Reklama

Media publiczne powinny istnieć, kiedy wrócimy na drogę demokratycznego rozwoju, natomiast trzeba je będzie zreformować w sposób bardzo daleko idący – mówi nam Krzysztof Luft, b. członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Obecnie media publiczne – dodaje – sprowadzono do „propagandy, która daje się porównywać z telewizją czasów PRL, a nawet stanu wojennego”. – Jednym z najdrastyczniejszych przykładów tej obrzydliwej metody personalnej nagonki jest to, co działo się wokół prezydenta Adamowicza, który został później zamordowany – podkreśla nasz rozmówca

JUSTYNA KOĆ: Senacka komisja kultury i środków przekazu przez kilka godzin debatowała w poniedziałek nad stanem mediów publicznych. Czy senatorowie z PiS-u tez wzięli w niej udział?

KRZYSZTOF LUFT: Senatorów PiS-u widziałem przez chwilę, jedną, może dwie osoby. Przez większość czasu nie było nikogo. Co gorsza, nie było zaproszonych przedstawicieli mediów publicznych, którzy powinni się w jakiś sposób ustosunkować do tego, co padło na komisji.

Kto zatem brał udział w obradach komisji oprócz senatorów Koalicji Obywatelskiej?
Rzecznik Praw Obywatelskich, przewodniczący KRRiT, wiceminister kultury, pani europosłanka Adamowicz, zaproszeni goście przedstawiający analizy, Towarzystwo Dziennikarskie. Na komisji prezentowane były raporty, m.in. pani Mierzyńskiej o propagandzie w sieci prowadzonej przez media publiczne, Fundacji Batorego nt. mowy nienawiści.

Reklama

Pan przedstawiał raport „Media publiczne 2015-2019 – studium upadku i co dalej”. Co z niego wynika?
Przede wszystkim to, co się stało, jest konsekwencją nowego podejścia do mediów publicznych, które pojawiło się w 2016, a w skrócie polega na dwóch rzeczach: oficjalnym uznaniu, że media publiczne są po to, aby pomagać rządzącym w realizowaniu ich programu, oraz na nałożeniu na te media obowiązku równoważenia mediów komercyjnych, jakoby „niechętnych rządzącym”.

Pamiętam posiedzenie Senatu w 2015 roku w sylwestra, późno wieczorem, kiedy przedstawiałem stanowisko KRRiT nt. zmiany ustawy, która miała odwołać wszystkie dotychczasowe władze, a nowe miał powołać minister skarbu.

Przekonywałem wówczas senatorów PiS do tego, że tak bezpośrednie podporządkowanie mediów publicznych jest niezgodne z obowiązującymi standardami i prawem, czyni z mediów narzędzie władzy. Po raz pierwszy wtedy usłyszałem, że właśnie o to chodzi, bo media publiczne mają wspierać rządzących w realizacji ich polityki.

W poniedziałek w zasadzie nie negowano tego, że media publiczne sprzyjają rządzącym – mówię tu m.in. o przedstawicielach KRRiT. Przepaść między nami – ekspertami, którzy wypowiadali się na posiedzeniu komisji – a tymi, którzy teraz mają wpływ na media, polega na tym, że co prawda wszyscy zgadzamy się ze stwierdzeniem, iż media publiczne sprzyjają dziś rządzącym, tylko my uważamy, że taka sytuacja nigdy nie miała miejsca w porównywalnej nawet skali i jest niedopuszczalna, oni uważają, że to dobrze, bo w ten sposób media publiczne równoważą media komercyjne, które są ich zdaniem „wrogie i negatywnie nastawione do rządzących”.

Dlaczego to jest niewłaściwe?
To, jak się zachowują media komercyjne, to jest ich sprawa, dopóki nie łamią prawa. Mogą dowolnie kształtować swój przekaz, jeżeli chodzi o sympatie ideowe, polityczne itd. Mamy np. telewizję Trwam, która jest przecież skrajnie zideologizowana, bo jest przecież stacją religijną – i nikt nie ma do niej o to pretensji. Ma do tego prawo jako stacja komercyjna. Natomiast media publiczne takiego prawa nie mają – tak mówią zarówno zasady przyjęte w Europie, jak i litera prawa polskiego.

Z samej nazwy w mediach publicznych musi być równorzędne miejsce dla wszystkich środowisk i poglądów.

Komisja stwierdza też jasno, że nie ma w mediach publicznych obecnie prawdy, obiektywizmu, oddzielenia informacji od komentarza, uczciwości, szacunku, tolerancji i pierwszeństwa dobra odbiorcy. Dlaczego to jest takie ważne?
Przez całe posiedzenie ta sprawa się przewijała w odniesieniu do różnych programów zwłaszcza TVP, choć uważam, że Polskie Radio nie jest specjalnie lepsze. Natomiast budzi mniej emocji, bo jest mniej eksponowane. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że wspomniane przez panią wartości nie są realizowane przez TVP. Ten nowy paradygmat, który obecnie został wprowadzony w mediach publicznych, prowadzi do sprowadzenia programu, w szczególności informacji i publicystyki, do propagandy, która daje się porównywać z telewizją czasów PRL, a nawet stanu wojennego. Jest wiele przykładów drastycznych i hańbiących, które są efektem tej zmiany myślenia o mediach publicznych, np. personalne nagonki na grupy społeczne, zawodowe i konkretnych ludzi. Nagonki, które dotyczą ich personalnego życia, spraw osobistych.

Jakie to przykłady?
Jest ich mnóstwo.

Pierwsza taka nienawistna kampania dotyczyła działaczy organizacji pozarządowych i bazowała na wytykaniu ich związków rodzinnych i towarzyskich. Aż wreszcie okazało się, że żona wicepremiera Glińskiego pracuje w jednej z nich i dopiero wtedy to się uspokoiło.

Atakowani byli personalnie sędziowie, np. sędzia Gąciarek, o którego życiu osobistym przygotowano specjalny, oddzielny reportaż. Później okazało się, że powstał on z inspiracji hejterki, która współpracowała z wiceministrem sprawiedliwości Piebiakiem. Atakowani byli też lekarze rezydenci – przekonywano, że tak naprawdę są oni bardzo bogaci i pławią się w luksusie. Na dowód pokazano m.in. zdjęcia pani dr Katarzyny Pikulskiej z krajów egzotycznych. W rzeczywistości były one zrobione na misjach medycznych, w których uczestniczyła jako wolontariusz. Jednym z najdrastyczniejszych przykładów tej obrzydliwej metody personalnej nagonki jest to, co działo się wokół prezydenta Adamowicza, który został później zamordowany. Atakowani byli nauczyciele, którym wytykano po nazwisku, jakie mają samochody czy dochody, czy niepełnosprawni podczas strajku w Sejmie.

Teraz marszałek Grodzki?
Również jest to bardzo dobry przykład. Takie

szczucie na ludzi poprzez próbę ich kompromitacji także poprzez życie prywatne przypomina czasy stanu wojennego.

Raport kończy się pytaniem: co dalej? Zatem co?
Media publiczne są niezbędne w normalnym kraju, jeśli demokracja ma się w nim rozwijać. Media komercyjne oczywiście mogą pomóc w tym, żeby ludzie lepiej się orientowali w świecie, który ich otacza, i dokonywali świadomych wyborów w różnych sferach życia. Ale to media publiczne są do tego formalnie zobowiązane. Tylko one są ustawowo zobowiązane do zachowania pluralizmu, bezstronności i obiektywizmu.

Uda się naprawić media publiczne czy trzeba zbudować coś nowego od podstaw?
Rzeczywiście być może należałoby te instytucje zlikwidować i powołać nowe na ich miejsce, w innej strukturze organizacyjnej.

Być może powinno się w większym stopniu postawić na element misyjności, jakim jest działanie regionalne, i zbudować silne ośrodki mediów regionalnych na bazie dotychczasowych rozgłośni PR i ośrodków TVP. Te media miałyby szanse być bliżej ludzi i uczestniczyłyby w integracji środowisk regionalnych wokół spraw dla nich istotnych.

Sens istnienia mediów publicznych z mojego punktu widzenia polega na tym, że mogą dostarczać coś, czego nie dają media komercyjne. Jeżeli są gatunki, które mogą dostarczać media komercyjne, to nie ma sensu, żeby za publiczne pieniądze publiczna instytucja robiła to samo, co i tak zrobi komercja – często lepiej. Nie widzę np. powodu, dlaczego disco polo ma być gatunkiem, który jest promowany przez media publiczne. Doskonale robią to te komercyjne – disco polo zostało wypromowane przez pierwszą stację komercyjną – Polsat. Natomiast ani Polsat, ani inne komercyjne stacje nie dostarczą innych szlachetnych gatunków, jeśli chodzi o kulturę czy edukację, nie dostarczą też tego komercyjne rozgłośnie radiowe. Tam nie usłyszymy słuchowiska czy reportażu radiowego, bo jest to po prostu za drogie i ich produkcja nie mieści się w logice biznesowej.

Krótko mówiąc, media publiczne powinny istnieć, kiedy wrócimy na drogę demokratycznego rozwoju, natomiast trzeba je będzie zreformować w sposób bardzo daleko idący.


Zdjęcie główne: Krzysztof Luft, Fot. Facebook/krzysztof.luft.7

Reklama