Reklama

– Uważam, że w wymiarze politycznym prezydent jest na straconej pozycji w walce z obozem rządzącym – mówi w rozmowie z nami gen. Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. – Jeżeli rzeczywiście chce odzyskać swoją rolę zwierzchnika sił zbrojnych, to jedyną metodą jest przeniesienie tego sporu na poziom merytorycznych debat i dyskusji. Chodzi o konkretne rozwiązania, koncepcje, projekty, tak aby te przepychanki toczyły się o sprawy merytoryczne. Andrzej Duda musi spróbować wynegocjować z prezesem Kaczyńskim zmianę na stanowisku ministra obrony narodowej, wykazując, że kontynuacja tego stanu rzeczy może być szkodliwa dla państwa i całego obozu rządzącego – dodaje.

KAMILA TERPIAŁ: “To nie jest niczyja prywatna armia” – to słowa prezydenta, które padły w dniu Święta Wojska Polskiego. Chce odzyskać wpływ na wojsko?
STANISŁAW KOZIEJ: Myślę, że prezydent rozpoczyna odzyskiwanie zwierzchnictwa nad siłami zbrojnymi. Mówię o odzyskiwaniu, dlatego że przez ostatnie dwa lata prezydent był tylko zwierzchnikiem formalnym, a nie realnym. Teraz, w ramach szerszej walki politycznej o usamodzielnienie się w ramach obozu rządzącego, postanowił również odzyskać funkcję zwierzchnika sił zbrojnych. W ramach walki o swoją pozycję polityczną, wszedł także na pole wojskowe. Konstytucja daje mu wbrew pozorom duże możliwości wpływania na siły zbrojne. Ma prawo narzucać rządowi, w tym ministrowi obrony narodowej, strategiczne kierunki rozwoju sił zbrojnych, ustanawiać strategiczne zadania na wypadek zagrożenia i wojny, a także tworzyć strategię bezpieczeństwa narodowego.

Andrzej Duda przez dwa lata z żadnego z tych uprawnień nie korzystał, ale teraz chyba właśnie wkracza na pole walki.

Pytanie, czy nie wkracza tym samym na pole minowe. Walka z Antonim Macierewiczem nie będzie łatwa…
Uważam, że w wymiarze politycznym prezydent jest na straconej pozycji w walce z obozem rządzącym. Mam tu na myśli przede wszystkim szefostwo partii, od którego on jest bardzo zależny, bo przecież Jarosławowi Kaczyńskiemu zawdzięcza właściwie całą swoją błyskawiczną karierę polityczną. W związku z tym będzie mu bardzo trudno, o ile to w ogóle nie jest niemożliwe, wygrywać polityczne spory, czyli przepychanki słowne, prośby, listy, komentarze… W takiej walce nie ma szans.

To co powinien zrobić?
Jeżeli rzeczywiście chce odzyskać swoją rolę zwierzchnika sił zbrojnych, to jedyną metodą jest przeniesienie tego sporu na poziom merytorycznych debat i dyskusji. Chodzi o konkretne rozwiązania, koncepcje, projekty, tak aby te przepychanki toczyły się o sprawy merytoryczne.

Reklama

Chodzi o koncepcję zmiany dowództwa sił zbrojnych, czy coś jeszcze?
To jest drobny element.

Prezydent powinien uruchomić przeprowadzenie swojego własnego Strategicznego Przeglądu Bezpieczeństwa Narodowego – to jest najważniejsza rzecz.

Powinny zostać do tego zaangażowane nie tylko struktury prezydenta i rządowe, ale także środowiska niezależne, akademickie, eksperckie i indywidualne autorytety. Chodzi o to, aby pod kierownictwem prezydenta, podobnie jak to miało miejsce w czasie kadencji Bronisława Komorowskiego, Biuro Bezpieczeństwa Narodowego przeprowadziło przegląd, który byłby zbiornicą argumentów merytorycznych. I prezydent mógłby je wykorzystać w egzekwowaniu swoich kompetencji jako zwierzchnika sił zbrojnych, w czasie wojny bezpośrednio, a w czasie pokoju poprzez MON.

Ministerstwo Obrony Narodowej przeprowadziło zresztą swój własny przegląd.
Zrobiło to w formule zbyt zamkniętej, ograniczonej do własnych ekspertów. Całe środowiska pozarządowe, akademickie pozostawione zostały na boku, myślę, że chyba mało kto z pozarządowych ekspertów był angażowany w przegląd MON.  Ja na przykład nic nie wiem o problemach i zagadnieniach, które tam były rozpatrywane. Rezultaty tego przeglądu tak naprawdę zawarte są w części tajnej. To jest zresztą tylko rządowe, a nawet ministerialne spojrzenie na tę kwestię, a prezydent musi mieć swoje, niezależne argumenty, poglądy, opinie i koncepcje w sytuacji, kiedy MON oczekuje od prezydenta zapoznania się i przyjęcia do wiadomości, pośredniej niejako akceptacji dla rezultatów swego przeglądu. Dlatego sądzę, że prezydent mógłby np. uruchomić i przeprowadzić swój strategiczny przegląd bezpieczeństwa w formie analizy i oceny rezultatów przeglądu MON-owskiego, powołując w tym celu ponadrządowy zespół niezależnych ekspertów. Takie rozwiązania jest np. znane w USA, gdzie Kongres stara się weryfikować przedstawiane mu rezultaty strategicznych przeglądów prowadzonych przez administrację. W każdym razie uważam, że

nie może być tak, jak było do tej pory, że prezydent czeka tylko na to, co zaproponuje minister i w zasadzie wszystko akceptuje. Teraz zaczyna zgłaszać pewne wątpliwości, ale to i tak nie wystarczy.

Dlaczego “zaczyna zgłaszać pewne wątpliwości” właśnie teraz?
Prezydent czuje się zobowiązany, i ja to nawet rozumiem, być lojalnym wobec szefa partii rządzącej, któremu zawdzięcza cały swój polityczny awans. Ale nie do zaakceptowania i nie do wytrzymania psychicznego było identyczne traktowanie go przez członków partii, ministrów i wiceministrów. Te publiczne połajanki to rzecz nie do pomyślenia w normalnym świecie. Głowa państwa nie może pozwolić sobie na takie traktowanie, bo to byłaby totalna kompromitacja. Prezydentura ma przecież także życie zewnętrzne, międzynarodowe. Musiałby mieć później strasznego kaca moralnego i nie wiem nawet, jak mógłby spojrzeć swoim dzieciom i wnukom w twarz. Myślę, że to jest psychologiczna przyczyna tego, że prezydent się “zbuntował”. A jeżeli już powiedział “a” w związku z wymiarem sprawiedliwości, to uruchomiły się kolejne wątki, między innymi te związane z obronnością.

Ważny jest wątek odebrania gen. Jarosławowi Kraszewskiemu, jednemu z najbliższych współpracowników prezydenta, dostępu do informacji niejawnych. SKW wszczęła wobec niego procedurę sprawdzania. Problem w tym, że chyba nikt nie wie, o co chodzi. To chwyt poniżej pasa?
Cały problem tkwi właśnie w tym, że nie wiadomo, o co chodzi. Przyczyny sprawdzenia mogą być różne, mogą być nawet zasadne, mogą być poważne, albo błahe. Na tyle, na ile znam opnie o gen. Kraszewskim, to są one bardzo pozytywne. Uważam go za kompetentnego i dobrze przygotowanego generała. Nie podejrzewam, aby powody sprawdzenia go przez służby były poważne. Ale najważniejsze nie są przyczyny, tylko to, że nie wie o nich prezydent, ani najprawdopodobniej szef BBN-u. Minister i szef SKW powinni przecież prezydenta o tym poinformować.

Nie można traktować głowy państwa jak dyrektora departamentu, albo naczelnika wydziału.

Dlatego uważam, że ta akcja ma charakter polityczny i jest wymierzona w prezydenta.

W odpowiedzi prezydent zablokował nominacje generalskie, które zawsze odbywały się 15 sierpnia. Podobno nie informując o tym ministra obrony narodowej. Mocny cios?
Decyzja została opublikowana w komunikacie BBN-u. Chociaż myślę, że minister został poinformowany wcześniej, choćby w rozmowie telefonicznej nawet kilka godzin przed opublikowaniem komunikatu. Nie może być tak, aby minister dowiadywał się o takiej decyzji z mediów czy Internetu. Ja przynajmniej bym tak nie zrobił. Ale prezydent rzeczywiście sięgnął po drastyczny środek. To było spektakularne “pociągnięcie”, aby nadać rozgłos sprawie niezgody prezydenta na taki a nie inny sposób utrzymywania relacji między nim i BBN-em a MON-em. Za moich czasów z ministrem Tomaszem Siemoniakiem spotykaliśmy się przynajmniej raz w tygodniu, aby nie było wzajemnego zaskakiwania. Teraz jest zupełnie inaczej.

Zaskoczyła pana decyzja o rezygnacji z wręczenia nominacji generalskich?
Tak, to było dla mnie zaskoczenie. Teraz jestem tylko elementem opinii publicznej i nie mam żadnych szczególnych informacji. Odebrałem to jako sygnał, że konflikt między prezydentem i MON-em narasta, że Andrzej Duda zdecydował się sięgnąć po tego typu decyzję. Ale jednocześnie uważam, że w takich warunkach ta decyzja może mieć nawet ożywczy wpływ na całą sytuację wokół wojska i w wojsku. Z kryzysu można wyjść zwycięsko, tak jak ze zwarcia można wyjść z ciosem i walkę wygrać.

W tej chwili jest wzajemne zwarcie i miejmy nadzieję, że zawodnicy obaj jednocześnie się nie znokautują.

Antoni Macierewicz zadaje kolejny cios i w wywiadzie dla “Gazety Polskiej” mówi tak: “Jednolitość działania instytucji decydujących o wojsku i bezpieczeństwie kraju jest konieczna. Tej zasadzie musimy się wszyscy podporządkować. Kto ją łamie działa na szkodę Niepodległości”.
To już jest zdarta płyta ministra Macierewicza. Zawsze gdy ktoś ma inne zdanie niż on, jest gotów natychmiast oskarżać o najcięższe wykroczenia i najgorsze intencje, łącznie ze zdradą państwa. To jest przykre, że tak wysoki funkcjonariusz państwowy posługuje się takim słownictwem i takimi oskarżeniami. Kiedyś krytykował tylko oponentów, teraz robi to także w stosunku do członków swojego obozu.

To nie jest zaproszenie do debaty. To jest raczej kurs na zwarcie…
Niestety. Gdyby prezydent podjął tego typu walkę, o czym mówiłem już wcześniej, to nie ma szans wygrać. Po tamtej stronie jest nie tylko Antoni Macierewicz, ale także szerszy obóz, który jest w konflikcie interesów z prezydentem. Od ministra sprawiedliwości poczynając, na ministrze spraw zagranicznych kończąc. Myślę zresztą, że

prawdziwy konflikt z Witoldem Waszczykowskim za chwilę wybuchnie.

Ale powtarzam, prezydent na polu politycznym nie może walczyć, musi przejść na pole merytoryczne i strategiczne. Szkoda, że Andrzej Duda nie wykorzystał szansy 15 sierpnia – mógł powiedzieć, że oczekuje od rządu, że do końca roku zostanie mu przedstawiony do zatwierdzenia projekt Strategii Bezpieczeństwa Narodowego. Prezydent taki dokument zatwierdza na wniosek rządu. Gdyby tak zrobił, to piłeczka byłaby po stronie rządu. Minister nie mógłby przemilczeć realizacji tego zadania postawionego wobec wszystkich żołnierzy i obywateli w tak ważnym dniu, musiałby “coś” zrobić. To są kierunki, którymi prezydent powinien podążać, aby odzyskać zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi.

Wystarczy mu determinacji?
Walka o odzyskiwanie tej prezydentury trochę przypomina niedokończoną Bitwę Warszawską. Opisałem tę analogię trochę z przymrużeniem oka dziś na swoim blogu: http://koziej.pl/wp-content/uploads/2017/08/Zwierzchnictwo-i-bitwa-warszawska.pdf

Najgorzej dla prezydenta byłoby, gdyby wykazał niekonsekwencję, zatrzymał się i… zaczął okopywać na obecnych pozycjach. Wtedy niewątpliwie by przegrał i zostałby zasypany w swoim okopie.

Jak taki publiczny spór ministra z prezydentem wpływa na i tak już bardzo osłabioną armię?
Na pewno negatywnie. Minister obrony narodowej do tej pory już bardzo podzielił armię, na kadrę awansowaną przez PO, której mniej wolno, i na tych awansowanych przez partię rządzącą. To w wojsku zostało bardzo źle odebrane. Takie działanie psuje relacje, wywołuje podejrzenia między żołnierzami. A w wojsku musi być przecież pełne zaufanie. Spór z prezydentem z jednej strony wyostrza ten obraz, ale z drugiej wyobrażam sobie, że wśród żołnierzy pojawiła się iskierka nadziei. Prezydent w swoim wystąpieniu mówił zresztą nie tylko o potrzebie jedności sił politycznych wobec armii, ale także o jedności wewnątrz armii, wskazując, że nie można jej dzielić wedle rodzajów sił zbrojnych lub innych kryteriów klasyfikacyjnych. Jest więc jakaś nadzieja, że prezydent będzie konsekwentny i ukróci działania ministra. Chociaż

najlepiej byłoby, gdyby w ogóle Antoni Macierewicz przestał być ministrem obrony narodowej.

To zależy od prezydenta?
Oczywiście. W bardzo dużym stopniu. To zależy od tego, na ile będzie zdecydowany w rozmowach z szefem partii rządzącej. Jeżeli Andrzej Duda będzie przedstawiał wystarczające argumenty merytoryczne i stanowczość, to może doprowadzić do zmiany na stanowisku ministra obrony narodowej. Antoni Macierewicz może przecież zostać przesunięty na jakieś inne bardzo ważne stanowisko polityczne. To byłoby najlepsze rozwiązanie, bo trudno sobie wyobrazić zarządzanie siłami zbrojnymi przez konstytucyjny tandem prezydent-minister obrony, jeżeli obydwa te podmioty wzajemnie ze sobą walczą i robią sobie na złość. Albo Antoni Macierewicz ulegnie i podporządkuje się prezydentowi, co, znając ministra, wydaje się mało prawdopodobne, albo obóz rządzący doprowadzi do zmiany na tym stanowisku.

Andrzej Duda powinien postawić publicznie taki warunek?
Publicznie prezydentowi nie wypada tak mówić. Ale w bezpośrednich rozmowach z szefostwem partii powinien być stanowczy.

W normalnej sytuacji takie sprawy powinno się załatwiać na linii prezydent-premier, ale w naszych warunkach pani premier Beata Szydło nie odgrywa żadnej roli decyzyjnej.

Andrzej Duda musi spróbować wynegocjować z prezesem Kaczyńskim zmianę na stanowisku ministra obrony narodowej, wykazując, że kontynuacja tego stanu rzeczy może być szkodliwa dla państwa i całego obozu rządzącego. Myślę, że są realne i obiektywne przesłanki do podjęcia takiej decyzji.

Myśli pan, że Jarosław Kaczyński da się przekonać?! O ile w ogóle zechce porozmawiać z prezydentem…
Patrzę na to wszystko z zewnątrz. To, co się dzieje, negatywnie wpływa nie tylko na sytuację w kraju, ale także na to, jak postrzega nas opinia międzynarodowa. Zwierzchnik sił zbrojnych jeździ przecież na szczyty NATO, jest głównym reprezentantem państwa w zakresie bezpieczeństwa zewnętrznego w strukturach międzynarodowych. Jeżeli on jest w konflikcie z ministrem obrony narodowej, to nasi sojusznicy mogą się czuć zagubieni, nie wiedzą, z kim ustalać najważniejsze kierunki polskiej polityki bezpieczeństwa. Cały czas mam jeszcze nadzieję, że szef partii rządzącej pójdzie po rozum do głowy i wynegocjuje z ministrem Macierewiczem jakieś inne satysfakcjonujące stanowisko polityczne. To byłoby znacznie lepsze rozwiązanie dla polskich sił zbrojnych.


Zdjęcie główne: Stanisław Koziej, Fot. Flickr/Piotr Maciążek, licencja Creative Commons

Reklama

Comments are closed.