Reklama

Mam wrażenie, że PiS udało się zbudować związek z własnym elektoratem, gdzie ten nie myśli już w kategoriach, kogo wybierze, bo wybór PiS jest dla niego oczywisty. To zapewne nie dotyczy wszystkich wyborców PiS-u, ale ta znacząca grupa wyborców, która uznała, że PiS to „ich partia”, tak jak Polska to ich kraj, jest kluczowa. Nawet kiedy słyszą, że pupil prezesa Kaczyńskiego i kandydat na premiera oszukuje, okrada skarb państwa, a na dodatek klnie, to są w stanie to zaakceptować, bo on jest „nasz”. Kiedyś Henry Kissinger mówił o antykomunistycznych dyktatorach, że „to łobuzy, ale przynajmniej nasze łobuzy”. Tu widzę podobna logikę. Może Obajtek to łobuz, ale to nasz (pisowski) łobuz – mówi nam dr Jacek Kucharczyk socjolog, prezes Instytutu Spraw Publicznych

JUSTYNA KOĆ: Jaka jest kondycja Zjednoczonej Prawicy? Coraz częściej słychać, że rząd ma problem z większością.

DR JACEK KUCHARCZYK: Zjednoczona Prawica jest poobijana, ale pogłoski o jej śmierci są przedwczesne. Strach przed utratą władzy wciąż wydaje się silniejszym spoiwem, niż różnice polityczne czy nawet spory personalne, ambicjonalne czy ideologiczne, które drążą tę formację. Oczywiście może zdarzyć się, że komuś puszczą nerwy, jednak na razie sądzę, że będziemy świadkami powtarzalności pewnych sytuacji; jedna z partii koalicyjnych wstrzyma się od głosu, ktoś zagłosuje nie tak jak chce prezes i zostanie skarcony, ale

nie sądzę, aby któryś z mniejszych koalicjantów PiS-u chciał naprawdę wywrócić stolik. D’Hondt i 5-proc. próg wyborczy skutecznie będzie ich hamował.

To po co te kłótnie? Nie lepiej spokojnie sobie porządzić, tym bardziej, że wyzwań sporo: pandemia, kryzys, problemy ze szczepieniami, zmiana administracji w USA…?
Ale właśnie widać, że w obecnej dramatycznej sytuacji skuteczne rządzenie przychodzi im z wielkim trudem, natomiast na co dzień istotniejsze są przepychanki o to, kto jest ważniejszy i kto będzie dyktował agendę polityczną, kto ma jaki wpływ na władzę i jak dzielić łupy. Myślę wręcz, że niektórym koalicjantom skuteczność rządzenia nie jest niepotrzebna. Wątpię, by Ziobro i jego partyjni koledzy specjalnie życzyli sukcesów premierowi Morawieckiemu w walce z pandemią, bo wiedzą, że każdy sukces premiera zmniejsza ich szanse w walce o władzę w ZP.

Reklama

Ziobryści mają interes w tym, aby koalicja nadal trwała, ale niekoniecznie w takim samym wewnętrznym układzie sił. Koalicją miotają zatem sprzeczne tendencje i stąd ten niekończący się chaos. Natomiast skuteczność rządzenia zastępuje im przekonanie  o tym, że opozycja jest wciąż zbyt słaba, aby zagrozić ich władzy. Wygląda na to, że tej władzy nie mogą także zachwiać różne afery.

Obserwujemy teraz sprawę Obajtka, ale nie zanosi się, żeby doprowadziła ona do przesilenia w obozie rządzącym, chociaż prawdopodobnie utrąciła szanse Obajtka na objęcie schedy po Morawieckim na fotelu premiera.

Z jednej strony jest więc chęć pozostania u władzy, która jest spoiwem ZP, a z drugiej jest brak poczucia odpowiedzialności za Polskę i społeczeństwo, a tylko bezwzględna walka o swoje wewnątrzkoalicyjne interesy.

Codziennie niemalże mamy nowe doniesienia odnośnie do prezesa Orlenu. Dlaczego ta afera nie powoduje załamania notowań PiS-u?  Mamy tam i krzywoprzysięstwo, i oszukiwanie rodziny, i knajacki język…
Na swój sposób to fascynujące, a przecież sprawa Obajtka nie jest pierwszą, która napawa osoby niezwiązane z władzą zdumieniem, dlaczego wyborca PiS-u to wszystko kupuje. Mieliśmy i sprawę „dwóch wież”, aferę KNF i sprawę Banasia. Za każdym razem wydawało się, że władza już się nie wywinie i za każdym razem dziwiliśmy się, że jak to się stało, że ośmiorniczki pogrążyły PO, a Obajtek nie pogrąża PiS-u.

Jedna z hipotez to tłumaczących mówi o cynicznym wyborcy, który bierze 500 plus i inne korzyści materialne i w związku z tym gotowy jest głosować na PiS w myśl zasady, że nieważne jest, że kradną, a ważne, że się dzielą. Ja jednak nie przeceniałbym roli transferów socjalnych w podtrzymywaniu poparcia dla PiS-u. Jeżeli już, to

sądzę, że te transfery służą bardziej podtrzymywaniu przeświadczenia, że „PiS to są nasi”, bo „o nas dbają”.

Moim zdaniem najważniejszy jest ten tożsamościowy aspekt władzy PiS. Wyborcy identyfikują się z tą partią na poziomie bardziej emocjonalnym, głębszym, niż wyborcy innych partii, którzy mają podejście bardziej „konsumenckie”, to znaczy patrzą, porównują, zastanawiają się, kogo poprzeć.

Mam wrażenie, że PiS udało się zbudować związek z własnym elektoratem, gdzie ten nie myśli już w kategoriach, kogo wybierze, bo wybór PiS jest dla niego oczywisty. To zapewne nie dotyczy wszystkich wyborców PiS-u, ale ta znacząca grupa wyborców, która uznała, że PiS to „ich partia”, tak jak Polska to ich kraj jest kluczowa. Nawet kiedy słyszą, że pupil prezesa Kaczyńskiego i kandydat na premiera oszukuje, okrada skarb państwa, a na dodatek klnie, to są w stanie to zaakceptować, bo on jest „nasz”. Kiedyś Henry Kissinger mówił o antykomunistycznych dyktatorach, że „to łobuzy, ale przynajmniej nasze łobuzy”. Tu widzę podobna logikę. Może Obajtek to łobuz, ale to nasz (pisowski) łobuz.

Sądzę, że to, co tak obciążyło Sikorskiego na taśmach z Sowy, to nie fakt, że zapłacił za drogą kolację z publicznej kasy, tylko to, że jadł ośmiorniczki, a nie schabowego. To pokazywało, że

Sikorski nie był „nasz”, inaczej niż Obajtek. „Naszym” wolno robić rzeczy, których nie wybaczymy opozycji.

Po drugie, sprawę Obajtka ujawniła „Gazeta Wyborcza”. Wyborca PiS-u z góry odrzuca informacje z tego i innych źródeł (jak TVN), nawet jeśli dla wszystkich innych są wiarygodne i dobrze udokumentowane. PiS-owi udało się stworzyć u swoich wyborców jakąś taką „stadną odporność” na informacje z niezależnych mediów.

Stąd PiS tak konsekwentnie walczy z niezależnymi mediami?
Oczywiście PiS chciałby kontrolować przestrzeń medialną i stąd ten pomysł daniny medialnej, którą PiS nazywa „solidarnościową”. Tu widać dobrze, jak nowoczesny autorytaryzm potrafi radzić sobie z wolnymi mediami, nie cenzurując ich, ale marginalizując je. Próbuje zbudować de facto monopol informacyjny, który sprawia, że dla jakieś grupy społeczeństwa informacje z wolnych mediów są albo niedostępne, albo niewiarygodne.

To przejdźmy do opozycji: rośnie w siłę Hołownia, kiepsko w sondażach wychodzi PSL, KO stabilnie bez większych zmian. W jakiej kondycji jest zatem opozycja?
PSL chyba gubi się trochę między Koalicją a Hołownią. W przypadku Hołowni działa coś, co w polskiej polityce obserwujemy od dawna, czekanie na mesjasza, który „oczyści” politykę. Jakaś część wyborców oczekuje, że przyjdzie ktoś, kto nie będzie „zbrukany” codzienną polityką i dokona odnowy życia publicznego. To oczywiście taka kwadratura koła, bo żeby zmienić politykę, trzeba samemu stać się politykiem.

Nadzieje na nową siłę w postaci „męża opatrznościowego”, który potrząśnie establishmentem, powracają ciągle w różnych wariantach ideowych. Mieliśmy już Leppera i Palikota, Kukiza i Petru.

Osobiście nie mogę się nadziwić, że ktoś chce głosować na partię, która ma w nazwie imię i nazwisko konkretnej osoby. Wydawałoby się, że powtarzalność tego schematu powinna wyborców ostrzec – albo ów „mesjasz” wejdzie do polityki i stanie się częścią mainstreamu, albo poniesie klęskę i polityka go wypluje.

Dziś ruch Hołowni jest na fali wznoszącej i zobaczymy, jak daleko zajdzie jego twórca i jego pomocnicy. Moim zdaniem na jego niekorzyść wpływa fakt, że do wyborów jest daleko. Jedyną szansą są dla Hołowni przyśpieszone wybory. Inaczej trudno mu będzie przez kilka lat utrzymać mobilizację sympatyków na obecnym poziomie, nawet jeżeli przy pomocy transferów zdobył jakiś przyczółek w parlamencie. Swoją drogą te transfery rzucają cień na oficjalną retorykę tego ugrupowania, z którego strony słychać, że nie interesuje ich uprawianie „brudnej” polityki, tylko działanie dla dobra społeczeństwa, a z drugiej strony podbiera się posłów innym ugrupowaniom. Rozumiem oczywiście, że trudno cokolwiek zrobić, jeśli nie jest się obecnym w Sejmie, a Hołownia może zaistnieć tylko przez podbieranie posłów opozycji innym partiom, a nie poprzez mandat z wyborów.

Premier szumnie zapowiada Nowy Ład, w którym ma być spory kawałek dla młodych, bo PiS widzi, że na tym polu musi coś zrobić. Padł pomysł, aby to była kwota wolna od podatku do 30 tys. Wystarczy, aby przyciągnąć młodych?
Pomysł kwoty wolnej od podatku na przyzwoitym poziomie jest jak najbardziej słuszny i dawno powinien być wprowadzony. Sytuacja, kiedy trzeba płacić podatek przy zarobkach niższych od minimum socjalnego, jest dziwaczna i zawsze w Polsce to odbiegało od standardów europejskich. PiS od dawna obiecywał to zmienić, ale jak widać łatwiej obiecać, niż znaleźć na to pieniądze.  Pytanie, czy teraz przy tych wszystkich transferach znajdzie.

Co do młodych, to akurat

odzyskanie tych wyborców będzie niezwykle trudne dla PiS-u.

Młodzi się podzielili i część zwraca się do lewicy, a część się radykalizuje i spogląda w stronę Konfederacji czy szerzej skrajnej prawicy. Teraz to się odkrywa jako coś nowego, ale ja pamiętam, jak w Instytucie robiliśmy badanie postaw politycznych młodzieży krótko po tym, jak PiS objął władzę, i już wówczas miał on poparcie wśród młodych dużo niższe niż wśród całego społeczeństwa.

PiS od 2015 roku młodzieży do siebie nie przekonał, co najwyżej potrafił skutecznie zniechęcać ją do opozycji czy nawet polityki jako takiej. W stosunku do młodzieży to było dość skuteczne i ten brak poparcia wśród nich dla PiS-u nie był dla tej partii tak bardzo bolesny, skoro nie popierali nikogo innego. Być może teraz to się zmieni, bo niektóre działania PiS-u, w szczególności to nieszczęsne orzeczenie TK Juli Przyłębskiej, zradykalizowały młodych, którzy poczuli, że powinni bliżej zainteresować się polityką. Nie sądzę, aby PiS odzyskał młodych kwotą wolną od podatku, podobnie jak nie wyszło z zerowym PIT-em dla młodych i z piątką dla zwierząt.


Zdjęcie główne: Jacek Kucharczyk, Fot. Instytut Spraw Publicznych

Reklama