Kraków wystawił rachunek. Koalicja zapłaciła za lekceważenie
Ponad 60 procent dla Łukasza Gibały według sondaży exit poll. Druga tura w Krakowie nie była wyścigiem, tylko wykonaniem wyroku, który miasto ogłosiło już w maju. Koalicja Obywatelska przegrała nie dlatego, że Gibała okazał się nie do pokonania, ale dlatego, że po upadku Aleksandra Miszalskiego uznała, iż wystarczy podmienić twarz, a resztę załatwi szyld i nazwisko premiera. Nie załatwiło.
- Ponad 60 procent dla Łukasza Gibały według sondaży exit poll.
- Druga tura w Krakowie nie była wyścigiem, tylko wykonaniem wyroku, który miasto ogłosiło już w maju.
- Koalicja Obywatelska przegrała nie dlatego, że Gibała okazał się nie do pokonania, ale dlatego, że po upadku Aleksandra Miszalskiego uznała, iż wystarczy podmienić twarz, a resztę załatwi szyld i nazwisko premiera.

Liczby, których nie da się zagadać
Exit poll OGB daje Gibale 64,1 procent, Monice Piątkowskiej 35,9. Ipsos pokazuje 61 do 39. Oficjalne wyniki spłyną w nocy i mogą przesunąć te liczby o punkt czy dwa, ale nie zmienią sensu niedzieli. To nie jest porażka po zaciętej walce. To nokaut.
Warto położyć obok siebie dwie kampanie. W kwietniu 2024 roku Miszalski wygrał z Gibałą o 5434 głosy, 51,04 do 48,96 procent. Już wtedy było jasne, że Kraków nie jest bastionem, tylko miastem na ostrzu noża. W pierwszej turze tamtych wyborów kandydat KO zebrał 110 556 głosów. Piątkowska 27 września zebrała ich 76 514, czyli 29,91 procent wobec 36,38 procent Gibały. Frekwencja była niższa, to prawda, ale ubytek ponad 30 tysięcy wyborców nie bierze się z pogody.
Maj był ostrzeżeniem, a nie wypadkiem przy pracy
24 maja krakowianie odwołali prezydenta i radę miasta. Według sondażu late poll za odwołaniem Miszalskiego głosowało 97,8 procent uczestników referendum, a wniosek podpisało wcześniej 134 tysiące mieszkańców. Można się pocieszać, że frekwencja ledwie przekroczyła próg ważności. Tyle że to pocieszenie dla sztabowców, nie dla polityków. Elektorat KO w maju nie poszedł bronić swojego prezydenta. Został w domu, bo nie miał czego bronić.
Ten sam sondaż mówi coś jeszcze. Najczęściej wskazywanym powodem udziału była Strefa Czystego Transportu (28,3 procent), potem zadłużenie miasta (22 procent) i sposób zarządzania miejskimi spółkami, z zarzutem nepotyzmu włącznie (14,3 procent). Co czwarty głosujący przyznał, że przyszedł z powodu negatywnej oceny rządu Donalda Tuska. To był sygnał podwójny: Kraków karał ratusz, a przy okazji wysyłał rachunek do Warszawy. Kto to przeczytał jako lokalną awanturę o strefę, przeczytał źle.
Kandydatka z ogrodów kancelarii premiera
Po takim referendum każdy ruch KO w Krakowie musiał krzyczeć jedno: zrozumieliśmy. Tymczasem 9 czerwca kandydatkę na prezydenta Krakowa przedstawiono w ogrodach Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w Warszawie. Donald Tusk i Władysław Kosiniak-Kamysz stanęli obok Moniki Piątkowskiej, premier powiedział: „Kandydatkę na prezydenta Krakowa znam od lat”. I na tym krakowski akcent się skończył.
Nie trzeba było długo czekać na reakcję. Aleksandra Owca z Razem napisała, że liderom koalicji „nie chciało się im przyjechać”. Bardziej bolesne było to, co powiedziała koalicjantka. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz oznajmiła na antenie Polsat News: „To jest niefortunne, to nie jest nasza kandydatka”, i dodała, że w Krakowie oczekuje się, iż kandydaci na prezydenta miasta „będą się prezentować w Krakowie”. Gdy własny sojusznik mówi to publicznie dzień po starcie kampanii, wiadomo, że start się nie udał.
Piątkowska tłumaczyła później, że liderzy byli w Warszawie z powodu obowiązków służbowych. Może i tak. Ale w polityce nikt nie pyta o grafik premiera. Pyta się o to, co widać na zdjęciu. A na zdjęciu było miasto, które dopiero co zbuntowało się przeciw władzy, i kandydatka ogłaszana tam, gdzie tę władzę się sprawuje.
Plan B, który miał udawać plan A
Z relacji RMF FM, przywoływanej przez Money.pl, wiemy, że pierwszym wyborem Tuska był Rafał Sonik: rozpoznawalny, krakowski, spoza polityki. Odmówił. Sam wybór był trafny, bo premier dobrze odczytał, czego Kraków chce po Miszalskim: kogoś, kto nie pachnie partyjnym aparatem. Problem w tym, że kiedy Sonik powiedział „nie”, koalicja sięgnęła po osobę z dokładnie przeciwnego bieguna.
Monika Piątkowska ma za sobą polityczną wędrówkę, której nie da się opowiedzieć w jednym zdaniu na ulotce: SLD w latach 2010–2011, PSL od 2011 do 2014 roku, od 2025 roku Koalicja Obywatelska. Mandat senatorski zdobyła w marcu 2025 roku w wyborach uzupełniających po Bogdanie Kliczu, z wynikiem 50,14 procent. Adrian Zandberg wypominał jej, że reprezentowała już „wszystkie partie” obecnej koalicji, co jest złośliwą przesadą, ale przesadą z ziarnem, które łatwo zasiać. Gibała przez całą kampanię budował wizerunek krakowskiego niezależnego. Naprzeciw niego KO postawiła kandydatkę, której życiorys był gotowym dowodem w jego tezie o partyjnych zmianach barw.
Nie chodzi o to, że Piątkowska jest słabą polityczką. Chodzi o to, że na ten konkretny moment i przeciw temu konkretnemu rywalowi była kandydatką źle dobraną. Po referendum, które było buntem przeciw układowi, KO wystawiła osobę, którą najłatwiej było przedstawić jako produkt układu.
Szyld, którego nie było na plakacie
Piątkowska startowała z komitetu „Ponad Podziałami”. Kampanię zaczynała u boku premiera, a na kartach do głosowania występowała jako kandydatka ponadpartyjna. Ta podwójność musiała się źle skończyć. Wyborca KO nie dostał jasnego sygnału, że to jego kandydatka i jego sprawa. Wyborca niechętny KO dostał za to sygnał aż nadto czytelny: to człowiek Tuska, tylko w przebraniu.
W wywiadzie dla RMF24 pod koniec sierpnia Piątkowska zapewniała: „Poparcie premiera Donalda Tuska nie jest pocałunkiem śmierci, jak zechciał pan powiedzieć. Wręcz odwrotnie”. Można to szanować jako lojalność, ale jako strategia nie zadziałało. Skoro co czwarty uczestnik majowego referendum przyszedł zagłosować przeciw rządowi, to utożsamienie kandydatki z premierem było obciążeniem, nie atutem. Trzeba było albo iść z szyldem KO dumnie i do końca, albo naprawdę się od niego odciąć. Wybrano trzecią drogę: szyld schowany, ale wszyscy wiedzą, że jest.
Gonienie Gibały na jego boisku
Najbardziej bolesny błąd kampanii widać na przykładzie Strefy Czystego Transportu. To ona była głównym paliwem referendum. Gibała powtarzał, że strefa jest „fatalna” i że jej nie popierał. Piątkowska odpowiedziała, że w obecnym kształcie strefa „jest zdecydowanie za szeroka”, i zaproponowała zawężenie jej do drugiej obwodnicy oraz konsultacje, a może i referendum.
Merytorycznie da się tego bronić. Politycznie to była pułapka. Kandydatka obozu, który strefę wprowadził, zaczęła licytować się z jej najgłośniejszym krytykiem na to, kto ją bardziej przytnie. W takiej licytacji zawsze wygrywa oryginał, nie kopia. Zarzut, że Gibała poparł wcześniej uchwałę o SCT, zginął w szumie, bo nikt nie uwierzył, że to obóz Miszalskiego jest prawdziwym pogromcą strefy.
Podobnie z rozliczeniem poprzednika. W rozmowie z Zero.pl tuż przed drugą turą Piątkowska mówiła, że Miszalski „umawiał się z mieszkańcami na pełną kadencję”, a ona nie odpowiada za decyzje poprzedników. Tyle że Miszalski publicznie ją poparł, a Gibała chętnie cytował Marcina Palade, według którego Piątkowska byłaby „Miszalskim w spódnicy”. Nie można jednocześnie przyjmować poparcia byłego prezydenta i udawać, że jego kadencja to cudza sprawa. Wyborcy zauważyli tę sprzeczność szybciej niż sztab.
„Nigdy” to złe słowo przed drugą turą
14 września, w debacie w klubie Pod Jaszczurami, Piątkowska zadeklarowała: „Nigdy nie poprę Łukasza Gibały”, uzasadniając to tym, że ma on mieć poparcie Konfederacji. Dodała, że to dla niej „sprawa zerojedynkowa”. Tuż przed drugą turą mówiła o „samotnym jeźdźcu”, który „nie naprawi dziś naszego miasta”.
To język mobilizacji twardego elektoratu. Problem w tym, że po pierwszej turze arytmetyka była bezlitosna. Michał Drewnicki z PiS zebrał 17,5 procent, kandydat Konfederacji Korony Polskiej ponad 4 procent, Razem prawie 7. Żeby wygrać, Piątkowska musiała dotrzeć do ludzi, którzy KO nie lubią, a Gibałę przynajmniej tolerują. Straszenie Konfederacją tych wyborców nie przekonuje, a część z nich wręcz utwierdza. Gibała odpowiedział zresztą „muzeum hejtu” na swojej stronie i opowieścią o „politykach warszawskich”, którzy przyjeżdżają wciągać Kraków w orbitę ogólnopolskiej polityki. Ta opowieść trafiła, bo KO sama dała mu do niej dekoracje.
Kraków nie jest prowincją wyborczej mapy
Największy błąd zapadł jednak nie w kampanii, tylko przed nią. Po odwołaniu Miszalskiego Kraków należało potraktować jak front, a nie jak zadanie do odhaczenia. Drugie miasto Polski, akademickie i wielkomiejskie, właśnie powiedziało koalicji: sprawdzam. Odpowiedzią powinien być kandydat stąd, z własnym dorobkiem w mieście, ogłoszony na krakowskim Rynku, a nie w warszawskim ogrodzie. Powinno być uczciwe rozliczenie kadencji Miszalskiego, z nazwaniem po imieniu długu, strefy i kolesiostwa, zanim zrobią to rywale. Powinna być kampania o Krakowie, a nie o tym, kto jest bliżej czy dalej od Konfederacji.
Gibała sam powiedział w Polsat News, że jego miasto było „poligonem doświadczalnym” przed wyborami parlamentarnymi. To zdanie warto powiesić w sztabie KO. Kraków nie jest egzotycznym wyjątkiem. To próbka tego, co może się stać wszędzie tam, gdzie wyborca centrum jest zmęczony, a koalicja uzna, że i tak nie ma dokąd pójść. W Krakowie miał dokąd. Poszedł do kandydata bez partii, bez szyldu i bez warszawskiej konferencji prasowej.
Koalicja Obywatelska może dziś powiedzieć, że przegrała z lokalnym fenomenem, który od lat buduje swoją markę. To będzie wygodne i nieprawdziwe. W 2024 roku ten sam Gibała przegrał z KO o włos. W 2026 roku wygrał w cuglach. Różnica nie leży po jego stronie.
Twoja reakcja na ten artykuł
Wyraź opinię jednym kliknięciem (1 reakcji)
Czy zgadzasz się ze stanowiskiem przedstawionym w artykule?
Dołącz do społeczności wiadomo.co
Najważniejsze wiadomości, kulisy polityki i autorskie materiały wideo wysyłane natychmiast na Twój telefon.
Udostępnij artykuł
Autor
Zespół redakcyjny
Zespół redakcyjny wiadomo.co — najważniejsze informacje z Polski i świata, 24/7.
