Reklama

Staliśmy się jak wyprani ze zdolności do reagowania na to, co się dzieje wokół nas. Co z tego, że czeka nas kolejna fala zgonów? W większości godzimy się z tym, jak i z innymi sprawami, które jeszcze 10 lat temu wywoływałyby powszechne oburzenie. Mam wrażenie, że wracamy do sytuacji z PRL, kiedy byli bezradni obywatele, którzy mogli najwyżej zadbać o swoje sprawy w małych kręgach prywatności – mówi nam dr Robert Sobiech, socjolog z Collegium Civitas

JUSTYNA KOĆ: W Pszczynie umiera młoda kobieta, ponieważ nie wykonano aborcji obumierającego płodu na czas. Jakie to może mieć skutki polityczne? Kto mieczem wojuje od miecza ginie czy niekoniecznie i PiS nie straci poparcia?

Robert Sobiech

ROBERT SOBIECH: Myślę, że nie będzie miało to znaczenia dla poparcia dla PiS. Od decyzji TK minął właśnie rok i po pierwszych protestach decyzja, która w zasadzie wyklucza stosowanie aborcji w Polsce, w praktyce nie wywołuje kolejnych tak masowych protestów. Nie sadzę zatem, aby ten dramatyczny przypadek zmienił znacząco nastroje społeczne; powoli godzimy się z rozmaitymi ograniczeniami naszej wolności i to jest jeden z przykładów.

Gdzie jest zatem granica, bo mamy w Sejmie kolejny projekt, gdzie za aborcję lekarzowi grozić będzie nawet 25 lat więzienia, podczas gdy za gwałt 12 lat?
To pole dla ultrakonserwatywnych środowisk i nie sądzę, żeby to przełożyło się na zapisy ustawowe. Elektorat PiS to nie są sami ultrakonserwatyści, ale skoro już raz się te drzwi otworzyło, to te środowiska będą sprawdzać, jak daleko mogą się jeszcze posunąć. Już w Sejmie pojawia się projekt ustawy o zakazie demonstracji dla środowisk LGBT.

Reklama

Przecież wśród wyborców PiS są też kobiety.
Mam wrażenie, że znaczna część opinii publicznej pogodziła się z faktem, że w Polsce dostęp do aborcji jest praktycznie niemożliwy. Trudno mi wyobrazić sobie podobne reakcje w innych państwach Unii Europejskiej. Co prawda badania opinii publicznej pokazują, że przyzwolenie na decydowanie kobiety o przerywaniu ciąży jest coraz większe, natomiast przełożenie tego niezadowolenia na dalsze protesty nie wygląda już dobrze.

Trudno powiedzieć, w jakim stopniu wynika to z nieumiejętności zagospodarowania społecznego niezadowolenia, w jakim zaś z niechęci dużej części społeczeństwa do manifestowania swojego sprzeciwu w przestrzeni publicznej.

Dlaczego tak się dzieje?
Ponieważ nie nauczyliśmy się jako społeczeństwo wyrażania swoich opinii, dbania o swoje interesy grupowe czy interesy swoich społeczności. Ciągle jest tak, że uważamy, że powinna decydować o tym tylko kartka wyborcza, wrzucana do urn raz na cztery lub pięć lat. To efekt braku wiary, że można coś zmienić w trakcie kadencji, że można wpłynąć na decyzje polityków, biorąc udział w demonstracji, pikiecie, marszu. Badania opinii publicznej pokazują, że coraz mniej osób uważa, że ma wpływ na sprawy kraju.

Brak obywatelskości?
Nawet szerzej, bo Polacy bardzo niechętnie wychodzą poza sferę prywatną. Przywiązują bardzo dużą dbałość do pielęgnowania relacji w ramach sfery prywatności, sfera publiczna, czy na poziomie lokalnym, czy centralnym, to obszar braku zaufania i dużej rezerwy do instytucji publicznych, ale też do osób w nich działających. Występuje poczucie nieufności, podejrzliwości.Stl

Mamy igrzyska zamiast chleba – zamiast rozwiązywać problemy drożyzny, inflacji i pandemii, zajmujemy się kwestiami światopoglądowymi i mam na myśli nie tylko kwestie dostępności aborcji, ale i kryzys humanitarny na granicy. To celowy zabieg partii władzy?
Z pewnością PiS-owi bardzo sprzyja dzisiejsze ustawienie tzw. agendy publicznej, czyli tego, o czym się mówi i jak się mówi. W zasadzie nie mówi się w ogóle o efektach rządzenia PiS.

Zasada rozliczalności władz publicznych, mówiąca o konieczności pokazywania efektów rządzenia, nigdy na dobre nie zakorzeniła się w polskiej polityce, ale w czasie rządów PiS została ostatecznie pogrzebana.

Przykładów błędów czy zaniechań dotyczących tego, co władza powinna robić, a co udaje się jej osiągnąć, jest cała masa. Od  długiego czasu Polska ma najwyższy obok Bułgarii wskaźnik nadmiarowych śmierci w porównaniu z sytuacją sprzed pandemii. Różnica pomiędzy zgonami w Polsce i państwach tzw. starej Unii jest olbrzymia. Podejrzewam, że gdyby tak się działo w krajach tzw. starej Unii, to już by doszło do dymisji ministra zdrowia i debaty parlamentarnej, a w Polsce nic się nie dzieje. Umarło już blisko 180 tys. osób, które nie powinny umrzeć, ale nie jest to powodem do rozliczeń władzy.

W kwestii energetyki, odnawialnych źródeł energii okazuje się, że jedno ministerstwo zachęcało do tego, aby obywatele montowali urządzenia fotowoltaiki na swoich dachach, a kolejne ministerstwa, widząc, jak szeroki jest odzew społeczny, stwierdziły, że nie są w stanie zagospodarować wytworzonej przez obywateli energii. Efekt? Po wejściu w życie nowej ustawy mało kto uwierzy już, że rząd dba o rozwój zielonej energii.

To są sprawy, które w normalnych krajach doprowadzają do dymisji rządu, a na pewno odpowiedzialnych ministrów. Do tego dochodzi niemal całkowite ubezwłasnowolnienie instytucji kontrolujących władzę, ale też pogodzenie się z tym stanem. To, co się dzieje w programach informacyjnych telewizji publicznej, utrzymywanej za pieniądze wszystkich podatników, czyli systematyczne naruszenia ustawy o mediach publicznych, jest tolerowane przez konstytucyjny organ, jakim jest Krajowa Rada Radiofonii i TV. Mamy tu nagminne naruszanie ustawy bez żadnej reakcji. Te przykłady można mnożyć.

Sprowadzenie problemu migrantów wypychanych przez Łukaszenkę do Polski do dylematu, czy mamy za wszelką bronić granicy, czy też oferować pomoc potrzebującym, jest kolejną próbą odwrócenia uwagi od nieskuteczności działań rządu.

Oczywiście, że należy pomagać imigrantom (robią to organizacje międzynarodowe i pozarządowe, od Grecji, poprzez Bośnię, do Włoch i Hiszpanii), ale przede wszystkim należy oczekiwać, że rząd polski skutecznie ograniczy przyczyny problemu. Ostatnio przeczytałem, że doprowadzono do tego, że linie irackie nie będą wysyłały samolotów do Mińska, ale to nie rząd polski doprowadził do tego, tylko to efekt porozumienia pomiędzy szefem unijnej dyplomacji i szefami dyplomacji państw bałtyckich. O udziale polskiego MSZ nie ma tam słowa! Gdyby ciągnąć tę listę, to okazuje się, że to, co jest w gestii rządu, to, co powinien robić, nie jest robione w ogóle albo bardzo źle. Natomiast na poziomie pokazywania opinii publicznej zajmujemy się tematami, które owszem poruszają naszą wrażliwość i serca, ale nie rozwiązują problemów.

Mamy dziś 10 tys. zakażeń, a rząd zastanawia się, czy może nie dać pracodawcom możliwości sprawdzenia, kto z pracowników jest zaszczepiony.
Trudno powiedzieć, na czym polega polityka rządu dotycząca ograniczania pandemii. Rząd włoski potrafi zadecydować, że tylko zaszczepieni jeżdżą koleją, a rząd francuski zamyka restauracje dla niezaszczepionych, a przecież w tych państwach liczba zgonów (w odniesieniu do liczby mieszkańców) jest znacząco mniejsza, niż w Polsce. Dlaczego polski rząd nie decyduje się na takie rozwiązania? Nawet pomysł ustawy, wedle której pracodawcy mają prawo wiedzieć, czy ich pracownicy są zaszczepieni, prawdopodobnie nie zostanie zrealizowany. Jedną z najbardziej prawdopodobnych odpowiedzi można znaleźć w badaniach elektoratów. Okazuje się, że zdecydowany sprzeciw ma miejsce wyłącznie wśród wyborców PiS, gdzie 2/3 elektoratu tej partii uważa, że pracodawcy w ogóle nie powinni mieć do tego wglądu.

Ale to gdzieś jest granica i rozumiem, że jeżeli umrze X z nas, to w końcu się ockniemy?
To wcale nie jest takie pewne, bo już dawno powinniśmy się ocknąć. Liczba nadmiarowych zgonów z powodu pandemii dochodzi już do 180 tys., czyli jest monstrualna, a my staliśmy się jak wyprani ze zdolności do reagowania na to, co się dzieje wokół nas. Co z tego, że czeka nas kolejna fala zgonów? W większości godzimy się z tym, jak i z innymi sprawami, które jeszcze 10 lat temu wywoływałby powszechne oburzenie. Mam wrażenie, że wracamy do sytuacji z PRL, kiedy byli bezradni obywatele, którzy mogli najwyżej zadbać o swoje sprawy w małych kręgach prywatności.

Wracamy do tego stanu, bo nie udało nam się zachęcić ludzi, aby swoje niezadowolenia czy swoje potrzeby ujawniali w przestrzeni publicznej, żeby demonstrowali, udzielali się w organizacjach pozarządowych, wchodzili do partii politycznych. Teraz ponosimy tego konsekwencje.

Może poza jedną organizacją, która niedługo, bo 11 listopada, wyjdzie na ulicę i pewnie ponownie zdemoluje Warszawę.
Sąd apelacyjny podtrzymał zakaz tej manifestacji, zatem ciekawe, co zrobi policja, jak będzie przestrzegać orzeczenia sądu, jak będą wyglądały ulice Warszawy. To kolejne testowanie, na ile rządy prawa, respektowanie orzeczeń sądowych ma miejsce w Polsce. Obawiam się, że marsz dojdzie do skutku w nieco zmienionej formie, a policja uda, że nic groźnego się nie stało.

Jeśli tak się zdarzy, to będzie kolejne potwierdzenie braku wiary, że są jakieś instytucje, które mogą skutecznie kontrolować władzę. Pewnie też nie wywoła większego sprzeciwu przygotowana do szybkiej realizacji reforma sądów, gdzie minister sprawiedliwości będzie pojedynczo wskazywać, gdzie dany sędzia ma pracować, a wybrana przez polityków KRS będzie decydować, kto zostanie sędzią Sądu Najwyższego.

Jak ocenia pan kondycję Zjednoczonej Prawicy? Czy ten zlepek dotrwa do wyborów, czy czeka nas rząd mniejszościowy?
Wszystko wskazuje na to, że dotrwa, bo kupowanie dodatkowych głosów poprzez kreowanie nowych stanowisk jest bezprecedensowe.

Nieliczni posłowie, którzy dołączyli do PiS, wiedzą, że takich stanowisk i takich wpływów nie będą mieli w innym układzie partyjnym.

Niestety znowu opinia publiczna przechodzi nad tym do porządku dziennego, że młodzi ludzie bez żadnego doświadczenia mogą dostawać ministerialne stanowiska, bo tego wymaga interes partii rządzącej.


Zdjęcie główne: Rys. Bartosz T. Wieliński; zdjęcie w tekście: dr Robert Sobiech, Fot. Collegium Civitas

Reklama