Dotarliśmy do końca. Nie jest to co prawda dyktatura formalna i zadekretowana, ale ma jej wszystkie cechy. Władza gnębi opozycję, chce pozbawić ludzi słusznych przekonań, a zaszczepić takie, które pasują do ich pojęć – mówi w rozmowie z nami biskup Tadeusz Pieronek, były sekretarz generalny Konferencji Episkopatu Polski, profesor nauk prawnych. – Zbliża się seria wyborów: samorządowe, europejskie, parlamentarne i prezydenckie. Władza zmienia prawo wyborcze pod dyktando wodza, który zdaje się nie mieć miary w “reformowaniu” państwa. To człowiek, który nie ponosi odpowiedzialności za to, co robi. Właściwie nie istnieje też parlamentaryzm – dodaje. – Jest jeszcze jeden ważny sposób dokonywania tej zmiany, który nazywa się przekupstwem. Program 500 Plus, Mieszkanie Plus, 300 zł na wyprawkę szkolną, zapowiedziane podwyżki dla nauczycieli – to wszystko potrzebne jest do zdobycia wyborców. Tylko i aż tyle – zaznacza nasz rozmówca.

KAMILA TERPIAŁ: “To jeden z najbardziej dramatycznych momentów w najnowszej historii Polski” – zgadza się ksiądz biskup z taką diagnozą?

BP TADEUSZ PIERONEK: Biorąc pod uwagę to, że usunięcie I Prezes Sądu Najwyższego jest kulminacyjnym punktem procesu dewastacji polskich sądów, to zgadzam się ze stwierdzeniem, że 3 lipca był dniem tragicznym. Co więcej, połączonym z nachalnym stwierdzeniem, że wszystko działo się zgodnie z prawem. Przekonywanie, że zwykłą ustawą można zmienić konstytucję, to największa głupota, jaką słyszałem. Państwo demokratyczne bez niezależnych sądów nie istnieje.

To jest prosta droga do dyktatury, zresztą podążamy nią już ponad 2 lata, poczynając od dewastacji Trybunału Konstytucyjnego. Jeżeli “reforma” sądownictwa doprowadzałaby na przykład do przyspieszenia pracy sądów, to byłbym za, ale niestety nie o to chodzi.

Chodzi o kontrolę nad sądami?
Nie może istnieć niezależny system sądownictwa poddany kontroli politycznej. A w tym wypadku władza nad sądami została przekazana w ręce ministra sprawiedliwości i Prokuratora Generalnego. Dotychczasowe zapisy ustalone według zasad obowiązujących w państwach demokratycznych zapewniały niezawisłość sędziów i niezależność sądów. Ale to się kończy, kiedy wchodzi czynnik polityczny, który może decydować o przyszłości sędziów i konkretnych spraw.

Chodzi o podanie politykom na tacy całego sądownictwa.

Dlaczego władzy tak zależy na Sądzie Najwyższym?
Sąd Najwyższy decyduje między innymi o ważności wyborów. Zbliża się seria wyborów: samorządowe, europejskie, parlamentarne i prezydenckie. Władza zmienia prawo wyborcze pod dyktando wodza, który zdaje się nie mieć miary w “reformowaniu” państwa. To człowiek, który nie ponosi odpowiedzialności za to, co robi. Właściwie nie istnieje też parlamentaryzm. Nie dopuszcza się do głosu opozycji, karze za błahostki posłów, którzy mają inne zdanie, a na o wiele gorsze wystąpienia swoich – na przykład Jarosława Kaczyńskiego o “zdradzieckich mordach” – przymyka się oko. Parlament nie jest już miejscem żadnej debaty i sporu. Marszałek Sejmu przypomina bardziej jednostronnie zaprogramowany automat.

Powiedział ksiądz, że jesteśmy na drodze do dyktatury. W którym miejscu tej drogi jesteśmy?
Dotarliśmy do końca. Nie jest to co prawda dyktatura formalna i zadekretowana, ale ma jej wszystkie cechy. Władza gnębi opozycję, chce pozbawić ludzi słusznych przekonań, a zaszczepić takie, które pasują do ich pojęć. Przykładem może być kwestia uchodźców – Polska w ramach zasady solidarności UE powinna podjąć ten temat, a władza nie chciała i nie chce tego zrobić.

Premier Mateusz Morawiecki dużo mówił w środę w PE o solidarności, ale to są tylko zygzaki, po których się skacze. Z jednej strony władza twierdzi, że chce rozwijać UE i wraz z nią się rozwijać, a z drugiej odrzuca solidarność, która jest potrzebna najbardziej potrzebującym. Przed wyborami parlamentarnymi 80 proc. Polaków opowiadało się za przyjęciem uchodźców, a dzisiaj jest odwrotnie. To jest jeden z największych grzechów PiS-owskiej polityki, która wytrąciła ludzkie sumienia i z chrześcijańskiej zasady pomocy uczyniła narzędzie polityczne dla zdobycia swoich wyznawców. Przypominam, że nam kiedyś pomagali wszyscy.

To, co robi PiS, bardzo zmieniło albo zmieni polskie społeczeństwo?
Myślę, że już zmieniło. Jest jeszcze jeden ważny sposób dokonywania tej zmiany, który nazywa się przekupstwem. Program 500 Plus, Mieszkanie Plus, 300 zł na wyprawkę szkolną, zapowiedziane podwyżki dla nauczycieli – to wszystko potrzebne jest do zdobycia wyborców. Tylko i aż tyle.

Ale niepełnosprawnych władza nie chciała przekupić.
Protest rodziców i osób niepełnosprawnych w Sejmie pokazał bardzo ważny problem i ogromną lukę w systemie socjalnym. Ci ludzie właściwie nie mają z czego żyć. Walczyli o gotówkę i to było słuszne.

Rząd obiecał im od 1 lipca dostęp do lekarzy i rehabilitacji, ale tak się nie stało. To była pusta obietnica i oszukiwanie tych, którym trzeba było pomóc. Myślę, że Polacy to sobie uświadomili.

Wielu polityków PiS-u przy okazji tego protestu pokazało lekceważący, łagodnie mówiąc, stosunek to ludzi potrzebujących pomocy. Zadziwiło to księdza?
Polityka weszła w głowy tych ludzi jako jedyne, najważniejsze narzędzie i motywacja działań ludzkich. Takie uzależnienie się od polityki jest zatruciem organizmu zdrowego człowieka, jego inteligencji i wrażliwości sumienia.

Politycy PiS-u są “zatruci”?
Nie widzę wśród polityków partii rządzącej takich, którzy mówiliby inaczej niż w ustalony odgórnie sposób. To jest jedna z metod propagandy politycznej.

Dlaczego Kościół w sprawie łamania konstytucji nie zabiera głosu, tak jak np. w przypadku aborcji?

Łamanie zapisów konstytucji to nie tylko naruszanie praw ludzkich, ale także wykroczenie moralne. Biskupi powinni zabierać w tych sprawach głos. W jaki sposób powinni to robić? Ja uważam, że powinni to robić częściej. Nauka Kościoła w tych sprawach jest jasna i myślę, że nie ma wątpliwości, jakie jest oficjalne stanowisko.

Może są księża, którzy uważają inaczej, ale kurs jest właściwy. Już dwa lata temu na spotkaniu w Częstochowie prymas Polski mówił wyraźnie o tym, że porządek prawny musi być zachowywany. Poza tym nie powinniśmy ograniczać polityki Kościoła tylko do działań hierarchów. Protesty w obronie sądów to też jest część działań Kościoła przez ludzi świeckich.

Ale hierarchowie i tak powinni częściej i wyraźniej zabierać głos w tych sprawach?
Tak uważam. A jeżeli jestem głosem wołającym na puszczy, to trudno…

Czuje się ksiądz “zbuntowanym księdzem”?
Nie czuję się zbuntowany. Mam często inną opinię, ale to wszystko.

Mam obowiązek mówić głośno i wyraźnie o tym, co się dzieje w naszym kraju. Po to jestem biskupem, żeby reagować na zło. Wolę mówić niż milczeć i schować głowę w piasek.

Św. Augustyna pisał, że “biskup jest jak pies: musi strzec swojej trzody, ale musi też szczekać, żeby ostrzec o niebezpieczeństwie”. Przyszedł moment na takie ostrzeganie?
To jest część homilii św. Augustyna o pasterzach. To piękne słowa i ciągle aktualne. Ostrzegać, czyli nauczać. Ale nie wolno nam ponaglać czy karcić. Nie chodzi o to, aby na przykład w przypadku polityki pouczać posłów, co mają robić. Mamy głosić naukę Chrystusa, ale nie mamy prawa do tego, aby narzucać działanie.

Dlaczego rządzący nie słuchają głosu hierarchów Kościoła, chociaż twierdzą, że działają zgodnie z jego naukami?
To jest tylko przykrywka.

Premier Mateusz Morawiecki po objęciu urzędu mówił o potrzebie “reewangelizacji Europy”. Niech sobie da spokój, to nie jest rola państwa i polityka.

Prymitywne są też wypowiedzi, w których posłowie twierdzą, że Kościół nie powinien się pchać do polityki, bo nie jest od tego. Przykro mi tego wszystkiego słuchać.

Słucha czasami ksiądz tego, co mówi ojciec Tadeusz Rydzyk?
Nie, bo nie ma takiej potrzeby. Wiem, co powie. Mam świadomość tego, że to jest imperium rządzące się własnym prawem i trudno będzie cokolwiek w nim zmienić. Mogłaby to rozwiązać jedynie jakaś siła wyższa…

Uda się kiedyś zasypać społeczne podziały? Będzie jeszcze normalnie?
To będzie bardzo trudne, ale jeszcze jest możliwe. Gdybyśmy tak nie myśleli, to stracilibyśmy nadzieję, że można żyć w normalnym świecie i rozwijać się, szanując także naszych przeciwników.

Przecież świat jest pluralistyczny, nigdy nie był inny i zapewne nie będzie. Ale skoro dało się żyć do tej pory normalnie, to musi dać się także w przyszłości.

W jednym z wywiadów mówił ksiądz tak: “Głośno należy mówić, gdy czuje się smród faszyzmu, nazizmu i źle pojętego nacjonalizmu, bo pewnego dnia wszyscy się w nim podusimy”. Boi się ksiądz tego?
Ostrzegam przed tym. Przeżyłem wojnę, komunizm, “Solidarność” i 20 lat wolnej Polski i wiem, czym grozi nacjonalizm skrywany także pod sztandarami religijnymi. Polecam dokument episkopatu na temat patriotyzmu, który bardzo wyraźnie stawia opór temu nurtowi rzekomego odrodzenia Polski. To nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem.

Pojęcie patriotyzmu zostało wypaczone?

Bulwersujące było wpuszczenie do Częstochowy narodowców ze sztandarami i emblematami faszystowskimi. Takich rzeczy nie wolno robić. Ten, kto to robi, wpisuje się w ich mentalność. A im właśnie o to chodzi, aby wzrastali w siłę i pojawiali się publicznie.

To jest swego rodzaju zabawa dla młodych ludzi, którzy nie idą do wojska, a muszą się na czymś wyżyć. Ale ta zabawa jest bardzo niebezpieczna.

Jest ciche przyzwolenie władzy na tego rodzaju zachowania?
Jest ciche przyzwolenie niektórych księży, biskupów i państwa. Tak było, ale może już nie będzie. Mam taką nadzieję.


Zdjęcie główne: bp Tadeusz Pieronek, Fot. Ralf Lotys, licencja Creative Commons

Comments are closed.