Reklama

Ostatnim bastionem, który bronił polskiego Kościoła, był autorytet św. Jana Pawła II. Ale i ta tarcza pęka. Na pomniku pojawiają się rysy. Jeżeli nawet przyjmiemy, że Jan Paweł nie wiedział o nadużyciach seksualnych, to dodać trzeba: wiedzieć powinien. Ten długi pontyfikat trwający 27 lat był źródłem największego kryzysu, z jakim zmaga się Kościół, czyli kryzysu wiarygodności związanej z wykorzystywaniem dzieci przez duchownych – mówi nam w rozmowie o kondycji polskiego Kościoła Jarosław Makowski, filozof, teolog, publicysta, szef Instytutu Obywatelskiego, think tanku PO, samorządowiec, radny miasta Katowice, były radny Sejmu Śląskiego, miejski aktywista, pomysłodawca katowickiego stowarzyszenia BoMiasto, założyciel i redaktor kwartalnika „Instytut Idei”. Autor między innymi: „Wariacje Tischnerowskie” (2012), „Pobudka, Kościele!” (2017). Obecnie kończy pracę nad nową książką: „Kościół w czasach dobrej zmiany” (wydawnictwo Liberte!). – Jeżeli Kościół w Polsce chce jeszcze cokolwiek uratować, to musi mieć twarz siostry Małgorzaty Chmielewskiej, a nie biskupa Jędraszewskiego. Bo abp Jędraszewski jest wręcz człowiekiem, o którego krytycy Kościoła gorliwie się modlili. I, jak widać, Bóg ich modłów posłuchał – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: „Nieważne, czy Polska będzie biedna, czy bogata, ważne, żeby była katolicka” – powiedział kiedyś jeden z prominentnych polityków prawicy. Dziś przed Kościołami strajkują kobiety i młodzież. Czy na naszych oczach laicyzuje się Polska?

JAROSŁAW MAKOWSKI: Innej laicyzacji, jak pełzająca, nie będzie. Biskupi nadal będą walczyć z wyimaginowanym wrogiem genderyzmu, ekologizmu, LGBT, a ludzie będą systematycznie zwracać Kościołowi bilet. Do pobożnych życzeń księży należy też zaliczyć przekonanie, że katolicyzm w Polsce wysysa się dziś z mlekiem matki. To niewątpliwie kolejny rodzaj fantazji, którą się wciąż operuje, by poprawić sobie samopoczucie. O ile do wczoraj można było powiedzieć, że katolikiem się rodzisz, bo tradycja, babcia, dziadek, to dziś się stajesz, czyli podejmujesz świadomą decyzję, że chcesz należeć do tej wspólnoty. Obraz tej wspólnoty, Kościoła, który dziś mamy, z jego personelem naziemnym w postaci biskupów i księży, jest raczej czymś, co odrzuca niż przyciąga. A

sposób przekazywania ewangelii, czyli całe duszpasterstwo, jest czymś, co raczej wyprasza ludzi z Kościoła, niż do niego zaprasza.

Treści, których Kościół naucza, poczynając od tzw. teologii ciała, a na kwestiach zaangażowania politycznego kończąc, budzą w słuchaczach złość, a nie podziw.

Reklama

Dlaczego tak się dzieje? Jeszcze parę lat temu nie można było wygrać w Polsce wyborów bez poparcia czy akceptacji Kościoła.
To jest kolejny fantazmat! Tym razem polityków, którzy dużo bardziej boją się proboszcza, niż pana Boga, a na samym końcu boją się dopiero swoich wyborców. Gdyby było odwrotnie, czyli najpierw lękają się wyborców, potem Bóg, a dopiero na końcu proboszcza, to okazałoby się, że można w Polsce wygrać wybory bez poparcia Kościoła Rzymskokatolickiego.

Jednym z kluczowych elementów jest fakt, że Kościół absolutnie zaprzedał duszę tzw. dobrej zmianie, zamiast trzymać się Dobrej Nowiny, czyli ewangelii. Kościół postanowił pójść drogą łatwiejszą – zblatować się z władzą tak, aby czerpać korzyści finansowe i ustawowe, bo uznał, że dużo łatwiej jest zamówić w Sejmie, który jest zdominowany przez konserwatywną, religijną prawicę, odpowiednią ustawę czy wyrok tzw. Trybunału Konstytucyjnego, niż przekonać ludzi do swoich racji np. w sferze antykoncepcji czy aborcji. Tak jak młyny kościelne mielą powoli, tak prawda o Kościele polskim również dociera do ludzi powoli. I dziś

najkrótsza droga do dechrystianizacji Polski wiedzie przez PiS.

Jaki to obraz, jaka jest prawda?
Po pierwsze duchowni mają problem z wiarygodnością, gdyż z ich szafy wylatują rozmaite trupy. Pamiętajmy, że przez długie lata utrzymywano, że problem pedofilii księży to jest tylko i wyłącznie problem Kościoła zachodniego. Tu mówiono: „Polscy księża, spadkobiercy JPII, w żaden sposób nie możemy być uwikłani w tak niegodny proceder”. Dziś ten mit upada z hukiem, bo polski Kościół niczym nie różni się od irlandzkiego czy amerykańskiego. Tu, nad Wisłą, również dochodziło do nadużyć seksualnych księży wobec dzieci. Biskupi tuszowali przestępstwa seksualne. To decyzją Watykanu kardynał Gulbinowicz został pozbawiony przywilejów kardynalskich i odszedł w niesławie. Usunięty z urzędu został biskup kaliski Edward Janiak. Zatem sam Watykan podejmuje decyzje wobec swoich biskupów, wskazując jasno, że popełnili grzech, a z punktu widzenia prawa przestępstwo, a nie żadni mityczni wrogowie Kościoła.

Pamiętajmy, że sprawę biskupa Paetza papież Jan Paweł II załatwił po cichu. My tak naprawdę nie wiedzieliśmy, dlaczego został odwołany z funkcji arcybiskupa diecezji poznańskiej. Krążyły tylko plotki.

Dziś Watykan mówi, dlaczego podejmuje decyzje wobec innych biskupów. Mówi: są winni.

Zresztą ostatnim bastionem, który bronił polskiego Kościoła, był autorytet św. Jana Pawła II. Ale i ta tarcza pęka. Na pomniku pojawiają się rysy. Jeżeli nawet przyjmiemy, że Jan Paweł nie wiedział o nadużyciach seksualnych, to dodać trzeba: wiedzieć powinien. Ten długi pontyfikat trwający 27 lat był źródłem największego kryzysu, z jakim zmaga się Kościół, czyli kryzysu wiarygodności związanej z wykorzystywaniem dzieci przez duchownych. Polacy zrozumieli też, że nie mogą dalej nabierać się na ten szantaż, który był wobec nich stosowany: „Tego nie można zrobić Janowi Pawłowi II”. Otóż można w imię prawdy i przyzwoitości wyjawić wszystko, co jest do pokazania. Drugi szantaż polegał na tym, że mówiono nam: „Kościół jest jak matka, a matki się nie krytykuje”. Dziś wiemy, że to także nieprawda.

Coraz głośniej mówi się, że za czasów pontyfikatu JPII był „karnawał pedofili”. Czy na naszych oczach upada mit papieża Polaka?
Nie wiem, czy Jan Paweł II wiedział i świadomie tuszował skandale pedofilskie, natomiast – powtórzę – wiedzieć powinien. I na tym polega jego odpowiedzialność.

Postawa kardynała Dziwisza raczej pogrąża papieża niż ratuje.
Dziś kardynał Dziwisz walczy nie tylko o dobrą pamięć o sobie. Być może walczy o coś ważniejszego – o dobrą pamięć o papieżu Wojtyle. Być może, żeby ratować tę pamięć, weźmie na siebie całą odpowiedzialność, ale dotychczasowe jego zachowanie świadczy raczej o tym, że będzie próbował bronić siebie i JPII, co oznacza, że – jeśli będzie robił to w tak fatalnym stylu, jak do tej pory – to bardziej zaszkodzi. I sobie, i Janowi Pawłowi.

W tej sprawie ważny jest też kontekst. Z naszej perspektywy oskarżanie JPII, który żył w innych czasach, jest wzięciem w nawias pewnego kontekstu. To nie jest żadne usprawiedliwianie. Ale zobaczmy: gdy oglądamy film „Spotlight”, gdzie dziennikarze Boston Globe ujawnili pierwszy przypadek księdza Johna Geoghana, który zgwałcił ponad setkę dzieci, to jasno widać, że

ten proceder był możliwy, gdyż była zmowa milczenia trzech aktorów: Kościoła, prawników, którzy przekupywali rodziny ofiar, i dziennikarzy, którzy nie chcieli o tym mówić.

My dopiero od kilku lat jesteśmy w sytuacji, że  bardziej wierzymy ofiarom niż sprawcom. Ale 20 lat temu to był margines. Mam zatem świadomość tego kontekstu, który był obecny 20-30 lat temu.

Na ile na to, co dzieje się w Polsce, ma wpływ pontyfikat Franciszka?
Franciszek miał dwa wyjścia: albo próbować tuszować skandale i brać na przeczekanie, ale miał świadomość, że percepcja społeczna i przyzwolenie społeczne zmieniły się tak radykalnie na korzyść nieufności wobec Kościoła, że to oznaczałoby jego śmierć. Albo wprowadzić jawność. Oczywiście Franciszek potyka się o ten temat, bo też bywa oszukiwany. Kardynał McCarrick robił karierę także za pontyfikatu Franciszka. Kiedy prawda wyszła na jaw, papież miał odwagę go wyrzucić i odebrać mu wszelkie przywileje. To Franciszek zmusił do podania się do dymisji cały episkopat chilijski. Mimo błędów i oporów wewnątrz Kościoła Franciszek najwyraźniej uznał, że trzeba powiedzieć prawdę. Myślę, że także prawdę o Janie Pawle II. Pewnie czeka nas jeszcze wiele niespodzianek.

Co czeka zatem polski Kościół, podzieli los irlandzkiego?
Każdy kraj jest inny. I, jeśli mogę tak powiedzieć, ma własny model laicyzacji. Myślę, że Polska przechodzi to w pełzającym tempie. Choć ostatnio, za sprawą postawy biskupów, przyśpiesza. Pokazują to badania opinii publicznej, w których rośnie nieufność Polaków wobec Kościoła. Dzieciaki wypisują się masowo z lekcji religii. Apostazją w mediach społecznościowych szczycą się celebryci.

Paradoksalnie, jakkolwiek obrazoburczo to zabrzmi, mam wrażenie, że to

Bóg zesłał na Polskę sekularyzację, aby obrócić w pył te wszystkie fałszywe podpórki, na których oparty jest nasz Kościół.

W tym sensie zgadzam się z Tischnerem, który mówił, że prawdziwe chrześcijaństwo jest dopiero przed nami. Jeżeli Kościół w Polsce chce jeszcze cokolwiek uratować, to musi mieć twarz siostry Małgorzaty Chmielewskiej, a nie biskupa Jędraszewskiego. Bo abp Jędraszewski jest wręcz człowiekiem, o którego krytycy Kościoła gorliwie się modlili. I, jak widać, Bóg ich modłów posłuchał.


Zdjęcie główne: Jarosław Makowski, Fot. Adam Mikosz, licencja Creative Commons

Reklama