Reklama

Pamiętając szkodnictwo ministra Waszczykowskiego i jego fantazyjne, szkodliwe pomysły oraz wypowiedzi, to minister Rau jawi się jako człowiek zrównoważony, który nie robi niczego szkodliwego. Pamiętajmy jednak, że to nie szef MSZ decyduje o polityce zagranicznej obecnie. Od 2016 roku polityka zagraniczna PiS-u jest podporządkowana polityce wewnętrznej i ma stanowić osłonę dla radykalnych przemian w kraju, które zaplanował Jarosław Kaczyński i jego akolici. Mam wrażenie, że mamy tu do czynienia z pewną negatywną stabilizacją – mówi nam Eugeniusz Smolar, analityk w Centrum Stosunków Międzynarodowych, były dyrektor Sekcji Polskiej BBC. Rozmawiamy o relacjach UE-USA, o Rosji i Chinach. Pytamy też o Nord Stream 2. – Jeżeli jest jeden aspekt polityki PiS-u, któremu przyglądam się z przychylnością, to jest to właśnie polityka energetyczna w kontekście budowania alternatywy dla dostaw gazu – mówi nasz rozmówca

JUSTYNA KOĆ: Sejm przyjął pod koniec zeszłego tygodnia ustawę o służbie zagranicznej; ambasador nie będzie musiał znać języków i mieć odpowiedniego wykształcenia. To otwarcie zawodu dla wszystkich zdolnych czy kolejny etap dewastacji naszej dyplomacji?

EUGENIUSZ SMOLAR: Oczywiście, że to kolejny etap dewastacji, element tego, co PiS i tzw. Zjednoczona Prawica określa jako wymianę elit, w myśl  znanego stwierdzenia ówczesnego ministra skarbu Wiesława Kaczmarka: „Staszek chciał spróbować sił w biznesie”. Teraz różni będą się sprawdzać w dyplomacji.

Dyplomacja to bardzo delikatne narzędzie każdego państwa i wymaga ludzi, którzy wraz z karierą zawodową nabierają doświadczeń w różnych państwach, są szkoleni, nabywają osobiste kontakty, a razem w ramach danej instytucji posiadają niezbędną pamięć instytucjonalną.  Oczywiście możemy uznać, ze w ramach kostnienia instytucji i ograniczania dróg kariery może dojść do zamykania się danej instytucji i jej petryfikacji, samopowielania karier i muszą istnieć mechanizmy, które pomagają przebić szklany sufit ludziom rzeczywiście zdolnym. To nie dotyczy tylko MSZ. Natomiast

Reklama

to, z czym mamy obecnie do czynienia, to rozwalenie dyplomacji, dróg karier i oczywiście ci ludzie, którzy teraz przyjdą, a się nie będą nadawać, stracą rok-dwa życia i wypadną w przyszłości z dyplomacji.

Jak ocenia pan obecną polską dyplomację i czy ona jeszcze istnieje? Wielu nie pamięta nawet, jak nazywa się szef MSZ Zbigniew Rau.
Główny problem polega na tym, że w kierownictwie MSZ nie ma ludzi z doświadczeniem dyplomatycznym i nawet jeśli minister, jak bywa w większości państw, jest politykiem, to ma wokół siebie wiceministrów, którzy posiadają doświadczenie i pamięć instytucjonalną, potrafią kontynuować to, co cenne, a jednocześnie realizować nowe cele i zadania zgodnie z wolą większości rządzącej, co jest zupełnie naturalne. To, że minister Rau nie wykazuje się inicjatywami, nie odbiega specjalnie od jego poprzednika, Jacka Czaputowicza, którego największe osiągnięcie to zorganizowanie niefortunnej konferencji bliskowschodniej na życzenie Trumpa.

Pamiętając jednak szkodnictwo ministra Waszczykowskiego i jego fantazyjne, szkodliwe pomysły oraz wypowiedzi, to minister Rau jawi się jako człowiek zrównoważony, który nie robi niczego szkodliwego. Pamiętajmy jednak, że to nie szef MSZ decyduje o polityce zagranicznej obecnie. Od 2016 roku polityka zagraniczna PiS-u jest podporządkowana polityce wewnętrznej i ma stanowić osłonę dla radykalnych przemian w kraju, które zaplanował Jarosław Kaczyński i jego akolici. Mam wrażenie, że mamy tu do czynienia z pewną negatywną stabilizacją.

Rządzący przekonują, że przeciwwagą dla UE ma być Grupa Wyszehradzka, na którą stawa polska dyplomacja. Jak pan to ocenia?
Mamy poczucie niewygody, jeżeli chodzi o funkcjonowanie instytucji międzynarodowych, w których Polska uczestniczy, że

nie jest w stanie zająć mocniejszego stanowiska w sprawach, na których Polsce szczególnie zależy.

Mówię głównie o UE, a związane to jest z charakterem Unii będącej de facto konfederacją suwerennych państw, a w dziedzinie polityki zagranicznej i bezpieczeństwa wszystkie państwa zachowują prawo do decydowania i są w tej dziedzinie dość zaborcze. Nieprzypadkowo na stanowiska czołowe w dyplomacji europejskiej wybiera się osoby, które albo nie były czynnymi politykami, jak pani Catherine Ashton, albo takie, które nie są nadmiernie ambitne.

Wynika to oczywiście, przede wszystkim, ze struktury politycznej UE, bo inne potrzeby oraz percepcję zagrożenia ma Polską czy Estonia, a inne Portugalia bądź Hiszpania, jeszcze inne Holandia i Belgia. Dopiero na to nakłada się polska specyfika, w tym przeświadczenie, że my mamy jakieś specjalne kompetencje w sprawach wschodnich.

Dodajmy do tego oczywiste osłabienie pozycji Polski w UE związane z licznymi konfliktami, głównie na tle zarzutów o łamanie praworządności w Polsce.

Co do alternatywy wobec integracji europejskiej, a głównie wobec Berlina i Paryża, pojawił się najpierw zamysł Międzymorza, którzy odwoływał się do koncepcji międzywojennej, a który został odrzucony przez potencjalnych partnerów. Z tego dopiero wyłoniła się koncepcja Trójmorza.

Na pierwszej konferencji w Chorwacji minister Waszczykowski zaproponował od razu zbudowanie struktury wewnętrznej, m.in. stałego sekretariatu, co nie zostało podchwycone przez któregokolwiek z partnerów. Międzymorze jest odrzucane jako koncepcja geopolityczna mająca być przeciwwagą wobec UE.

Do skandalicznej rzeczy z punktu widzenia polskiej polityki zagranicznej doszło przed niedawnym szczytem z okazji 30-lecia Grupy Wyszehradzkiej. Na dzień przed szczytem szef MSZ Słowacji dał wywiad, w którym powiedział, że Słowacja ani Czechy nie zgadzają się z jakimikolwiek koncepcjami budowy alternatywy wobec UE, a Grupa Wyszehradzka jest głównie porozumieniem o charakterze gospodarczym, w którym respektowanie rządów prawa ma zasadnicze znaczenie.

Było to uderzenie w Węgry i Polskę, w świetle którego bombastyczne zapewnienia polityków obozu rządzącego w tej kwestii są budowaniem zamków na piasku.

Jakie to może rodzić konsekwencje?
Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że oprócz oczywistych konsekwencji unijnych to rodzi także konsekwencje w Sojuszu Północnoatlantyckim. Pamiętajmy, że większość państw NATO to członkowie UE i nawet jeżeli cele obu organizacji są inne, to ich polityki są integrowane w stolicach poszczególnych państw członkowskich. Wszyscy wiedzą wszystko, a rządy wymieniają się opiniami  i ustalają wspólne stanowiska. Niewątpliwie polityka polska dość często jest omawiana w kontekście rosnących problemów, z poczuciem ogromnego zawodu. Słyszymy z Holandii, Belgii czy Francji, że gdyby Polska miała obecnie aplikować o przystąpienie do UE, to nie zostałaby przyjęta. To miara potwornego załamania się pozycji Polski w Europie, co ma także oczywiście wpływ na nasze stosunki z USA. Znaczenie dla Waszyngtonu wynika z naszych wpływów w Unii.

Okres bliskości z Donaldem Trumpem oraz jego administracją zakończył się przez wybór Bidena. Demokraci w Kongresie mają poczucie, że Polska stanęła po stronie sił politycznych im wrogich. To ma konsekwencje i mimo miłych słów dyplomatycznych nowego Sekretarza Stanu Antony’ego Blinkena, oczywiście potwierdzających sojusznicze więzi, które są autentyczne, to jednak ma to wpływ na sposób, w jaki USA będą realizowały politykę w regionie.

Skoro jesteśmy przy USA, to porozmawiajmy o stosunkach Ameryki z UE i Rosją w kontekście budowy Nord Stream 2. Agencja Eurointelligence twierdzi, że Biden skapitulował w sprawie N-S2, bo chce w ten sposób odbudować zrujnowane przez Trumpa stosunku z Niemcami. Jak pan to ocenia?
Biden realizuje to, co zapowiedział w kampanii – „America is back”.

Jako zwolennik od dekad integracji europejskiej Biden stoi w przeciwieństwie do Trumpa, który głośno zapowiadał, że chce rozbić UE nie tylko jako konkurenta gospodarczego, ale wręcz wroga Ameryki.

Kilka dni temu na konferencji w Monachium Biden wyraźnie oświadczył, że USA zależy na odbudowaniu więzi sojuszniczych. To oczywiście zostało przyjęte z entuzjazmem nie tylko w Europie, ale też w Korei Południowej, w Australii, Japonii czy innych krajach, które czują się zagrożone przez potęgi autokratyczne, jak Chiny czy Rosja.

Jednak wyraźnie coś się zmieniło; wybór prezydenta Trumpa i jego polityka sprawiły, że Europejczycy zaczęli mieć poważne wątpliwości, czy można w przyszłości liczyć na Stany Zjednoczone jako na gwaranta bezpieczeństwa, ale też jako lojalnego partnera. Europa jest relatywnie słaba wojskowo, nie tylko nie dość łoży na własną obronność, co określił politolog Robert Kagan „Amerykanie są z Marsa, Europejczycy z Wenus”.

Europa nie odwołuje się do twardej siły przy realizacji swoich interesów. Pamiętajmy jednak, że gospodarczo sprawa wygląda już inaczej i to UE określa warunki gospodarowania na całym świecie, niezależnie od tego, co mówimy o Rosji czy Chinach.

Jeśli ktokolwiek chce handlować z UE, to musi stosować unijne standardy i normy.

A gdzie w tym wszystkim Polska?
Dla Polski sprawa Nord Stream ma obecnie charakter przede wszystkim polityczno-symboliczny. Jeżeli jest jeden aspekt polityki PiS-u, któremu przyglądam się z przychylnością, to jest to właśnie polityka energetyczna w kontekście budowania alternatywy dla dostaw gazu. Tworzenie Baltic Pipe z Norwegii, zapowiedź budowy nowego, pływającego gazoportu powodują, że Polska przestaje być zależna od Rosji w tej dziedzinie. W zakresie importu ropy pozostajemy niezależni ze względu na ogromny rynek światowy, a to ropa, a nie gaz stanowi większą część dochodu budżetu rosyjskiego.

W tej rozgrywce chodzi o gaz i o Nord Stream, ale głównie o pewną przewidywalność stosunków z zachodnimi sojusznikami, głównie z Niemcami, którzy rzeczywiście znajdują różne, często sprzeczne usprawiedliwienia – że jest to czysto gospodarczy projekt, czego nie uznajemy za prawdziwe, szczególnie po ostatnim wywiadzie prezydenta Steinmeiera, w którym powiedział, że Niemcy starają się utrzymać ostatni element współpracy z Rosją, m.in. ze względu na agresję Niemiec i sowieckie ofiary. Tylko pan prezydent Steinmeier zapomniał chyba, że większość wśród żołnierzy i ludności cywilnej, którzy zginęli, nie stanowili Rosjanie, ale Ukraińcy i Białorusini.

Mamy zatem do czynienia z rozgrywką o charakterze geopolitycznym, w której Polska chciałaby budować swoją pozycję jako tzw. hub, czyli jako centrum dystrybucji gazu w regionie.

Do tego samego dążą Niemcy, używając gazu rosyjskiego, łamiąc przy okazji uzgodnione standardy unijne. W konsekwencji mamy ostrą konkurencje o charakterze gospodarczym i poczucie zawodu wobec Niemiec, że te pomijają interesy i Polski, i Ukrainy.

Nowa administracja Bidena stanęła przed poważnym wyzwaniem, tak samo jak prezydent Reagan, kiedy budowano pierwszy gazociąg „Przyjaźń” do Europy Zachodniej, który szedł przez Polskę. Reagan również chciał wprowadzić sankcje, ale ostatecznie zrezygnował z nich właśnie dla umocnienia więzi sojuszniczych z Europą. Odnoszę wrażenie, że mamy do czynienia z podobną sytuacją: albo Biden będzie umacniał więzi sojusznicze w imię znacznie większego potencjalnego zagrożenia, jakim są Chiny, albo wejdzie w ostry konflikt z interesami niemieckimi, tak naprawdę wiele nie osiągając, antagonizując państwa zachodnioeuropejskie z wyjątkiem odtwarzania w obecnych warunkach swoistego „kordonu sanitarnego” wobec Rosji.

W tym wszystkim jest jeszcze sprawa Nawalnego, który został właśnie skazany na kolonię karną. Wcześniej, gdy był leczony po zatruciu nowiczokiem, niektórzy komentatorzy wieścili, że jego śmierć oznaczałaby koniec N-S. Dlatego zresztą Rosja wydała Nawalnego Niemcom na leczenie. Jak pan to widzi?
Trudno powiedzieć, bo nie wiemy, jakie jest myślenie władz na Kremlu i samego Putina. Cała sprawa z Nawalnym była związana z tym, że on nie umarł w samolocie, wylądował w trybie awaryjnym w Omsku, gdzie lokalni lekarze mu pomogli. Potem rzeczywiście nastąpiła presja dyplomatyczna ze strony Niemiec, które rzeczywiście mają, choćby ze względu na budowę Nord Streamu, szczególne więzi z Rosją.

Proszę jednocześnie pamiętać, że wcześniej na terenie Niemiec został zamordowany jeden z działaczy czeczeńskich. Niemcy zaprotestowały, ale miało to raczej formalny charakter. Oczywiście Nawalny jest kimś innym i jego rola publiczna jest nieporównanie większa, ale wydaje mi się, że hipotetycznie nawet gdyby zmarł, to nie zmieniłoby to zasadniczo sytuacji.

Z pewnością liczne rządy by protestowały, czym Rosja Putina by się nie przejęła. Mamy do czynienia z twardą polityką i twardymi interesami i trzeba umieć w tej konstelacji grać, a w tej w sytuacji rząd PiS-u sprowadzony jest do roli biernego, sfrustrowanego obserwatora.


Zdjęcie główne: Eugeniusz Smolar, Fot. Flickr/Heinrich-Böll-Stiftung, licencja Creative Commons

Reklama