Reklama

Wprowadzane nagle, bez przygotowania, za szybko i bez przemyślenia. Tak o reformie edukacji mówią nauczyciele i dyrektorzy szkół: Bogumiła Szymańska-Krzemińska, wicedyrektor szkoły podstawowej nr 202 w Warszawie i Sławomir Sikora, dyrektor gimnazjum społecznego Raszyńska w Warszawie.

Katarzyna Pilarska: Jak pani ocenia pomysł powrotu do ośmioklasowych szkół podstawowych?
Bogumiła Szymańska-Krzemińska:
Jestem jak najbardziej za zmianami, zawsze byłam przeciwna gimnazjom. Ale nie w tej formie i nie w takim tempie. To powinno zająć jeszcze co najmniej rok, jak nie dwa, bo kopiowanie starych programów i podstaw programowych nie jest żadnym rozwiązaniem. Dzisiejsze dzieci i dzisiejsza młodzież podchodzą do życia zupełnie inaczej i czego innego oczekują. Nie można im teraz podsuwać czegoś, co uważają za archaizmy. Trzeba ich pobudzać, wyrobić chęć poznania czegoś nowego. Poprzednia szkoła ośmioklasowa to były zupełnie inne czasy. A jak przejrzałyśmy z panią dyrektor tę nową podstawę programową, to jest to w dużej mierze po prostu zerżnięte z czasów, kiedy ja byłam uczniem i początkującym nauczycielem. Są też jednak dobre pomysły, np. w przypadku matematyki będzie więcej czasu na utrwalenie, powtórzenie. Trudno powiedzieć, że to wszystko będzie złe, na pewno nie wszystko będzie dobre – mam tu mocno mieszane uczucia. Ale na pewno tempo wprowadzania tych zmian jest za szybkie.

No właśnie, chyba trudnością mogą się okazać nawet takie techniczne sprawy jak ta, że trzeba będzie przyjąć osiem klas. Poradzicie sobie z tym?
Nie, właśnie o tym mówię, mówiąc że to jest wszystko za szybko. Czeka nas np. wymiana ławek. Te dzieci po VI klasie czasami bardzo rosną, to bywa wzrost o kilkanaście centymetrów! Ławki dla ucznia w VI klasie są absolutnie nieprzydatne dla ucznia klasy VII. Pamiętam swoich uczniów, którzy po VI klasie przychodzili po wakacjach wyżsi o 30 cm, potrafili mieć 1,8 m, takie rzeczy się zdarzały. Jak ich wsadzić do tych ławek? A do tego dojdą ogromne koszty. Trzeba będzie urządzić pracownie, wchodzi fizyka w VII klasie, chemia, biologia, drugi język obcy.

Reklama

Wchodzi też przygotowanie do życia w rodzinie…
Czytałyśmy o pomysłach pani prof. Urszuli Dudziak. To jest taka głupota, że jeżeli przejdzie, to będzie naprawdę szerzenie herezji, kompletny ciemnogród. Prezerwatywy nie można używać, dlatego że sperma działa zbawiennie na urodę i zdrowie kobiety, a do tego zapobiega rakowi piersi – takie mamy przekazywać informacje. A dyrektorzy mają donosić na tych, którzy żyją w konkubinacie albo są rozwiedzeni, bo dają zły przykład młodzieży i nie powinni uczyć.

Znowu będziecie uczyć pod ławką, przemycać różne treści. Np. z historii.
Na to wychodzi! Tak jak kiedyś. Za moich czasów np. nie mówiło się nic o Piłsudskim jako bohaterze, za to mówiło się o tym, że wyrżnął tylu ludzi w pień – o czym się z kolei teraz w ogóle nie mówi, bo skoro bohater, to nie może być mordercą. Często w edukacji jest tak, że trzeba wiedzę i treści przemycać pod ławką. O Katyniu też się za moich czasów nie mówiło, ale wszyscy wiedzieli. I teraz też tak będzie – nauczyciele są na tyle wykształceni, że dadzą radę przemycić także to, czego w podstawie nie ma. Nie można pomijać niektórych wydarzeń i osób, na pewno większość sobie na to nie pozwoli.

Patriotyzm to teraz ważne słowo.
Ale za moich czasów to on się rodził w człowieku właściwie w momencie przyjścia na świat. A w tej chwili niech pani zapyta dzieci, co to jest patriotyzm. Odpowiedzą: “Trzeba kochać ojczyznę”, ale na pewno nie odczuwają dreszczy słysząc Mazurka Dąbrowskiego, nie zakręci się im łza w oku, gdy ktoś zaśpiewa przy nich patriotyczne pieśni. A w nas to wykształcono, w jakiś naturalny sposób i zrobili to przede wszystkim nauczyciele, pod ławką.

Dlatego myślę, że wszystko będzie dobrze, tylko po co to robić na kolanie? Po co w takiej zawierusze i po co z taką nienawiścią? Niestety, jest to wprowadzane zgodnie z zasadą “Na złość mamie odmrożę sobie uszy”. Zupełnie niepotrzebnie, bo płacić będą za to dzieci.

I wy, starając się, żeby to jednak zadziałało.
O to chodzi. Te pierwsze roczniki będą znowu eksperymentalnymi.

A dopiero co były eksperymenty z wprowadzeniem gimnazjów.
Właśnie. Jedna moja córka kończyła szkołę ośmioklasową, a druga już przeszła przez gimnazjum. I starsza córka była spokojna, miała wyciszone emocje, a młodsza przeżywała zmiany, egzaminy końcowe po VI klasie, po gimnazjum. Kiedyś był egzamin wstępny do liceum i to faktycznie weryfikowało wiedzę, a testy nie wykazują absolutnie niczego. Miałyśmy taką uczennicę w szkole, która była bardzo słaba, miała ledwie dopuszczające oceny i na teście końcowym miała 38 punktów na 40. Miała wielkie szczęście, ale rodzice zrobili aferę, że przez całą szkołę krzywdziliśmy dziecko. Poszła do dobrego gimnazjum i miała znów same jedynki. Także testy, wielokrotnie się to sprawdziło, nie są żadnym odzwierciedleniem wiedzy. Ale wprowadziliśmy ten system i jak pomału się przyzwyczailiśmy, to kolejne zmiany.

A co pani myśli, widząc nowy kanon lektur?
Na temat lektur wolałabym się nie wypowiadać, bo nigdy nie uczyłam polskiego, a jestem osobą starej daty i dla mnie wiele z tytułów na liście jest wspomnieniem dzieciństwa. “Anię z Zielonego Wzgórza”, “Siłaczkę”, “Przygody Tomka Sawyera” pamiętam ze swojej młodości. Pamiętam też, że przez “Krzyżaków” np. nie mogłam przejść. A to nie znaczy, że musi to być sensowny krok w dzisiejszych czasach. Dzieci są teraz inaczej chowane i choć wiem, że są potrzebne takie lektury, które pobudzą empatię do drugiego człowieka czy wyczulą na krzywdę, to ta młodzież jest teraz zupełnie inna niż była kiedyś.

Jak rozmawia pani z nauczycielami, to jakie panują nastroje? Są przerażeni nową podstawą programową?
Nie, przerażeni to nie. Przeszliśmy już tyle reform i zmian – w nauczaniu podstawowym, podstaw programowych, wytycznych, i musieliśmy sobie dawać radę. Tym nie jesteśmy przerażeni, poradzimy sobie i tym razem. Nauczyciel musi być twórczy i musi umieć uczyć pomimo pomysłów MEN – będziemy robić swoje i tyle. Ale przeraża mnie, moje koleżanki i kolegów nauczycieli, że jest to wprowadzane w taki sposób, w takim tempie, gdy szkoły, w tym nasza, tak czysto lokalowo, są na to zupełnie nieprzygotowane. Wygląda na to, że dyrekcja wakacji nie będzie miała w ogóle, nauczyciele pewnie też nie. Nie wiemy kompletnie jak będzie. Np. kto przyjdzie uczyć fizyki. Czy przyjdzie nauczyciel z zewnątrz, czy od maja nie trzeba będzie robić naboru? A ile tych godzin będzie? Dwie klasy VII, czyli dwie godziny fizyki w tygodniu. Kto będzie uczył dwie godziny? Gdzie nauczyciel tych szkół nazbiera, żeby uzbierać etat, te 18 godzin? A jak takiej osobie, uczącej w kilku szkołach jednocześnie zlecać zadania ujęte w 40-godzinnym tygodniu pracy? Każda szkoła zleci mu takie dodatkowe zajęcia, więc ile on będzie pracował? Sto godzin? Przecież nawet jak złapie 5 szkół, to jest dopiero 10 godzin, a gdzie jeszcze 8?

Czyli przerażają technikalia.
Tak, przygotowanie techniczne przede wszystkim. Z resztą sobie jakoś poradzimy.

A są na to pieniądze? Na te nowe klasy, przygotowania?
Skąd możemy to wiedzieć? Raczej nie ma. Widzi pani, co się dzieje. Pieniędzy szukają u ludzi. Człowiek, który manipuluje drugim, musi się liczyć z tym, że ten drugi też coś wie i nie jest idiotą.


Katarzyna Pilarska: Jak pan patrzy na te planowane zmiany, pomysł likwidacji gimnazjów?
Sławomir Sikora:
Oceniam to fatalnie, moja opinia na ten temat jest bardzo negatywna. Jeżeli chodzi o nauczycieli, z którymi współpracuję, nie tylko z mojej szkoły, ale i wszystkich pozostałych, to doświadczenie, dochodzenie do pewnego poziomu, zostaje po prostu wyrzucone do kosza i przekreślone. Nie znajdujemy za to żadnych racjonalnych argumentów za powrotem do ośmioklasowej szkoły podstawowej. Merytorycznych argumentów nie ma, rozmawiamy tylko na poziomie emocji. I boję się tego, że poza zniszczeniem naszego dorobku sytuacja jeszcze się będzie odbijała na rodzicach, którzy gdzieś na początku roku, przy zmianach rejonów i grupowaniu dzieciaków w szkołach zorientują się, że chaos w edukacji dotyka także ich. Choć przede wszystkim dzieci.

Trzeba przyznać, że poprzednia zmiana, kiedy gimnazja wprowadzano, także nie była łatwa i lata zajęło zanim one zaczęły jakoś działać. Ten wysiłek będzie więc zmarnowany.
To jest kolejna sfera, o której trzeba pamiętać, a mianowicie koszty. Mówi się nieprawdę, a uważnie słuchaliśmy, także chodząc na komisje sejmowe, że ta zmiana będzie bezkosztowa, 0 zł z budżetu. I nagle wzrost jest o 900 milionów i okazuje się, że ta reforma, czy raczej deforma, będzie kosztowała tyle. A najprawdopodobniej jest to koszt niedoszacowany, bo po stronie samorządów są jeszcze duże kwoty, jeśli spojrzeć na pierwsze przymiarki do adaptacji budynków i innych kwestii, które spadną na samorządy.

A czy w ogóle wiecie, co z wami będzie? Zamykamy budynek, zwalniamy wszystkich i mówimy do widzenia?
Wczoraj właśnie czytałem dokumenty z MEN, z których wynika, że jednak płynne przechodzenie nie będzie wyglądało tak jak mówili. Nie bardzo w te zapewnienia wierzyłem, ale teraz już całkiem nie mam zamiaru wierzyć. To tak zwane płynne przechodzenie, czyli twierdzenie, że gimnazja z automatu będą mogły przejść w szkołę podstawową albo ponadgimnazjalną i zapewnienia, że żaden nauczyciel nie straci pracy, są pod dużym znakiem zapytania. W samym opisie tych przepisów, które trafiły w czwartek na komisję, jest taki jeden zapis, że nową szkołę pogimnazjalną należy na nowo zarejestrować i w zależności od tego, czy kuratorium wyda opinię pozytywną czy nie, to ta szkoła zostanie zarejestrowana lub nie. No to jakie to jest płynne przechodzenie, kiedy decyzje podejmuje scentralizowany już system kuratoriów, z kuratorami, którzy są już absolutnie podporządkowani Ministerstwu. To budzi poważne obawy co do ciągu dalszego.

To też pewnie będzie trwało, tzn. wydanie takiej decyzji.
Właśnie problem jest taki, że tego szczegółu tam nie ma. I to jest problem, który mamy też z rodzicami, którzy przychodzą. Są przyzwyczajeni, że po VI klasie zaczynają się rozglądać za gimnazjum. Wielu rodziców do mnie trafia, i w momencie, w którym jest ten chaos, który ma być przegłosowany i podpisany podobno jeszcze przed świętami, to ja i pewnie większość dyrektorów gimnazjów mamy problem co im powiedzieć. Jak pada pytanie, czy będziemy przyjmować do pierwszej klasy – no nie, według tej zmiany nie będziemy mogli. Jeżeli chcielibyśmy pójść w kierunku utworzenia VII, a potem VII i VIII klasy, do czego będziemy niejako przymuszeni, to brakuje nam informacji pewnych, a nie przedstawionych w programie telewizyjnym albo na jakiejś prezentacji. Mają być jakieś rozporządzenia, ale, jak rozumiem, będą one wydawane dopiero po uchwaleniu tej ustawy, co oznacza, że najwcześniej poznamy je w styczniu 2017 roku. Czyli będziemy mieć mniej niż 6 miesięcy, żeby próbować ten proces wdrożyć.

A co z konsultacjami, które są podobno prowadzone?
To jest kłamstwo, mówię to z pełną odpowiedzialnością i podpisuję imieniem i nazwiskiem. Konsultacji społecznych jako takich nie było.

Społeczne to jedno, ale miały być też prowadzone konsultacje z gronem pedagogicznym.
Podobno tak. Na terenie Warszawy zaczęły się spotkania, bo konsultacje to nie jest właściwe słowo, w poszczególnych dzielnicach. U nas ma być chyba w środę. W czwartek było spotkanie w Śródmieściu i opinie dyrektorów, którzy tam byli, są takie, że poziom był bardziej niż żenujący. Zwłaszcza że kuratorium nie jest w stanie odpowiedzieć na te najbardziej nurtujące pytania dotyczące szczegółów dalszego funkcjonowania. MEN przerzuca to na samorządy i umywa ręce.

Samorządy też nic jeszcze nie wiedzą, bo skąd mają wiedzieć.
Samorządy nic nie wiedzą. Będzie jeszcze duża bitwa w większych gminach, w których jest więcej szkół. Samorządy zaczęły bowiem przymiarki do tego, która ze szkół podstawowych stworzy zespół z którym gimnazjum. To oznacza wyznaczenie nowych rejonów. Też jeszcze nie wiadomo, jakie będą, a często rodzice chcą wybrać konkretną szkołę i to będzie kolejny chaos. I jeśli winę za to będzie się chciało zrzucić na samorządy, to to nie będzie prawda, bo to jest niekonsultowana reforma wprowadzona w czasie poniżej 12 miesięcy. Gdyby była merytoryczna dyskusja, prawdziwa, bez nierzetelności i gdyby to trwało np 120 miesięcy, to wtedy można by mówić o zmianie systemowej. Takie rozmowy nie było.

Gdzieś w tym wszystkim jest też proponowana nowa podstawa programowa.
Nowa podstawa programowa, zgodnie z informacjami na stronie MEN, będzie nią po pierwszej kosultacji, czyli do końca przyszłego tygodnia – to jest tempo rozmawiania o programie, według którego mamy uczyć. Oczywiście każdy doświadczony nauczyciel traktuje podstawę programową i podręczniki jako pewien drogowskaz. Ale mój kolega po fachu ujął to dość trafnie mówiąc, że podstawą programową można sobie wykleić wychodek. Ta podstawa jest robiona, po pierwsze, na kolanie, w ekspresowym tempie – ma być zatwierdzona w lutym z marginesem błędu, że może to być do końca pierwszego kwartału. Po drugie, nie obejmuje całości kształcenia, tylko wybiórczo dotyka tych klas, które już muszą być tym objęte. W związku z tym nie ma tu w ogóle mowy o kompleksowym podejściu. To jest jeden wielki chaos i bałagan. I w związku z tym bardziej nie wierzę w zapewnienia MEN i pani Zalewskiej, że chodzi o dobro dzieci. Dzieci w tym w ogóle nie widać. Nie wspominając o nas, nauczycielach.

Kwestia też chyba tego, co w tej podstawie programowej jest. Słyszałam, że część jest przeklejona sprzed epoki, część pozmieniana, tak żeby uczyć nowej historii na przykład.
Nasi historycy oczywiście patrzą z przerażeniem na to, że np. wypadają niektóre postaci i nie ma np. słowa o Wałęsie. Ale przerażające to jest także z punktu widzenia polonistów, gdzie z półki lektur obowiązkowych wyrzucono całkowicie Szekspira. To jest zabijanie intelektualnej wolności.

No właśnie ubiegł pan moje pytanie o kanon lektur. Jak jest oceniany?
To się też łączy z nauczaniem historii. Powinna być jakaś zbieżność pomiędzy nauczaniem języka polskiego i historii. Było z tym trudno, ale w tej nowej podstawie programowej rozdźwięk jest jeszcze większy. Od dawna narzeka się, że nie można uczyć polskiego bez kontekstu historycznego, jeżeli to ma być prawdziwa humanistyka i edukacja. Ale to, co teraz zaproponowano, jeszcze bardziej rozdziela te dwa przedmioty. A to, jak się skacze po lekturach i epokach, jest tylko wprowadzeniem totalnego zamieszania w głowie młodego człowieka – przeskakuje się między okresami, potem się do nich wraca, nie ma w ogóle osadzenia w kontekście historycznym. To jest wielki bałagan i gdyby ktoś miał się ściśle trzymać tej podstawy programowej, to stworzy w głowie dzieciaków jeden wielki mętlik.

Proszę jeszcze powiedzieć czy nauczyciele boją się tych zmian? Minister Zalewska twierdzi, że większość nauczycieli popiera reformę, a jak to naprawdę wygląda w środowisku?
Nauczyciele trochę wyczekiwali, ale ich cierpliwość chyba zaczyna się kończyć. Przestają bowiem mieć namacalne dowody, a to rodzi emocje i obawy, na to, co z nimi dalej. Obserwowali, czekali na zapewnienie, że nie będzie redukcji etatów, a niestety wydaje się, że rację mają ci, którzy mówią, że tych etatów będzie mniej, nie więcej. To jest arytmetyka – pani minister mówi, że np. w Częstochowie będzie 39 dodatkowych etatów. A władze miasta, że będzie ich o 200 mniej. A to, co sprawia, że nabieram obaw, to fakt, że kształcenie ogólne, czyli to, które było w układzie 6 lat plus 3, czyli 9 lat, które były w zarządzie samorządu, teraz zmniejszy się do 8. Szkoły ponadgimnazjalne są w gestii powiatu. Być może w dużych miastach, miastach na prawach powiatu, to nie będzie tak odczuwalne, ale w małych miejscowościach i na wsiach będzie to wyraźnie zauważalne – nagle 1/9 godzin i etatów odpadnie. Nie jest prawdą, że nauczyciel z gimnazjum przejdzie płynnie do podstawówki albo liceum, które zresztą będzie potrzebować więcej pedagogów dopiero od 2019 roku. Wzrost tej świadomości, z czym się wiąże ta refoma, czy deforma, będzie rósł, na jej niekorzyść.

Smutne to wszystko.
Smutne. Wspomnienia ośmioklasowej szkoły podstawowej, jak ktoś takie ma, sprawiają, że zwolenników reformy było wielu, ale ich liczba maleje. Nie jestem miłośnikiem sondaży, ale ta sama sondażownia, której w zeszłym roku wyszło, że za likwidacją gimnazjów było 70 proc. pytanych, dziś pokazuje, że to 48 proc. za i 49 proc. przeciw.

A ci, którzy z nostalgią wspominają osiem klas, już do nich nie wrócą.
To jest też zjawisko psychologiczne, po jakimś czasie wypieramy rzeczy nieprzyjemne. Po tylu latach zapomina się, że nie wszystko było idealnie. Ale będzie kolejny problem – system zmianowy. Już teraz są szkoły podstawowe, które pracują na trzy zmiany, więc jeśli będą musiały w nich zostać jeszcze kolejne klasy, to nie ma możliwości, żeby od tej zmianowości odejść. Będą się być może posiłkować tworzeniem trzydziestoparoosobowych klas. Tylko jaka to jest edukacja? W sensie efektów bardzo mizerna. Ale wszystko z myślą o uczniach.


Zdjęcie główne: autor falco, źródło pixabay.com, licencja Creative Commons.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Reklama