Analiza

Chcieliście sprawczości Premiera to ją macie: Nawrocki wszedł na minę i nie może się cofnąć!

Zespół redakcyjny
Zespół redakcyjny
31 października 2026, 09:450 wyświetleńTeraz czyta: 25 osób
Udostępnij:

Prezydent Rzeczypospolitej zawrócił samolot z Senegalu, żeby o czwartej nad ranem szarpać się w drzwiach z sędzią, a potem wysłać szefa swojego gabinetu, by ten odczytał na schodach jego oświadczenie. Tej nocy w Trybunale Konstytucyjnym rozstrzygnęło się więcej niż to, kto ma klucze do gmachu na Szucha. Rozstrzygnęło się, kto w tym sporze myśli, a kto reaguje.

W 30 sekund: Najważniejsze fakty
Czas czytania: ~2 min
  • Prezydent Rzeczypospolitej zawrócił samolot z Senegalu, żeby o czwartej nad ranem szarpać się w drzwiach z sędzią, a potem wysłać szefa swojego gabinetu, by ten odczytał na schodach jego oświadczenie.
  • Tej nocy w Trybunale Konstytucyjnym rozstrzygnęło się więcej niż to, kto ma klucze do gmachu na Szucha.
  • Rozstrzygnęło się, kto w tym sporze myśli, a kto reaguje..
Chcieliście sprawczości Premiera to ją macie: Nawrocki wszedł na minę i nie może się cofnąć!

Media opowiadały o meblach, nie o władzy

Od piątkowego wieczoru redakcje relacjonowały to jak awanturę o budynek. Kto wszedł, którą bramą, czy policja była w środku czy na zewnątrz, komu kazano spakować rzeczy, kto przeskoczył płot. Prawnicy w studiach rozkładali na części artykuł 12 ustęp 4 ustawy o Trybunale, na który powołała się sędzia Anna Korwin-Piotrowska, i artykuł 130 ustawy o ustroju sądów powszechnych, który przywołał sędzia Sławomir Patyra. Wszystko to prawda i wszystko to nieistotne.

Bo nie oglądaliśmy sporu kompetencyjnego. Oglądaliśmy przejęcie instytucji, którą przez dziewięć lat trzymano poza państwem, i zrobiono to w jedyny sposób, w jaki dawało się to zrobić: faktem, nie wyrokiem. Żaden sąd nie przywróciłby Trybunału Polsce, bo Trybunał był właśnie tym sądem, który miał tego nie dopuścić. Pętla była zamknięta od środka. Ktoś ją musiał przeciąć z zewnątrz.

Główne media tego nie opowiedziały, bo nie miały gotowego szablonu. Mają szablon na awanturę i szablon na spór prawny. Nie mają szablonu na moment, w którym państwo odbiera sobie coś, co samo wcześniej oddało.

„Uspokójmy sytuację“ to w tej grze głos przeciwnika

Przez całą noc wracał ten sam refren ekspertów i polityków z boku: trzeba deeskalować, trzeba rozmawiać, trzeba znaleźć kompromis. Adrian Zandberg ostrzegał przed eskalacją i proponował „reset konstytucyjny“. Brzmi rozsądnie. Jest kompletnie puste.

Spokój nie rozstrzyga takich spraw. Spokój je zamraża, a zamrożenie zawsze działa na korzyść tego, kto siedzi w środku. Dziewięć lat spokoju dało nam Trybunał, do którego Waldemar Żurek musi wysyłać pięć wniosków o uchylenie immunitetu i pięćdziesiąt tomów akt, żeby cokolwiek się ruszyło. Każdy miesiąc rozmów o kompromisie był miesiącem, w którym tamta strona wygrywała bez wysiłku. Żurek sam przyznał, że rozmowy z Bartłomiejem Sochańskim kompromisu nie przyniosły. Nie przyniosły, bo nie mogły. Po co ktoś ma oddawać przy stole to, czego nikt mu nie zabiera siłą?

Są konflikty, w których obie strony chcą wyjścia. Ten do nich nie należy. Tu jedna strona musi przegrać, a każdy, kto mówi „uspokójmy się“, w praktyce mówi: „niech zostanie, jak jest“.

Z kimś, kto nie uznaje reguł, nie wygrywa się regulaminem

Teraz rzecz, którą sympatycy rządu powinni powiedzieć sobie na głos, zamiast udawać, że tej nocy wszystko było podręcznikowe. Nie było.

Siedmioro sędziów weszło do Trybunału bramą od Kancelarii Premiera, w asyście Służby Ochrony Państwa, korzystając z nieobecności części pracowników. Prezesa i wiceprezesa nie wpuszczono. Profesor Marcin Matczak mówi, że nie ma na to podstawy prawnej. Jerzy Stępień widzi podstawę formalną, ale chce to przeanalizować. Prawnicy będą się o to kłócić latami.

Tylko że prawo nie jest w tym sporze neutralnym sędzią. Prawo jest w tym sporze trofeum. Kto trzyma Trybunał, ten mówi, co jest prawem, i tę przewagę jedna strona zdobyła nie w wyniku wyborów, a przez obsadzenie sądu ludźmi na dublowanych miejscach. Z kimś, kto zdobył instytucję poza regułami, nie da się wygrać, grając wyłącznie regułami, bo on te reguły właśnie trzyma w ręku i będzie nimi walił przeciwnika po głowie do końca świata.

Demokracja, która nie potrafi obronić się środkami twardymi, przegrywa z tymi, którzy jej nie uznają. To nie jest nowa myśl ani polska wymówka, to stary dylemat państw, które jednego dnia odkrywają, że własny trybunał pracuje przeciwko ich konstytucji. Nocna operacja na Szucha jest tego dylematu najbrzydszą możliwą odpowiedzią. I prawdopodobnie jedyną, która działa.

Kto chce, może to nazwać brudnym. Niech tylko dopowie, co było alternatywą. Bo alternatywą było nic.

Prezydent przyjechał w nocy, żeby przegrać

A teraz najciekawsze. Karol Nawrocki miał tej nocy jedno zadanie: zachować się jak głowa państwa. Zrobił dokładnie odwrotnie i to jest jego prywatna katastrofa, nie cudza.

Przerwał wizytę w Senegalu. Zabrał ze sobą pierwszego prezesa Sądu Najwyższego Zbigniewa Kapińskiego, co jeszcze dało się obronić. A potem wszedł w drzwi i w szarpaninę z grupą sędziów, między innymi z Anną Korwin-Piotrowską. Minister Maciej Berek opublikował nagranie i napisał, że prezydent „z impetem wpadł“ na sędzię. Pałac natychmiast odpowiedział, że to sędziowie naruszyli nietykalność głowy państwa. Rzecznik Rafał Leśkiewicz nazwał wpis Berka dokumentacją przestępstwa.

Zastanówmy się, jak to wygląda w telewizorze u człowieka, który nie czytał ustawy o Trybunale i nie zamierza. Widzi mężczyznę po czterdziestce, byłego ochroniarza, boksera, który o czwartej nad ranem przepycha się z drobną kobietą w todze i krzyczy, że ona nie jest sędzią. Nie ma znaczenia, czy formalnie jest, czy nie jest. W obrazku jest kobietą, którą odepchnięto.

Nawrocki chciał pokazać siłę. Pokazał, że traci panowanie nad sobą, a razem z sobą nad własnym urzędem. Prezydent nie wchodzi w kordon. Prezydent nie szarpie się o klamkę. Prezydent wysyła notę, zwołuje Radę Bezpieczeństwa Narodowego, kieruje wniosek do sądu, mówi o sobie w trzeciej osobie i jest nudny jak cholera, bo to właśnie jest jego siła. Nawrocki tę siłę przehandlował na nagranie z awantury.

I jedna scena domyka ten wieczór. Pod Trybunałem stanęli Jarosław Kaczyński, Mateusz Morawiecki, Julia Przyłębska, Bogdan Święczkowski. Kaczyński mówił o „szturmie na ostatnią twierdzę wolności“. Pojawił się też Grzegorz Braun i zrobił zdjęcie z Kaczyńskim, które natychmiast opublikował. Prezes PiS dał mu tę fotografię sam, w prezencie, przy świadkach. Dwa lata tłumaczenia, że z Braunem nic ich nie łączy, skasowane jednym kadrem w ciągu jednej nocy.

Dlaczego ta noc. Spójrzcie w kalendarz

Nikt rozsądny nie uwierzy, że data była przypadkowa, i nie chodzi tylko o weekend ani o zbliżający się listopadowy przestój, w którym Polska i tak zwalnia.

Trzeciego listopada kończą się wybory w Stanach Zjednoczonych. Dla Nawrockiego to nie jest wiadomość z zagranicy, to jest prognoza pogody nad jego własną głową, bo cała jego pozycja międzynarodowa opiera się na jednym człowieku w Waszyngtonie. Jeśli Donald Trump wyjdzie z tego tygodnia osłabiony, prezydent Polski zostaje z telefonem, który przestaje dzwonić. Trzeciego listopada zbiera się też Zgromadzenie Ogólne sędziów Trybunału, zwołane po to, by uchwalić budżet. Dwa zegary tykają w tę samą stronę.

Ktokolwiek wybierał termin, wybierał moment, w którym przeciwnik ma najmniej oparcia i najwięcej lęku. A lęk odbiera rozum, co widzieliśmy nad ranem w drzwiach Trybunału.

Do tego dochodzi tło, o którym w Pałacu myśli się codziennie, choćby nikt nie powiedział tego na głos. Od dwudziestego siódmego października toczy się jawny już proces, który prezydent sam wytoczył wydawcy Onetu. Byli pracownicy ochrony Grand Hotelu zeznają przed sądem o wprowadzaniu dziewczyn do gości i o tym, że „można dorobić“ w ten sposób. Polska czyta to w odcinkach, codziennie nowy fragment, a każdy kolejny świadek jest świadkiem powołanym w sprawie, którą Nawrocki sam uruchomił. Nie da się jednocześnie zachować zimnej krwi w sporze o Trybunał i czytać o sobie takie rzeczy przy śniadaniu. Pod najtwardszym człowiekiem ugięłyby się nogi.

Cisza po stronie rządu nie była strachem

Zwróćcie uwagę na to, czego w nocy nie było. Nie było wysypu wpisów ministrów, nie było Donalda Tuska na platformie X o trzeciej nad ranem, nie było wyścigu na najmocniejszy komentarz. Rząd przez całą noc mówił dokładnie dwoma głosami i ani jednym więcej: Berek pokazał nagranie, Żurek powiedział, że zachowanie prezydenta zaniepokoiło go ogromnie, i wskazał prokuraturę. Koniec.

To nie jest strach. Strach wygląda inaczej, strach gada. To jest decyzja, żeby nie zasłaniać obrazka. Jedyną treścią tej nocy miał być prezydent w drzwiach, a każdy gorący wpis ministra dałby prawicy pretekst do zmiany tematu na „patrzcie, jak oni triumfują“.

Premier odezwał się dopiero, gdy miał już co komentować, i powiedział rzecz, która brzmi jak cała strategia tego tygodnia: przywracanie praworządności jest konieczne, nawet jeżeli boli.

Czego ta noc nie przesądza

Bylibyśmy naiwni, mówiąc, że to rozstrzygnięte. Patryk Jaki od razu wskazał słaby punkt operacji: obrazki z siłowego wejścia mogą zaszkodzić rządowi, a nowemu kierownictwu Trybunału i tak nie dadzą legalności, której nie ma. To jest najpoważniejszy argument tamtej strony i nie wolno go wyśmiewać. W sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej“ z połowy października prawie trzydzieści trzy procent Polaków uznało, że w tym sporze nie ma racji ani prezydent, ani premier. Ta jedna trzecia to ludzie, którzy nie oglądają niczyjego zwycięstwa, tylko państwo, które się szarpie.

Rząd ma więc teraz odrobinę czasu na jedno zadanie: pokazać, że Trybunał nie jest zdobyczą, a działającym sądem. Jeżeli pierwsze, co zrobi nowe kierownictwo, będzie polityczne, operacja się zawali i Jaki okaże się mądrzejszy od wszystkich.

I jeszcze jedno, o czym nikt głośno nie mówi, a każdy w Warszawie ma w głowie. Prezydent pokazał tej nocy, że pod wpływem impulsu jest zdolny do kroku, który wymusi na drugiej stronie odpowiedź nieporównanie ostrzejszą od tej, którą ktokolwiek dziś planuje. Sam otworzył te drzwi i to jest najdroższa rzecz, jaką oddał.

Przez trzy lata wyborcy Koalicji wyrzucali Donaldowi Tuskowi brak sprawczości, brak decyzji i brak sprytu. Tej nocy dostali wszystko trzy naraz, w komplecie, razem z kosztami.

Teraz zobaczymy, czy naprawdę o to chodziło.

Twoja reakcja na ten artykuł

Wyraź opinię jednym kliknięciem (1 reakcji)

Sonda czytelników

Czy zgadzasz się ze stanowiskiem przedstawionym w artykule?

Wybierz jedną z opcji, aby zobaczyć wyniki.Oddano łącznie: 1 głosów
Kanały bezpośrednie

Dołącz do społeczności wiadomo.co

Najważniejsze wiadomości, kulisy polityki i autorskie materiały wideo wysyłane natychmiast na Twój telefon.

Udostępnij artykuł

Zespół redakcyjny

Autor

Zespół redakcyjny

Zespół redakcyjny wiadomo.co — najważniejsze informacje z Polski i świata, 24/7.

Komentarze

Ladowanie...

Dodaj komentarz