Reklama

Na ostatnim spotkaniu rządu przy Nowogrodzkiej, tak wynika z moich informacji, prezes bardzo mocno skrytykował działania dwóch osób: Antoniego Macierewicza i Andrzeja Dudy. Macierewicza skrytykował m.in. za utratę dobrego obrazu PiS-u przez głupią obronę Misiewicza. A z drugiej strony zaatakował prezydenta, że wykorzystuje sytuację i zaczyna przyjmować spojrzenie opozycji na to, co dzieje się w armii. To nie było spotkanie na temat UE. W PiS-ie zaczyna się coś dziać, Jarosław Kaczyński traci nerwy, bo rozumie, że traci władzę nad wszystkimi osobami i to go bardziej denerwuje niż strata w sondażach – mówi nam były premier Kazimierz Marcinkiewicz, kiedyś związany z PiS

Kamila Terpiał: “Yes, yes, yes!” – tak skomentował pan efekty szczytu UE w 2009 roku, kiedy udało się wynegocjować korzystne dla Polski środki unijne. Co premier Beata Szydło powinna zrobić i powiedzieć po ostatnim szczycie w Brukseli i przegranej 1:27?
Kazimierz Marcinkiewicz: Myślę, że pani premier zachowała się akurat dobrze, dlatego że miała strasznie ponurą minę, była zdruzgotana i nie udawała, że jest inaczej.

No właśnie chyba udawała.
Nie udawała, mówiła tylko coś innego. Ale jej mina mówiła absolutnie wszystko na temat tego szczytu.

Czyli co? Przegrałam i jest mi wstyd?
Polska przegrała w sposób haniebny, niezrozumiały dla świata. A może nawet więcej, świat był zdumiony, że nienawiść pomiędzy politykami może być tak duża, że może wkraczać na arenę międzynarodową. Pani premier nie jest głupia i doskonale to rozumie. Dlatego jej mina nie była miną aktorską, tylko prawdziwą.

Reklama

Polska przegrała w sposób haniebny, niezrozumiały dla świata.

Czyli mówiąc, że tak naprawdę wygrała, zaklinała tylko świadomie rzeczywistość?
Nie ma takiej rzeczywistości, to jest jakieś wydumanie. To było widać wyraźnie, że ona została do tego zmuszona. To jest gra Jarosława Kaczyńskiego, on ją do tego przymusił. Ona chcąc nie chcąc miała złą minę, ale dobre słowa, czyli mina była jej, a słowa były Kaczyńskiego. Wiedząc o tym, prezes zebrał całą świtę i pojechał na lotnisko, żeby kwiatami wynagrodzić kobiecie ten trud.

Pana tak nie witali.
Nie, ale mnie witali ludzie. Ze szczytu poleciałem prosto do Szczecina na obchody Grudnia ’70. Wszyscy byli wobec mnie bardzo ciepli. Pamiętam tamtą wizytę do dzisiaj. Ludzie cieszyli się z tego osiągnięcia. Nie spodziewałem się, że ludzie odbiorą ten sukces w Brukseli aż tak ciepło.

Jarosław Kaczyński przegraną na ostatnim szczycie zapamięta na długo. Mamy pierwsze tak wyraźne tąpnięcie PiS-u w sondażach.
Ja bym jeszcze się tymi sondażami nie zachłystywał.

W wizji Kaczyńskiego jedno jest cały czas stałe – chęć przejęcia władzy. To jest kluczowe, on będzie robił wszystko, co będzie powodowało, że będzie mógł zdobyć i utrzymywać władzę.

Ale to jednak pokazuje, albo raczej potwierdza, jaki jest stosunek Polaków do UE i do Donalda Tuska.
Pokazuje, że miękki elektorat PiS-u, który dał mu te 38 proc., zaczął się odsuwać od Prawa i Sprawiedliwości i zaczął się wahać. To nie jest pierwszy raz, 10 lat temu była bardzo podobna sytuacja. Wtedy działania Jarosława Kaczyńskiego powodowały w państwie chaos i teraz też mamy taki chaos.

Tylko że teraz ten chaos jest zdecydowanie większy. PiS może zrobić więcej, bo ma większość.
Ale wtedy mieliśmy do czynienia z próbą zaatakowania przez służby specjalne urzędującego wicepremiera i przejęcia jego elektoratu. To też wprowadzało wtedy ogromny chaos i dezinformację. To była wojna polityczna. Dzisiaj ona jest rzeczywiście silniejsza, nie tylko wewnętrzna, ale także zewnętrzna. PiS przenosi te spory także na arenę europejską.

To, co się ostatnio stało, to skutek tylko i wyłącznie nienawiści Kaczyńskiego do Tuska? Jest w stanie zrobić wszystko i zaryzykować wiele, żeby próbować mu zaszkodzić?
W wielu przypadkach Jarosław Kaczyński ma jakąś ideę tego, co w Polsce powinno się dziać. To nie jest idea całościowa, ona przez 25 lat jego działalności ewoluowała. W tej jego wizji jedno jest cały czas stałe – chęć przejęcia władzy. To jest kluczowe, on będzie robił wszystko, co będzie powodowało, że będzie mógł zdobyć i utrzymywać władzę. Dlatego to, co się dzieje, wszystkie elementy zmian związane z prokuraturą, sądami, Trybunałem Konstytucyjnym, służbami specjalnymi, są tylko po to, aby utrzymać władzę. One nie są po to, aby działo się lepiej, aby Polakom się żyło lepiej i pewniej, one są potrzebne tylko dla jednego celu, czyli utrzymania władzy. Drugim elementem, który kieruje Jarosławem Kaczyńskim, jest nienawiść do Donalda Tuska i jego obozu. Do Tuska to jest nienawiść personalna, on jakby mógł, to by pewnie udusił Tuska własnymi rękoma. Dlatego że przegrał z Tuskiem wielokrotnie, dlatego że uważa, że to Tusk kierował kpinami wobec jego brata i że w jakiejś mierze przyczynił się do katastrofy smoleńskiej.

Jednym z elementów, jakich używa Jarosław Kaczyński, aby utrzymać władzę jest skłócanie Polaków. On tak naprawdę napuszcza Polaków na Polaków przez 25 lat.

Jak bardzo katastrofa smoleńska zmieniła Jarosława Kaczyńskiego?
Bardzo. On miał w swoim życiu tylko dwie miłości, kochał tylko dwie osoby – mamę i brata. Stracił coś, co miał najbardziej wartościowego w życiu. Tym bardziej, że w odniesieniu do Smoleńska on zdaje sobie sprawę, że się do tego przyczynił i ma wyrzuty sumienia. To on wepchnął na siłę Lecha Kaczyńskiego do polityki, on nie chciał być politykiem, nie lubił polityki, robił to tylko dla brata. W związku z tym to wewnętrzne poczucie wyrzutów sumienia wyładowuje na Tusku. Dlatego ta nienawiść jest tak silna.

Władza i nienawiść – to mieszanka wybuchowa.
Mieszanka jest okropna. Proszę zwrócić uwagę na to, że jednym z elementów, jakich używa Jarosław Kaczyński, aby utrzymać władzę jest skłócanie Polaków. On tak naprawdę napuszcza Polaków na Polaków przez 25 lat. Zaczynał od Lecha Wałęsy, ale potem “napuszczał” na wiele innych osób i środowisk. W 2005 roku w kampanii wyborczej były już takie ataki na PO, że my momentami byliśmy przerażeni. My, będąc w jego obozie i prowadząc kampanię wyborczą, byliśmy naprawdę przerażeni, bo on robił to w sposób straszliwy, kłamliwy i bezsensowny.

Tacy ludzie, jak na przykład Suski, Brudziński, Kuchciński, Karczewski, można jeszcze wymieniać i wymieniać, gdyby im zabrać to, co dzisiaj mają, byliby nikim.

A był ktoś, kto mu to powiedział? Czy nie słuchał?
Wtedy jeszcze słuchał, można było zmienić jego zdanie, można było go przekonać. My go przekonywaliśmy. Udało się namówić go na przykład do obniżenia podatków, mimo iż pół roku wcześniej głosował za 50-proc. stawką podatkową. Zresztą udało nam się w wielu rzeczach przekonać go do racjonalnego programu.

Ale nie do zmiany polityki wobec Platformy Obywatelskiej?
To było tak, że on nawet przyznawał nam rację, ale jednocześnie ma w sobie taki bodziec, który powoduje, że on tego nie wytrzymuje. On nie jest w stanie podporządkować się nawet samemu sobie, musi wybuchnąć. Jak spojrzymy na ostatnie 10 lat, to on co jakiś czas wybucha, na przykład wobec Angeli Merkel. To jest silniejsze od niego, on musi jakoś swoją nienawiść wyrzucić.

Na czym polega w takim razie jego siła? 
Przez jakiś czas wiele osób w Polsce uważało, że Kaczyński jest jednym z lepszych analityków politycznych, że jego opis rzeczywistości jest dobry, ciekawy, lepszy niż innych. Potrafi dostrzec błędy w różnych miejscach i strukturach państwa, a te analizy na spotkaniach PiS-u są wciągające.

Kaczyński gra Smoleńskiem przy pomocy Antoniego Macierewicza.

Na tyle, że nie widać tej drugiej strony? Jest w stanie przekonać ludzi do łamania zasad demokracji?
Tak. Wokół siebie zgromadził ludzi, którzy w większości są mu podporządkowani w 100 proc., nie mają własnych poglądów i są od niego uzależnieni. Beata Szydło mogłaby zostać jeszcze raz burmistrzem, ale w tej większej polityce sama by się nie odnalazła, ona jest wytworem Kaczyńskiego. A tacy ludzie, jak na przykład Suski, Brudziński, Kuchciński, Karczewski, można jeszcze wymieniać i wymieniać, gdyby im zabrać to, co dzisiaj mają, byliby nikim.

Antoniego Macierewicza nie ma w tej grupie. Na czym polega relacja Kaczyński-Macierewicz, dlaczego ma tak silną pozycję?
Ta silna pozycja wynika z trzech elementów. Pierwszym jest ojciec Rydzyk, Macierewicz jest jego pupilkiem, to są jakieś ich wewnętrzne układy i dziwna przyjaźń. Drugim elementem jest to, że dość dobrze poznał służby specjalne w Polsce, już od początku lat 90. Posiadł taką wiedzę, która może nie jest bardzo ważna, ale służby to jest jednak siła, a sama wiedza jest interesująca. Trzecim elementem jest to, że on zdjął Kaczyńskiemu z pleców Smoleńsk. Dla Jarosława Kaczyńskiego Smoleńsk jest bardzo ważny jako instrument. I Kaczyński, i Macierewicz dokładnie wiedzą, co się tam wydarzyło. Przypominam, że były szef Służby Kontrwywiadu Wojskowego, gen. Piotr Pytel, powiedział publicznie, że Antoni Macierewicz przyznał w rozmowie z nim, że Smoleńsk to tylko i wyłącznie gra polityczna. Trudno się spodziewać, żeby generał kłamał. To jest tak, że gra tym tematem jest wszystkim na rękę, ale najbardziej PiS-owi. I tak Kaczyński gra Smoleńskiem przy pomocy Antoniego Macierewicza.

Od 2 tygodni Jarosław Kaczyński zastanawia się, w jaki sposób odwołać Antoniego Macierewicza i zastąpić go Joachimem Brudzińskim.

A może to już Macierewicz gra Smoleńskiem, wykorzystując Kaczyńskiego? “Religia smoleńska” to teraz przecież jego siła.
Ale proszę zauważyć, że Antoni Macierewicz zatrzymał się w podtrzymywaniu tej religii. Przez półtora roku bycia szefem MON nie poczynił ani pół kroku naprzód. Dopiero niedawno złożył wniosek w sprawie tak zwanej zdrady dyplomatycznej Donalda Tuska. Zrobił to z jednego powodu, żeby ratować swój tyłek. Od 2 tygodni Jarosław Kaczyński zastanawia się, w jaki sposób odwołać Antoniego Macierewicza i zastąpić go Joachimem Brudzińskim. Chce to zrobić z dwóch powodów, dlatego że opór w wojsku wobec Macierewicza narasta, ale także dlatego, że stał się nieposłuszny, na przykład w sprawie Bartłomieja Misiewicza. Kaczyński już podjął decyzję i wstrzymał się z jej wykonaniem, dlatego że Macierewicz go uprzedził, właśnie składając ten wniosek. Uratował swoją pozycję, oczywiście nie wiadomo, na jak długo.

Ale w końcu skończy się dymisją? To już otwarty konflikt?
Panowie już są lekko skonfliktowani. Jarosław Kaczyński nie lubi, jak ktoś mu się stawia, i to w taki arogancki sposób, i nie lubi młodych ludzi, zwłaszcza aroganckich. Na ostatnim spotkaniu rządu przy Nowogrodzkiej, tak wynika z moich informacji, prezes bardzo mocno skrytykował działania dwóch osób: Antoniego Macierewicza i Andrzeja Dudy. Macierewicza skrytykował m.in. za utratę dobrego obrazu PiS-u przez głupią obronę Misiewicza. A z drugiej strony zaatakował prezydenta, że wykorzystuje sytuację i zaczyna przyjmować spojrzenie opozycji na to, co dzieje się w armii. To nie było spotkanie na temat UE. W PiS-ie zaczyna się coś dziać, Jarosław Kaczyński traci nerwy, bo rozumie, że traci władzę nad wszystkimi osobami i to go bardziej denerwuje niż strata w sondażach.

Wszystko w Polsce zmierza do konfrontacji, ona prędzej czy później nastąpi.

Ale cały czas ma większą władzę nad Dudą niż nad Macierewiczem.
Psychologicznie Duda jest totalnie uzależniony, nie ma żadnych szans na to, żeby się postawił. Największą odwagę ma w tym, że szybko jeździ na nartach.

Wracając do Ministerstwa Obrony Narodowej, zmiana na stanowisku szefa tego resortu to tylko kwestia czasu?
Zależy od tego, co Antoni Macierewicz pokaże. Jeśli się pokaja, posprząta, usunie Misiewicza, jeśli zacznie być posłuszny, to Kaczyński go na jakiś czas zostawi.

Czym sprawa katastrofy smoleńskiej może się w dłuższej perspektywie zakończyć?
Wszystko w Polsce zmierza do konfrontacji, ona prędzej czy później nastąpi. Myślę, że głupota PiS-u, wprowadzająca nowe prawo o zgromadzeniach, tylko jeszcze bardziej zaostrza sytuację i tym bardziej do tego prowadzi. 10 kwietnia na ulicę wyjdzie dużo ludzi, i to z obu stron.

Jestem pewien w stu procentach, że Jarosław Kaczyński ma koszmary, a jego koszmarem jest milionowa, albo nawet dwumilionowa demonstracja przeciwko niemu.

Emocje są tak silne, że muszą wybuchnąć? I mogą wybuchnąć już 10 kwietnia?
Może, chociaż mam nadzieję, że tak się nie stanie. Mam nadzieję, że jeszcze powtarzając, że Polska jest naszym wspólnym krajem i dobrem, ludzie się powstrzymają. Chociaż jest duża zawziętość po obu stronach. Po stronie PiS-u jest większa, ludzie zdobyli władzę, są nią zachłyśnięci, są zachłyśnięci Kaczyńskim i są pełni agresji. Po tej stronie jest ogromna zawziętość, ale też narasta sprzeciw po stronie opozycyjnej. Przy czym nasze pokolenie było jednak wychowywane w nurcie walki bez przemocy. Teraz sytuacja w młodym pokoleniu jest inna, bo polscy nacjonaliści, a nawet faszyści są agresywni wobec wszystkich. Ich nie jest dużo, ale ich agresja jest ogromna. Po drugiej stronie brakuje jeszcze odpowiednika, ale on zaczyna się powoli pojawiać. Na razie młodzi ludzie są mniej aktywni, ale wydaje mi się, że to się zmieni. I w końcu może doprowadzić do większych spięć i także ulicznego chaosu.

Jarosław Kaczyński zdaje sobie z tego sprawę, czy się tym nie przejmuje?
Jestem pewien w stu procentach, że Jarosław Kaczyński ma koszmary, a jego koszmarem jest milionowa, albo nawet dwumilionowa demonstracja przeciwko niemu. Wielokrotnie powtarzał – i słyszę jego głos jak dzisiaj – że demonstracje uliczne to jest element demokracji.

Jedyna możliwość odebrania PiS-owi władzy – i teraz, i w czasie wyborów – to odciąć ich od wyborców i ich skłócić. Ale skłócić nie manipulacjami, tylko prawdą. Chodzi o to, żeby pokazywać, jak jest i jakie Polacy mają zdanie.

Teraz obraża protestujących, nazywa gorszym sortem, złodziejami, komunistami…
Ale wcześniej tak mówił i tak robił. Demonstracje uliczne, na przykład przeciwko Wałęsie na początku lat 90., miały właśnie taki wymiar. On pokazywał siłę właśnie przez demonstracje uliczne, pokazywał, że nas jest wielu, że nas jest więcej. On cały czas o tym myśli, bo wie, że demokracja uliczna to jest prawdziwa demokracja. Można zbyć demonstrację 100-tysięczną, okłamać obywateli, że ludzi było mniej, ale jak na ulicę wyjdzie milion osób – a to jest możliwe – to Jarosław Kaczyński polegnie.

Jak?
Oni się tego przestraszą i zaczną się dzielić. Jedyna możliwość odebrania PiS-owi władzy – i teraz, i w czasie wyborów – to odciąć ich od wyborców i ich skłócić. Ale skłócić nie manipulacjami, tylko prawdą. Chodzi o to, żeby pokazywać, jak jest i jakie Polacy mają zdanie.

Czyli warto protestować, bo to może w którymś momencie zadziałać?
Ja nie chcę być odebrany jako człowiek, który do tego namawia. Ja raczej chcę opisać rzeczywistość. A ona jest taka, że to jest pierwsza władza, która w takim stopniu lekceważy obywateli. PO też to robiła, ale od czasu do czasu siadała do stołu, negocjowała, były spotkania, dyskusje, w TVP były programy prowadzone przez dziennikarzy o innych poglądach. A to jest władza, która kompletnie ma wszystkich w d…

Trzeba pokazywać szkodnictwo władzy i protestować przeciwko temu. Musimy demonstrować przeciwko łamaniu demokracji, bo w Polsce demokracja jest nagminnie łamana.

W związku z tym, dlaczego pan nie namawia do tego, żeby strajkować i demonstrować?
Namawiam oczywiście, nie chcę być tylko odbierany jako ten, który namawia do siłowych rozwiązań. Jedyna możliwość, jaką mamy, to protesty, muszą strajkować poszczególne grupy, musimy pokazywać, że to, co robi władza, jest niedobre dla Polski i dla obywateli. Trzeba pokazywać szkodnictwo władzy i protestować przeciwko temu. Musimy demonstrować przeciwko łamaniu demokracji, bo w Polsce demokracja jest nagminnie łamana, po prostu nagminnie, i to w taki najgorszy, karykaturalny sposób.

Spodziewał się pan takiego rozwoju wydarzeń po wygranej PiS-u?
Tak. Nie wstydzę się ani jednego słowa, które wypowiedziałem w październiku, listopadzie i grudniu 2015 roku. Nigdy nie starałem się obrażać ludzi, nawet jeżeli opis rzeczywistości jest tragiczny. Staram się raczej zrozumieć i opisać.

Jak z tej perspektywy patrzy pan na swoją polityczną przeszłość?
To był inny PiS, bo był inny Jarosław Kaczyński. Też był taki zaściankowy, ale dawał się przekonać, można było z nim normalnie rozmawiać, można było namawiać go na różne rzeczy. Zresztą nasz program był wtedy w jakimś stopniu koherentny z programem PO, przez te dwa lata Platforma część projektów PiS-u popierała w głosowaniach. I to było wspaniałe. A potem Kaczyński przegrał jedne wybory, był bardzo zawiedziony, potem przegrał kolejne i kolejne, i katastrofa smoleńska… Stał się totalnie przegranym człowiekiem i politycznie, i osobiście. I to zmieniło go diametralnie. On się teraz nie liczy z ludźmi, ani z Polską, on chce tylko zrobić odwet na państwie polskim, Tusku i elitach, które to państwo budowały.

To był inny PiS, bo był inny Jarosław Kaczyński. Też był taki zaściankowy, ale dawał się przekonać, można było z nim normalnie rozmawiać, można było namawiać go na różne rzeczy. Teraz on się nie liczy z ludźmi, ani z Polską, on chce tylko zrobić odwet na państwie polskim, Tusku i elitach, które to państwo budowały.

Jakie były pana relacje z Jarosławem Kaczyńskim? Dlaczego pana tak potraktował?
Ja nigdy go nie oszukałem, prowadziłem sprawy rządowe, myślę, że sprawnie i pożytecznie. To był najpiękniejszy okres w moim życiu, bez dwóch zdań. Nie grałem nigdy przeciwko niemu. Jednym z powodów mojego odwołania było to, że ktoś mu powiedział, że ja wziąłem miliard dolarów łapówki od firm amerykańskich. Obiecał mi start w wyborach na prezydenta Warszawy, miał dać pieniądze i nie dał, obiecał mi 30 proc. miejsc na listach, nie dostałem nic, obiecał mi, że zostanę prezesem spółki Skarbu Państwa, nie zostałem. Oszukał mnie kompletnie we wszystkim. On ludziom obiecuje, a później nie dotrzymuje danego słowa, i robi to bez zmrużenia oka. Jest niesłownym człowiekiem. Ja się czuję zdradzony i oszukany przez niego. Przez 10 lat nie mieliśmy żadnych relacji.

Dosyć powszechna jest taka opinia, że schował się za panem, że sterował z tylnego siedzenia. Tak jak teraz.
Nie. Akurat było tak, że ja nie pamiętam – oprócz jednego przypadku – ani jednej rzeczy, w której czułbym się przez niego sterowany. My spotykaliśmy się w piątki na godzinę i ja mu opowiadałem, co dzieje się w państwie. On słuchał i pytał mnie o niektóre rzeczy, ale w normalny sposób.

Jednym z powodów mojego odwołania było to, że ktoś mu powiedział, że ja wziąłem miliard dolarów łapówki od firm amerykańskich. Obiecał mi start w wyborach na prezydenta Warszawy, miał dać pieniądze i nie dał, obiecał mi 30 proc. miejsc na listach, nie dostałem nic, obiecał mi, że zostanę prezesem spółki Skarbu Państwa, nie zostałem. Oszukał mnie kompletnie we wszystkim.

Naprawdę nigdy nie wydał panu żadnego polecenia?
Nie wydawał mi poleceń. Jedna rzecz, która była dla mnie przykra, to jak na Komitecie Politycznym PiS-u zaczął strasznie “jechać” na rząd, szczególnie na Zbigniewa Ziobrę, Ludwika Dorna i Mariusza Kamińskiego. Mnie to wtedy strasznie zdenerwowało, że tak politycznie rozgrywa moich ministrów, dlatego wstawiłem się za nimi. To było jedyne spięcie między nami.

Dlaczego wtedy wybrał pana?
Bo ja byłem najbliżej PO, miałem liberalne poglądy gospodarcze. Chodziło o to, żeby zabrać ludzi głosujących na Platformę dla Leszka. To była prosta polityczna taktyka. Ja mu pomogłem.

W kraju będzie bardzo duży chaos, będą protesty i strajki. Utrzyma się buta władzy, bo oni będą musieli się trzymać razem, a żeby się trzymać razem, będą musieli być agresywni wobec świata zewnętrznego.

Co będzie za rok? W Polsce, czy będziemy w UE, jaka będzie Unia?
Moje obawy dotyczą kilku spraw. Jestem przekonany, że w polityce zagranicznej będziemy mieli bardzo złą sytuację, wszyscy będą przeciwko nam, rozgrywać nas będzie Wielka Brytania. Będziemy mieli dużo trudniejszą sytuację gospodarczą, pewnie będziemy mieli przekroczony próg 55 proc. długu publicznego, wtedy powinniśmy mieć uruchomioną procedurę, ale zostanie zmieniona, bo TK zrobi wszystko, co trzeba zrobić. Natomiast UE jawnie nie odbierze nam pieniędzy, ale wprowadzi włoski strajk, będzie o wszystkie pieniądze dla Polski pytać 3 razy, prosić o nowe programy, raporty. Dlatego też sytuacja finansowa nie będzie najlepsza. W kraju będzie bardzo duży chaos, będą protesty i strajki. Utrzyma się buta władzy, bo oni będą musieli się trzymać razem, a żeby się trzymać razem, będą musieli być agresywni wobec świata zewnętrznego.

Przyspieszonych wyborów nie będzie?
Myślę, że w przyszłym roku nie. Żeby odbyły się przyspieszone wybory, to PiS musi pęknąć, musi stracić większość. Czyli musi odejść 30-40 posłów, bo przypominam, że mają po swojej stronie ugrupowanie Kukiza. Tylko w takiej sytuacji będą mogły być przeprowadzone przyspieszone wybory, a na to się nie zanosi, więc niestety szybko ich nie będzie.


Zdjęcia główne: Kazimierz Marcinkiewicz, licencja Creative Commons; ławy rządowe w Sejmie, pap-malyFot. PAP/Leszek Szymański

Reklama