Reklama

To jest wielki sukces lidera PO. Myślę, że jego rola budowniczego koalicji przeciwko PiS-owi jest niedoceniana – tak powstanie Koalicji Obywatelskiej ocenia w rozmowie z nami dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. – Jest w tym pewien paradoks, że o łączeniu ponad podziałami mówi Robert Biedroń, ale robi to właśnie Grzegorz Schetyna – dodaje. – Od dawna powtarzałem, że to jedyna formuła, która pozwoli na to, aby siły proeuropejskie i prodemokratyczne wygrały najbliższe wybory. Szeroka koalicja stworzona ponad podziałami i zjednoczona wokół trzech najważniejszych spraw – Europa, demokracja, rządy prawa – podkreśla nasz rozmówca.

KAMILA TERPIAŁ: Kilka razy rozmawialiśmy już o tym, że opozycja musi iść do wyborów razem, a teraz Koalicja Europejska staje się faktem: PO, Nowoczesna, SLD, PSL, Zieloni, Inicjatywa Polska. Jak pan to ocenia?

DR JACEK KUCHARCZYK: Od dawna powtarzałem, że to jedyna formuła, która pozwoli na to, aby siły proeuropejskie i prodemokratyczne wygrały najbliższe wybory. Szeroka koalicja stworzona ponad podziałami i zjednoczona wokół trzech najważniejszych spraw – Europa, demokracja, rządy prawa. Dlatego cieszę się, że Koalicja Europejska w końcu powstaje.

Dla kogo to była politycznie najtrudniejsza decyzja?
Najbardziej niepewny był do końca PSL. Obawiałem się, że będzie chciał wypróbować swoje szanse osobno i postawić na promocję własnej marki, chociaż to byłoby wbrew interesowi tej partii i Polski. PSL przecież pasuje do tej koalicji najbardziej, bo w Parlamencie Europejskim zasiada razem z PO w tej samej grupie politycznej. Na szczęście do Koalicji Europejskiej dołączył i to jest jej duże wzmocnienie. Nie chodzi tylko o odsetek głosów, które w sondażach dostają ludowcy, ale przede wszystkim o to, że koalicja będzie miała szerszy zasięg społeczny, będzie obecna w mieście i na wsi.

Reklama

Struktury PSL-u będą potrzebne w trakcie nadchodzącej kampanii wyborczej.

PSL znowu jako języczek u wagi?
Wagę tej decyzji możemy przeanalizować, chociażby na przykładzie wyborów prezydenckich w 2015 roku. Wtedy PSL zdecydował się wystawić własnego kandydata, a nie poprzeć Bronisława Komorowskiego. Gdyby postąpił inaczej, byłaby duża szansa, aby kandydat PO i PSL wygrał I turę wyborów. Nadal miałby pod górkę, ale nie byłoby tego szoku i sytuacja mogłaby być zupełnie inna. Kto wie, czy decyzja PSL-u nie miała wpływu na ostateczny wynik wyborów. Myślę, że warto z tego wyciągnąć wnioski.

Stworzenie Koalicji Europejskiej to sukces Grzegorza Schetyny?
To jest wielki sukces lidera PO. Myślę, że jego rola budowniczego koalicji przeciwko PiS-owi jest niedoceniana. Przez ostatnie kilka miesięcy patrzyliśmy, jak ta koalicja rodzi się w bólach, zwłaszcza po podziałach w Nowoczesnej. Tamto zamieszanie miało strategiczny, ale także osobowościowy wymiar. Ambicje zawsze odgrywają bardzo dużą rolę. Grzegorzowi Schetynie udało się powoli przezwyciężyć konflikty i stworzyć poparcie dla tej idei. Jest w tym pewien paradoks, że o łączeniu ponad podziałami mówi Robert Biedroń, ale robi to właśnie Grzegorz Schetyna. Problem w tym, że kiedy już robi, to jest krytykowany za “pożeranie przystawek”, a wcześniej był krytykowany za dzielenie. Wygląda na to, że nieważne, co zrobi, to jest źle. Trudno walczyć z takim czarnym PR-em. Jednak

rezultaty działań Schetyny są bardzo pozytywne. Pokazał, że potrafi zebrać szeroką grupę polityków, rozwiązać problemy ideologiczne, ale także sprawy osobowościowe i czasami wybujałe ambicje.

Jeszcze rok temu trudno było sobie wyobrazić Włodzimierza Czarzastego współpracującego z Grzegorzem Schetyną. Co się zmieniało?
Myślę, że w zmianie nastawienia pomogło lanie, jakie SLD dostał w wyborach samorządowych. Okazało się, że pójście pod własną marką jednak się nie opłaciło. Myślę, że w przypadku szefa SLD ważna była też presja członków partii. Ale liczy się efekt.

Co może być największym zagrożeniem dla Koalicji Europejskiej? Robert Biedroń czy jednak osobiste ambicje?
Bardziej obawiam się o ambicje i interesy, które mogą przysłonić wspólny interes. Nie sądzę, aby Robert Biedroń był wielkim zagrożeniem. Być może jest potrzebny, aby pozbierać różne głosy osób, których nie przekona zjednoczona opozycja. Największym testem dla Roberta Biedronia będzie umiejętność porozumienia i zbudowania czegoś na kształt koalicji, ale po lewej stronie sceny politycznej. Na razie to cały czas pozostaje wyzwaniem.

Nieporozumienie z partią Razem nie jest dobrym znakiem. Nie sądzę, żeby opłaciło mu się stosowanie zasady “kto nie z nami, ten przeciwko nam”. Mimo tych wątpliwości, sądzę, że do wyborów europejskich zapewne pozostanie trzecią polityczną siłą.

Nie odbierze głosów Koalicji Europejskiej?
Trudno na razie to przesądzać. W tych wyborach kluczowa będzie zdolność do mobilizacji elektoratu, bo frekwencja będzie przecież znacznie niższa niż w wyborach parlamentarnych. Robert Biedroń ma nadal potencjał, aby zmobilizować tych zniechęconych i z tego powinien skorzystać.

Pierwsze sondaże po zjednoczeniu dają Koalicji Europejskiej przewagę nad PiS-em. To na razie premia za porozumienie, czy może utrzymać się do wyborów?
To będzie zależało od tego, jakich kandydatów zaproponuje Koalicja Europejska. Wydaje mi się, że na listach powinno znaleźć się sporo kobiet oraz osób, o których będzie można powiedzieć, że jadą do PE pracować, a nie są tylko wyborczymi lokomotywami. Wewnętrzny pluralizm koalicji powinien przełożyć się także na pluralizm na listach. To będzie ważny test dla jej wiarygodności i zadecyduje, czy premia na otwarcie zostanie utrzymana.

Proces układania list wyborczych nigdy nie jest łatwy. Uda się?
To jest najbardziej bolesna część wzajemnych relacji. Wiadomo, że wielu polityków i polityczek miałoby ochotę na dobre miejsce na liście. Dlatego

trzeba trzymać kciuki za Grzegorza Schetynę, aby nadal potrafił nawigować na burzliwym morzu sprzecznych ambicji i interesów. Konflikty i tak są nieuniknione w takiej sytuacji, ale trzeba umieć je rozwiązywać.

Dlaczego najważniejsi politycy PiS chcą uciec do Brukseli? O co chodzi?
Przede wszystkim chodzi o to, aby popularne nazwiska stały się tzw. lokomotywami. Dla grupy wyborców, która pozostaje pod wpływem prorządowych mediów minister edukacji Anna Zalewska nie jest autorką największego chaosu w oświacie czy afery z PCK, tylko wielką i odważną reformatorką. Joachim Brudziński, Beata Szydło, Beata Kempa, Beata Mazurek, Krzysztof Jurgiel to według prorządowych mediów wybitne osoby, które mają w Europie walczyć o polskie interesy – taka jest narracja skierowana do prawicowych wyborców. Ale z drugiej strony trudno oprzeć się wrażeniu, że pisowski okręt tonie, więc trwa ewakuacja do Brukseli – taka narracja opozycji może za to skutecznie mobilizować jej zwolenników do tego, aby nie odpuszczać PiS-owi w tych wyborach.

Dziwi pana brak na listach do PE Antoniego Macierewicza?
Nie dziwi. W PiS-ie są teraz różne okręty, które toną z różną szybkością, a ten z napisem Macierewicz tonie najszybciej. To, co się dzieje wokół byłego ministra obrony narodowej, ma wpływ na jego polityczną przyszłość.

PiS postanowił po cichu zostawić ten okręt w tyle, bo jest dla niego coraz poważniejszym obciążeniem. Nawet twardy elektorat partii rządzącej szuka sobie już innych bohaterów.

Czy nowe obietnice PiS to reakcja na kryzys wizerunkowy formacji rządzącej?
Zdecydowanie tak. Czołowi politycy PiS przedstawiają program, który będzie się wiązał z ogromnymi wydatkami publicznymi. Niektóre pomysły, jak 500 Plus na pierwsze dziecko, to po prostu powtórzenie niespełnionej obietnicy Beaty Szydło z wyborów 2015. Natomiast jednorazowe wypłacenie każdemu emerytowi 1100 złotych to już czyste wyborcze przekupstwo, nie rozwiąże żadnego systemowego problemu związanego z nadchodzącym kryzysem systemu emerytalnego, do którego to kryzysu PiS się wydatnie przyczynił, obniżając wiek emerytalny. Jest to także próba skorzystania z dobrej koniunktury gospodarczej, która za rok może się pogorszyć. Ten program to realizacja porzekadła “po nas choćby potop”.

Jaką widzi pan rolę dla Donalda Tuska w najbliższej przyszłości?
Przede wszystkim w ostatnim wywiadzie dla TVN24 po raz pierwszy jasno stwierdził, że nadal jest zainteresowany polską polityką i wyraźnie opowiedział się po jednej ze stron sporu. Powinien być moralnym wsparciem i łącznikiem z Europą nowo powstałej koalicji. W dalszej przyszłości wydaje mi się naturalnym kandydatem w wyborach prezydenckich. Dlatego koalicja partii opozycyjnych też powinna inwestować w jego autorytet.

I pomagać tworzyć ruch obywatelski, który miałby się narodzić w rocznicę wyborów 4 czerwca?
Taki ruch nie może powstać obok koalicji walczącej z PiS-em.

Mam wrażenie, że Donald Tusk chce odrobić lekcję, bo nauczony skutecznością pewnych działań Jarosława Kaczyńskiego zrozumiał, że nie wystarczy mieć za sobą partii czy nawet partyjnej koalicji, ale trzeba obudować to szerszym ruchem społecznym, który będzie pasem transmisyjnym między politykami i społeczeństwem.

Tak buduje się zaufanie do polityków i zbliża do nich różne grupy społeczne. Tego właśnie zabrakło w czasie dwóch kadencji rządów PO. W takim sensie to byłoby ważne wsparcie dla zjednoczonej opozycji.

Koalicja w takim kształcie przetrwa do wyborów parlamentarnych?
Mam nadzieję, chociaż nie chcę na razie prorokować. Widzieliśmy już tyle samobójczych ruchów partii politycznych, że nie da się niczego przewidzieć. Tym bardziej, że ważny będzie także wynik wyborów europejskich. Przynajmniej na razie porozumienie idzie lepiej, niż można się było spodziewać.


Zdjęcie główne: Jacek Kucharczyk, Fot. Instytut Spraw Publicznych

Reklama