi żołnierzami, rosyjskim językiem i aparatem bezpieczeństwa pozostającym pod silnym wpływem Moskwy.
Jeśli Romanowski rzeczywiście tam jest, zmienia się skala problemu. W Budapeszcie można było mówić o politycznej ochronie ze strony przyjaznego rządu. W Tyraspolu trzeba już pytać o służby, logistykę, dokumenty, ochronę, łączność i ludzi, bez których człowiek ścigany międzynarodowo zwyczajnie nie funkcjonuje. A każda taka pomoc ma właściciela.
Najpierw dach nad głową. Potem mikrofon
Rosyjskie służby nie muszą nikogo porywać do piwnicy i stawiać przed wyborem jak w starym filmie szpiegowskim. Znacznie skuteczniejszy jest wariant miękki. Człowiek ma problem? Trzeba mu go rozwiązać. Potrzebuje mieszkania — będzie mieszkanie. Potrzebuje bezpiecznego przejazdu — ktoś go zorganizuje. Potrzebuje kontaktu, dokumentów, ochrony, pieniędzy, prawnika, telefonu, pośrednika — zawsze znajdzie się życzliwy człowiek.
I właśnie wtedy zaczyna się najciekawsza część operacji. Nie trzeba mówić: „pracuj dla nas”. Wystarczy powiedzieć: „my pana rozumiemy”. Polska pana ściga. Zachód pana zostawił. Węgry już pana nie chronią. U nas jest pan bezpieczny. Niech pan spokojnie opowie swoją historię.
Potem pojawia się kamera. Nie rosyjski generał, nie oficer FSB, tylko dziennikarz. Uprzejmy, zatroskany, z pytaniami dokładnie takimi, jakie rozmówca chciałby usłyszeć. Czy w Polsce łamana jest praworządność? Czy prokuratura działa politycznie? Czy obecny rząd mści się na przeciwnikach? Czy Unia Europejska milczy, kiedy represjonowani są konserwatywni politycy? Romanowski nie musiałby powiedzieć ani jednego zdania napisanego w Moskwie. Wystarczyłoby, że powtórzy własną narrację. Resztę zrobi montaż.
Nie trzeba go „przerabiać”. Wystarczy podkręcić to, co już mówi
To właśnie czyni Romanowskiego potencjalnie atrakcyjnym dla rosyjskiej machiny wpływu. On nie potrzebuje ideologicznej konwersji. Od dawna przedstawia działania polskich władz jako polityczną represję. Dla Kremla to gotowy surowiec. Nie trzeba go produkować, wystarczy go opakować.
Wyobraźmy sobie nagłówek rosyjskiej telewizji: „Były wiceminister sprawiedliwości państwa NATO: w Polsce zniszczono praworządność”. Albo: „Polski poseł uciekł przed represjami politycznymi”. Dla widza w Rosji, Serbii, na Węgrzech, w Afryce czy Ameryce Łacińskiej szczegóły Funduszu Sprawiedliwości nie mają większego znaczenia. Działa funkcja, obraz i emocja: człowiek z samego środka polskiego państwa oskarża Polskę.
A potem można dokładać kolejne warstwy. Najpierw jego własna sprawa. Później pytania o sądy i prokuraturę. Potem o NATO, Ukrainę, sankcje i „wciąganie Polski do wojny”. Granica przesuwa się nie skokiem, lecz po kilka centymetrów. Każdy kolejny występ jest tylko odrobinę dalej niż poprzedni. I właśnie tak najłatwiej omotać człowieka, który cały czas jest przekonany, że to on wykorzystuje cudzą telewizję do swojej politycznej wojny.
Szmydt: gotowy scenariusz z Mińska
Brzmi jak polityczny thriller? Problem w tym, że podobny thriller Polska już oglądała. Nazywa się Tomasz Szmydt.
Do maja 2024 roku Szmydt był sędzią Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie, człowiekiem z doświadczeniem w strukturach wymiaru sprawiedliwości i nazwiskiem dobrze znanym z afery hejterskiej w środowisku sędziowskim. 6 maja 2024 roku nagle pojawił się w Mińsku. Na konferencji prasowej ogłosił, że rezygnuje z urzędu i prosi białoruskie władze o „opiekę i ochronę”. Zaczął mówić o Polsce językiem, który białoruska i rosyjska propaganda mogły tylko pokochać.
Polska miała być krajem agresywnym, podporządkowanym Zachodowi, pchanym do konfliktu z Rosją i Białorusią. Mińsk przedstawiał Szmydta nie jako uciekiniera czy podejrzanego, lecz jako odważnego dysydenta, który wyrwał się z opresyjnego systemu i teraz mówi „prawdę o Polsce”. To był komunikacyjny prezent dla reżimu Łukaszenki.
Od „uchodźcy” do pracownika propagandy
Najważniejsze jest jednak to, co wydarzyło się później. Historia Szmydta nie skończyła się na jednej konferencji i kilku sensacyjnych wywiadach. W listopadzie 2024 roku Alaksandr Łukaszenka przyznał mu azyl polityczny. Szmydt zaczął pracować w państwowej agencji BiełTA, stworzył fundację „Polska Prawda”, a późniejsze dziennikarskie ustalenia opisywały jego udział w przygotowywaniu treści dla białoruskich mediów.
To jest właśnie model, który powinien zapalać wszystkie lampki. Najpierw człowiek trafia do autorytarnego państwa jako „prześladowany”. Potem państwo daje mu ochronę. Następnie ochronę zamienia w status. Status w dostęp do mediów. Media w zawód. A na końcu były przedstawiciel polskich instytucji staje się stałym elementem propagandowego ekosystemu kraju prowadzącego wobec Polski wrogie działania informacyjne.
Polska prokuratura podejrzewa Szmydta o udział w działalności obcego wywiadu; wydano za nim list gończy i Europejski Nakaz Aresztowania. To nie jest prawomocny wyrok, ale jego publiczna droga w Mińsku jest bezdyskusyjna: z polskiego sędziego stał się jednym z najbardziej użytecznych polskojęzycznych bohaterów białoruskiej propagandy.
Romanowski byłby dla Moskwy jeszcze tłustszym kąskiem
Romanowski i Szmydt to nie są bliźniacy. Szmydt był sędzią, a więc można go było sprzedawać jako człowieka „spoza polityki”, insidera z instytucji, która teoretycznie powinna być neutralna. Romanowski jest politykiem PiS, byłym wiceministrem sprawiedliwości i jednym z ludzi dawnego kierownictwa resortu. W Polsce jego wypowiedzi automatycznie lądują w partyjnym okopie.
Ale dla rosyjskiej propagandy właśnie jego stanowisko jest skarbem. Były wiceminister sprawiedliwości kraju Unii Europejskiej i NATO brzmi znacznie lepiej niż „polski komentator”. Do tego czynny poseł, człowiek z kontaktami, wiedzą o mechanizmach państwa, personaliach, napięciach i kulisach władzy. Nawet bez dostępu do państwowych tajemnic taki rozmówca może być niezwykle interesujący.
Służby nie muszą pytać od razu o dokumenty z sejfu. Czasem ważniejsza jest mapa ludzi: kto z kim rozmawia, kto komu ufa, kto się z kim nienawidzi, kto ma ambicje, kto ma słabości, kto czuje się zdradzony. Były członek kierownictwa resortu ma w głowie setki takich drobiazgów. Dla zwykłego człowieka to plotki. Dla profesjonalnego aparatu wpływu — materiał do układania puzzli.
Jak można go omotać? Bez kajdanek i bez podpisu krwią
Najgroźniejszy scenariusz nie wygląda jak werbunek w kinie. Wygląda jak seria uprzejmości.
Najpierw: „pomożemy panu”. Potem: „proszę tylko opowiedzieć, co się panu stało”. Następnie: „może skomentuje pan sytuację w Polsce?”. Później: „co pan sądzi o wysyłaniu broni Ukrainie?”. A na końcu polityk nie musi już dostawać żadnych sugestii, bo doskonale wie, jakie wypowiedzi zapewniają mu zaproszenia, ochronę, zasięg i życzliwość gospodarzy.
To mechanizm znacznie bardziej elegancki niż szantaż. Człowiek sam zaczyna pilnować granic tego, co opłaca mu się mówić. Sam wybiera coraz ostrzejsze tezy. Sam przekonuje siebie, że nadal jest niezależny. I być może rzeczywiście wierzy w każde słowo. Dla służb nie ma to większego znaczenia. Liczy się efekt.
Najcenniejszy jest człowiek, który uważa, że nikomu nic nie zawdzięcza
Romanowski mógłby oczywiście kalkulować odwrotnie: skorzystam z bezpiecznego miejsca, ale politycznie nikt mnie nie kupi. Nie pójdę do rosyjskiej telewizji. Nie powiem niczego o NATO. Będę mówił wyłącznie o własnej sprawie. To całkowicie możliwy scenariusz.
Tyle że w państwach i enklawach kontrolowanych przez autorytarne aparaty bezpieczeństwa asymetria jest brutalna. Jedna strona ma problem i potrzebuje schronienia. Druga strona kontroluje teren, przejazd, informacje, ludzi i warunki pobytu. Można długo uważać się za gościa. Ale gospodarz zawsze wie, gdzie stoi wyłącznik światła.
Najbardziej wartościowy dla służb bywa właśnie taki człowiek, który nie czuje się zwerbowany. Nie trzeba mu wydawać poleceń. Wystarczy organizować otoczenie, podsuwać okazje, nagradzać jedne zachowania i ignorować inne. To bardziej tresura sytuacją niż klasyczny werbunek.
Z „ofiary Tuska” do „dowodu na upadek Polski”
Jeśli rosyjska machina chciałaby użyć Romanowskiego przeciw Polsce, materiał promocyjny praktycznie pisze się sam. Pierwsza rola: polityczny męczennik. Każde wezwanie, każda decyzja sądu, każda informacja o prokuraturze staje się kolejnym dowodem „represji reżimu w Warszawie”. Zarzuty znikają, zostaje obraz człowieka ściganego przez państwo.
Druga rola: ekspert od „polskiej dyktatury”. Romanowski komentuje już nie tylko własną sprawę, ale sądy, media, wybory, policję, służby, Unię Europejską. Każdy krajowy kryzys dostarcza nowego odcinka.
Trzecia rola jest najbardziej niebezpieczna: „patriota pokoju”. To znany motyw propagandowy — prawdziwym zagrożeniem dla Polski nie jest Rosja, lecz polskie elity, NATO, Stany Zjednoczone i „eskalacja” wojny. Tomasz Szmydt bardzo szybko wszedł w ten repertuar. Gdyby kiedyś podobnym językiem zaczął mówić Romanowski, byłby to moment, w którym osobista wojna z polską prokuraturą zaczyna pracować dla strategicznej narracji Kremla.
MOSFILM nie potrzebuje aktora, który kocha reżysera
W rosyjskiej operacji wpływu nie trzeba kochać Rosji. Nie trzeba nawet lubić Putina. Wystarczy być użytecznym.
I dlatego historia Romanowskiego jest ciekawsza niż proste pytanie: „czy on współpracuje z rosyjskimi służbami?”. Na dziś nie ma podstaw, by tak twierdzić. Znacznie ciekawsze jest pytanie, czy człowiek o jego biografii, położeniu i konflikcie z polskim państwem mógłby zostać wykorzystany bez żadnej formalnej współpracy.
Szmydt pokazuje, że autorytarny system potrafi szybko przerobić cudzą ucieczkę w serial propagandowy. Najpierw dramat człowieka. Potem azyl. Potem studio. Potem własna fundacja. Potem etat. Po kilku sezonach widz przestaje pamiętać, gdzie kończyła się osobista historia bohatera, a zaczynał scenariusz napisany przez gospodarzy.
Jeśli trop naddniestrzański w sprawie Romanowskiego się potwierdzi, warto patrzeć nie tylko na to, gdzie śpi i przez jaką granicę przejechał. Trzeba patrzeć na ludzi wokół niego, media, które nagle dostają do niego dostęp, nowe tematy w jego wypowiedziach i język, którym zaczyna opisywać Polskę.
Bo MOSFILM nie zawsze zaczyna od klapsa filmowego. Czasem zaczyna od prostego zdania: „proszę się niczego nie obawiać. Tutaj jest pan bezpieczny”.
Udostepnij artykul
Autor
Zespół redakcyjny
Zespół redakcyjny wiadomo.co — najważniejsze informacje z Polski i świata, 24/7.
