Karabin maszynowy dla „sportowca” i rewolwery z internetu. Sprawdziliśmy, jak dziurawe polskie prawo zbroi szaleńców
Po zamachu w Krakowie Polacy przecierają oczy ze zdumienia: jak to możliwe, że 24-latek legalnie trzymał w mieszkaniu siedem sztuk broni, w tym karabin o sile rażenia wojskowego automatu? Sprawdziliśmy polskie przepisy i prawda jest jeszcze gorsza, niż myślicie. W naszym kraju wojskową broń kupisz na legitymację sportową po jednym weekendowym kursie, a śmiercionośny rewolwer czarnoprochowy kurier przywiezie ci pod drzwi bez żadnego pozwolenia, badań psychiatrycznych i pytania o nazwisko.
- Po zamachu w Krakowie Polacy przecierają oczy ze zdumienia: jak to możliwe, że 24-latek legalnie trzymał w mieszkaniu siedem sztuk broni, w tym karabin o sile rażenia wojskowego automatu?
- Sprawdziliśmy polskie przepisy i prawda jest jeszcze gorsza, niż myślicie.
- Jak kupić „karabin maszynowy” na pozwolenie sportowe?

Jak kupić „karabin maszynowy” na pozwolenie sportowe?
Wokół uzbrojenia Michała O. natychmiast narosły mity. W telewizyjnych relacjach z Rynku padły słowa o „karabinie maszynowym”. Rzecznicy policji i eksperci od broni zaczęli wtedy uspokajająco tłumaczyć: „Nie, to niemożliwe, na pozwolenie sportowe w Polsce nie można kupić broni maszynowej strzelającej seriami”. Formalnie mają rację. W praktyce — bezczelnie mydlą Polakom oczy.
Oto jak działa ta luka. Zgodnie z art. 10 Ustawy o broni i amunicji, na pozwolenie do celów sportowych obywatel może kupić broń palną centralnego zapłonu z lufami gwintowanymi o kalibrze do 12 mm. Oznacza to, że każdy, kto zda banalny egzamin sportowy, może wejść do sklepu i kupić karabinek AR-15 albo cywilną wersję Kałasznikowa (AKM) na ostrą amunicję pośrednią 5,56x45 mm lub 7,62x39 mm. To dokładnie ta sama amunicja, jaką polskie wojsko strzela na poligonie.

Czym różni się taki „karabinek sportowy” od wojskowego karabinu szturmowego piechoty? Tylko jednym detalem w mechanizmie spustowym: nie strzela ogniem ciągłym (serią), lecz ogniem pojedynczym (samopowtarzalnym). Za każdym pociągnięciem języka spustowego pada jeden strzał. Tyle że sprawny strzelec potrafi z takiego karabinka opróżnić 30-nabojowy magazynek w niespełna cztery sekundy. Dla ofiar pod Sukiennicami czy w jakiejkolwiek innej masowej strzelaninie nie ma najmniejszego znaczenia, czy kule wylatują z lufy serią, czy w ułamkach sekund jedna po drugiej. Siła obalająca pocisku, prędkość wylotowa i zasięg rażenia są identyczne.
Pilnik, demobil i magazynki na sto nabojów
Ale na tym patologia polskich przepisów się nie kończy. Rynek broni w Polsce zalały tysiące sztuk wojskowego demobilu z magazynów Agencji Mienia Wojskowego. To autentyczne, seryjne karabiny automatyczne z lat 60., 70. i 80., które rusznikarze przerobili na wersję samopowtarzalną, usuwając lub blokując pojedynczy element – tzw. ogień ciągły. Wystarczy wpisać w internetowych forach odpowiednie hasło, by dowiedzieć się, jak łatwo za pomocą prostych narzędzi lub kupionego bez zezwolenia mechanizmu z demobilu przywrócić takiemu karabinkowi pełną automatykę.

Co więcej, polskie prawo pozwala posiadaczom pozwoleń sportowych i kolekcjonerskich na legalne kupowanie magazynków bębnowych mieszczących 60, a nawet 100 sztuk ostrej amunicji. Czy ktoś potrzebuje stustrzałowego bębna do tarczy na 25 metrów? Oczywiście, że nie. Ale polskie przepisy na to pozwalają, bo środowisko strzeleckie skutecznie zablokowało zaostrzenie unijnej dyrektywy o broni.
Dziki Zachód nad Wisłą: broń czarnoprochowa bez żadnych pytań
Jeżeli myślicie, że zdobycie karabinka sportowego w klubie strzeleckim to szczyt absurdu, spójrzcie na art. 11 pkt 10 Ustawy o broni i amunicji. To zapis, który zamienił Polskę w jedyny taki rezerwuar niekontrolowanej broni w całej Unii Europejskiej. Chodzi o broń czarnoprochową rozdzielnego ładowania.
Zgodnie z prawem, każdy pełnoletni Polak może wejść do sklepu myśliwskiego, na portal aukcyjny albo do sklepu internetowego i bez żadnego pozwolenia, bez zaświadczenia o niekaralności i bez badań psychiatrycznych kupić fabrycznie nowy, sześciostrzałowy rewolwer Colt lub Remington. Kurier przywozi paczkę do domu. Nikt nie rejestruje numeru seryjnego lufy, nikt nie pyta o stan zdrowia psychicznego nabywcy.
Lobby broniarskie próbuje wmawiać opinii publicznej, że to tylko „niewinne zabawki dla rekonstruktorów bitew napoleońskich”. To cyniczne kłamstwo. Współczesna replika rewolweru czarnoprochowego kalibru .44 strzela ciężką, ołowianą kulą o energii kinetycznej sięgającej 300–400 dżuli. To energia porównywalna ze współczesnym policyjnym pistoletem Glock na amunicję 9 mm! Co więcej, miękki ołów wystrzelony z czarnego prochu po trafieniu w ciało człowieka ulega deformacji (grzybkowaniu), rozrywając narządy wewnętrzne i wywołując potężne krwotoki. Rana postrzałowa z rewolweru czarnoprochowego jest często znacznie bardziej dewastująca niż postrzał ze współczesnego pistoletu bojowego.
W Polsce w rękach obywateli znajduje się według szacunków policji od 500 tysięcy do nawet miliona sztuk niezarejestrowanej broni czarnoprochowej. To z takiej broni w grudniu 2023 roku we Wrocławiu przestępca zabił dwóch policjantów w radiowozie. To taką bronią bandyci strzelali do ludzi w warszawskich parkach i podmiejskich dyskotekach. Państwo polskie nie wie, kto ją ma, gdzie ją trzyma ani ile ołowiu leży w piwnicach.
Ścieżka „sportowa” to urzędowy skrót
Wróćmy do 24-letniego Michała O. W jego mieszkaniu w Ostrowcu policjanci zabezpieczyli siedem sztuk broni. Nie kupił jej na czarnym rynku od handlarzy ze Wschodu. Nie ukradł jej z koszar. On po prostu wykorzystał system, który w Polsce został zaprojektowany tak, aby zadowolić lobby strzeleckie, a nie chronić bezpieczeństwo obywateli.
Klub strzelecki Świt Starachowice, z którym związany był zamachowiec i jego ojciec, pospieszył z oświadczeniem, że sprawca „nie był szkolony bojowo”. Oczywiście, że nie był. Wystarczyło, że klub wystawił mu zaświadczenie do patentu PZSS. Dla policji to sygnał: wydajcie pozwolenie, ten człowiek to sportowiec. Komendant wojewódzki nie miał pola manewru. Badania w komercyjnej przychodni za 350 złotych zaliczył w kilkadziesiąt minut, bo w Polsce nie istnieje centralny rejestr osób leczących się psychiatrycznie. Lekarz orzecznik widzi tylko to, co pacjent sam zechce mu powiedzieć.
Krew na rękach ustawodawcy
Krakowski zamach i masakra w Ostrowcu obnażyły dwa potężne filary bezradności polskiego państwa:
Po pierwsze: fikcję „broni sportowej”, która pod płaszczykiem rekreacji pozwala każdemu amatorowi zgromadzić domowy arsenał wojskowych karabinków i pistoletów o gigantycznej sile rażenia.
Po drugie: całkowicie bezkarny, niekontrolowany rynek broni czarnoprochowej, którą można kupić przez internet jak buty czy pizzę, bez ani jednego pytania ze strony służb.
Dziś politycy wszystkich partii zwołują narady, żądają głów komendantów i obiecują żałobę narodową. Tyle że to nie policjanci na krakowskim Rynku zawiedli — dwaj z nich leżą w szpitalu w stanie ciężkim, bo własnymi ciałami zasłonili uciekających ludzi. Zawiodło polskie prawo, które od lat pisane jest pod dyktando lobbystów ze strzelnic i handlarzy militariami.
Dopóki w Polsce posiadanie karabinka o parametrach bojowych nie będzie obwarowane twardym wglądem w historię leczenia psychiatrycznego i regularną kontrolą operacyjną, a czarnoprochowe rewolwery nie trafią pod bezwzględny obowiązek rejestracji i badań — dopóty krakowska tragedia nie będzie wyjątkiem, tylko kwestią czasu do następnego wystrzału.
Twoja reakcja na ten artykuł
Wyraź opinię jednym kliknięciem (1 reakcji)
Czy zgadzasz się ze stanowiskiem przedstawionym w artykule?
Dołącz do społeczności wiadomo.co
Najważniejsze wiadomości, kulisy polityki i autorskie materiały wideo wysyłane natychmiast na Twój telefon.
Udostępnij artykuł
Autor
Zespół redakcyjny
Zespół redakcyjny wiadomo.co — najważniejsze informacje z Polski i świata, 24/7.
