Analiza

Czy faszyzm wraca do Niemiec?!

Zespół redakcyjny
Zespół redakcyjny
7 września 2026, 12:240 wyswietlen
Udostepnij:

Czterdzieści cztery procent. Prawie co drugi głos w Saksonii-Anhalt padł w niedzielę na Alternatywę dla Niemiec, partię, którą jeszcze rok temu niemiecki kontrwywiad chciał urzędowo napiętnować jako „pewny przypadek prawicowego ekstremizmu”. AfD nie wygrała o włos. Zmiażdżyła chadecję kanclerza Friedricha Merza różnicą ponad dwudziestu punktów. To najlepszy wynik tej partii w historii i najczarniejszy dzień niemieckich elit od dekady. A najgorsze dopiero przed nimi: za dwa tygodnie głosują kolejne dwa landy. Pytanie z pierwszej strony brukowca przestało być przesadą. W Berlinie, Brukseli i Warszawie zadają je dziś całkiem serio.

Czy faszyzm wraca do Niemiec?!

Liczby, które zwaliły Niemcy z nóg

AfD: około 44 procent (dane wstępne wskazują 43,8–44,1%), wzrost o mniej więcej 23 punkty względem 2021 roku, 39 mandatów w 83 osobowym landtagu. CDU: około 17 procent, spadek o blisko 20 punktów, 15 mandatów, czyli utrata 25 foteli w jednych wyborach. To nie porażka, to zapaść. SPD 9,3%, Zieloni 8,9%, Lewica około 8,5%, każda po osiem mandatów. Socjalno-lewicowa BSW Sahry Wagenknecht 5,3% i pięć mandatów. Liberalna FDP z 2,6% wypadła z parlamentu.

Frekwencja: blisko 78 procent, najwyższa w tym landzie od zjednoczenia Niemiec w 1989 roku, wzrost o kilkanaście punktów. To obala wygodną tezę, że AfD rośnie tylko dzięki bierności innych. Ludzie poszli głosować tłumnie i tłumnie postawili na skrajną prawicę. Według analizy Ośrodka Studiów Wschodnich AfD ściągnęła do urn około 170 tysięcy dotychczasowych niewyborców i przejęła jakieś 82 tysiące głosów wprost od CDU. Wśród robotników fizycznych poparcie sięgnęło 61 procent.

Zapora jeszcze trzyma. Ale trzeszczy.

Mimo miażdżącego wyniku AfD najpewniej nie utworzy rządu. Do większości potrzeba 42 mandatów, partia ma 39, brakuje trzech. Obowiązuje „zapora” (Brandmauer), niepisana zasada, że żadna partia demokratyczna nie wchodzi z AfD w koalicję. W praktyce oznacza to, że rządzić będzie ktoś, kto przegrał: możliwa jest nienaturalna koalicja CDU z socjaldemokratami, Zielonymi i Lewicą naraz, albo rząd mniejszościowy.

Tu pojawia się pierwsza rysa. Arytmetycznie AfD i BSW mają razem 44 mandaty, czyli większość. OSW wskazuje BSW jako jedyną partię teoretycznie gotową do rozmowy. Czy do niej dojdzie, nie wiadomo, i trzeba to nazwać po imieniu: to na razie hipoteza, nie fakt. Ale samo to, że taki scenariusz w ogóle liczą na kalkulatorze, pokazuje, jak cienka zrobiła się ściana.

Merz na cienkim lodzie

Największym przegranym nie jest lokalny lider CDU. Jest nim kanclerz. Friedrich Merz obiecywał, że odbierze AfD wyborców twardszą polityką migracyjną. Efekt jest odwrotny: ogólnokrajowe poparcie CDU spadło z 28,5% w wyborach do Bundestagu w 2025 roku do około 22 procent, a notowania samego kanclerza są rekordowo niskie. W partii już słychać głosy, że dotychczasowa linia się nie sprawdza i że z AfD trzeba zacząć rozmawiać. To najniebezpieczniejszy moment: nie samo zwycięstwo AfD, ale pokusa chadecji, żeby dla przetrwania uchylić zaporę.

Faszyzm? Ostrożnie ze słowem. Ale spokojni też nie bądźmy.

Nagłówek „faszyzm wraca do Niemiec” sprzedaje gazetę, tylko czy jest prawdziwy? Rzetelna odpowiedź brzmi: nie w dosłownym, historycznym sensie. AfD nie ma bojówek maszerujących ulicami ani programu likwidacji wyborów. Nazywanie jej wprost „faszystowską” jest politycznie kuszące, ale łatwe do wyśmiania i mobilizuje jej elektorat, który czuje się spisany na straty przez „elity”.

Co jest faktem, a nie epitetem: w maju 2025 roku Federalny Urząd Ochrony Konstytucji sklasyfikował całą AfD jako „pewny przypadek prawicowego ekstremizmu”. Partia to zaskarżyła, urząd zawiesił stosowanie tej oceny na czas procesu, a w lutym 2026 sąd administracyjny w Kolonii tymczasowo zakazał posługiwania się nią do prawomocnego rozstrzygnięcia. Sprawa jest więc otwarta, ale samo postawienie takiej diagnozy głównej partii opozycyjnej w Niemczech nie ma precedensu po 1945 roku. Wschodnie struktury AfD były wcześniej uznawane przez służby za ekstremistyczne. Nie „faszyzm z podręcznika”, ale i nie zwykła prawica. To realny problem, a nie panika.

20 września: prawdziwy test, czy Saksonia to początek

Czy to jednorazowy wybryk wschodniego landu? Odpowiedź poznamy szybko. 20 września głosują Meklemburgia-Pomorze Przednie i Berlin. W Meklemburgii AfD prowadzi w sondażach z wynikiem około 36 procent, przed rządzącą tam SPD (około 29). Jeśli wygra drugi wschodni land z rzędu, teza o „odosobnionym przypadku” upada. Berlin to inna bajka: w stolicy AfD jest znacznie słabsza, walczy o kilkanaście procent w ścisłej stawce z CDU, Lewicą i Zielonymi. Zachód i Wschód Niemiec to wciąż dwa różne kraje wyborcze. Ale trend jest jeden i prowadzi w górę.

Co to znaczy dla Polski, i to jest najważniejsze

Dla Warszawy problemem nie jest etykieta „faszyzm”. Problemem jest kierunek wschodni. AfD od lat opowiada się za odbudową stosunków gospodarczych z Rosją i sceptycznie patrzy na pomoc dla Ukrainy. To linia wprost sprzeczna z polską racją stanu i bezpieczeństwem wschodniej flanki NATO. Znamienne, że część wschodnich polityków CDU lobbowała przeciw dostawom rakiet Taurus dla Kijowa. Im silniejsza AfD, tym większa pokusa dla niemieckiej prawicy, by miękczyć kurs wobec Moskwy.

Polscy politycy zareagowali ostro. Premier Donald Tusk napisał: „W Polsce tylko idioci albo zdrajcy mogą się cieszyć z tryumfu AfD w Niemczech”. Ministra Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz mówiła o „neofaszystach zblatowanych z Rosją”. To celny sygnał w jedną stronę: pokazuje, że entuzjazm części polskiej skrajnej prawicy wobec AfD jest naiwny, bo ta partia stoi po stronie Rosji, nie Polski. Ale ostrożnie z licytacją na najmocniejsze słowo. Jeśli rząd sam zacznie krzyczeć „faszyzm” bez pokrycia, odda przeciwnikom w kraju łatwy zarzut histerii. Mocniejszy jest chłodny fakt: AfD to partia prorosyjska, a prorosyjskość w polskim wydaniu ma tylko jedną nazwę.

Co zrobi, a czego nie zrobi Unia

Zacznijmy od tego, czego Bruksela nie zrobi, bo nie może. Nie unieważni demokratycznego wyniku wyborów w landzie. Nie ma takiego narzędzia i dobrze, bo próba byłaby wodą na młyn narracji AfD o „dyktaturze eurokratów”. Realnie zostaje mniej spektakularny arsenał: izolacja polityczna AfD na poziomie europejskim, presja na niemiecką chadecję, by trzymała zaporę, oraz pilnowanie, żeby osłabienie Niemiec nie przełożyło się na rozmontowanie wsparcia dla Ukrainy. To interpretacja, nie zapowiedź: konkretnych, wiążących decyzji UE w reakcji na sam wynik w Saksonii-Anhalt na razie nie ma i nie należy ich zmyślać.

Bilans na chłodno

Nie, faszyzm w sensie z lat trzydziestych nie wraca do Niemiec. Tak, do władzy w niemieckim landzie realnie zbliżyła się partia uznawana przez własne państwo za ekstremistyczną, prorosyjska i antyunijna, i zrobiła to najlepszym wynikiem w swojej historii, przy rekordowej frekwencji. Zapora jeszcze stoi. Pytanie brzmi, jak długo, skoro co drugi głosujący w Saksonii-Anhalt właśnie zapukał do niej z drugiej strony. Dla Polski stawką nie jest niemiecka semantyka, tylko to, czy najsilniejsza siła polityczna u naszego zachodniego sąsiada będzie ciągnęła Berlin w stronę Moskwy. Odpowiedź zacznie się klarować już 20 września.

Udostepnij artykul

Zespół redakcyjny

Autor

Zespół redakcyjny

Zespół redakcyjny wiadomo.co — najważniejsze informacje z Polski i świata, 24/7.

Komentarze

Ladowanie...

Dodaj komentarz