Alarm! Woda zalewa Polskę! A susza? Wcale nie zniknęła!
Potężna strefa deszczu przetacza się przez Polskę. Miejscami w kilka godzin może spaść tyle wody, ile zwykle spada przez sporą część miesiąca. RCB rozsyła alerty, IMGW ostrzega przed podtopieniami, gwałtownymi wzrostami rzek, gradem i wiatrem dochodzącym do 80 km/h. Paradoks jest jednak brutalny: kiedy jedne ulice mogą znaleźć się pod wodą, w setkach miejsc polskie rzeki nadal cierpią na suszę hydrologiczną. I nawet obecna ściana deszczu najprawdopodobniej jej nie zakończy.

Jeszcze w piątek w części kraju panował upał. Kilkanaście godzin później Polska znalazła się pod wpływem aktywnego frontu atmosferycznego. Najpierw oberwały zachód i południe, teraz strefa najgroźniejszej pogody przesuwa się w kierunku północy i wschodu. Załączone doniesienia z sobotniego poranka mówią o wielogodzinnych opadach ciągnących się od Śląska i Małopolski aż po Pomorze. Strefa deszczu przemieszcza się powoli, a to oznacza, że w niektórych miejscach może lać przez wiele godzin.
To nie jest jeszcze wielka powódź obejmująca kraj. Ale ryzyko lokalnych zalań, podtopień ulic, posesji i gwałtownego wezbrania mniejszych rzek jest bardzo realne.
Nawet 50 litrów wody na metr kwadratowy
Najmocniej nocna faza załamania pogody uderzyła w pas biegnący przez zachodnią i środkową część kraju. W Wielkopolsce obowiązywały ostrzeżenia drugiego stopnia. Prognozowane sumy opadów wynosiły 30–40 mm, lokalnie nawet 50 mm. To 50 litrów wody spadających na każdy metr kwadratowy ziemi. Do tego porywy wiatru do 75 km/h i możliwość gradu.

Rządowe Centrum Bezpieczeństwa rozesłało alert do mieszkańców województw dolnośląskiego i wielkopolskiego oraz części Lubuskiego. Ostrzeżenie było jednoznaczne: intensywne opady i burze mogą spowodować podtopienia, a ludzie nie powinni zbliżać się do wezbranych rzek.
Według prognoz IMGW największa dynamika zmian poziomu wody ma występować w dorzeczu górnej i środkowej Odry, zlewni Warty, dolnej Wisły oraz we wschodniej części rzek Przymorza. Na mniejszych rzekach, szczególnie na terenach zurbanizowanych, poziom wody może podnosić się gwałtownie. Lokalnie możliwe są przekroczenia stanów ostrzegawczych, a na południowym zachodzie IMGW nie wykluczało nawet krótkotrwałych, punktowych przekroczeń stanów alarmowych.
Deszcz idzie dalej. Teraz wschód i północ
Na tym nie koniec. W sobotę strefa niebezpiecznej pogody przesuwa się dalej.
Według materiału przekazanego jako źródło po południu szczególnie mocno może zagrzmieć na Warmii i Mazurach, Mazowszu, Podlasiu, Lubelszczyźnie, Kujawach i Pomorzu Gdańskim. W czasie burz lokalnie może spaść 25–30 mm deszczu, pojawią się porywy wiatru dochodzące do 80 km/h i grad o średnicy nawet 2–3 cm.
Prognoza IMGW na cały weekend mówi o kolejnych intensywnych opadach. W nocy z piątku na sobotę w pasie od Pomorza przez Wielkopolskę po Dolny Śląsk suma opadów mogła osiągać około 35 mm. W sobotę podobne wartości prognozowane są miejscami w pasie od Pomorza przez Mazowsze po Małopolskę.
To właśnie dlatego sytuacja jest zdradliwa. Nie chodzi wyłącznie o sumę deszczu. Problemem jest tempo, w jakim woda spada.
Ulica może tonąć, chociaż rzeka obok wysycha
I tutaj zaczyna się największy pogodowy paradoks tego lata. Można patrzeć przez okno na potoki wody płynące ulicą, zalaną piwnicę i studzienki kanalizacyjne wyrzucające wodę – a jednocześnie mieszkać na obszarze objętym suszą hydrologiczną.
To nie sprzeczność. Susza hydrologiczna nie oznacza po prostu, że „od dawna nie padało”. Oznacza, że zasoby wody w rzekach i jeziorach są zbyt małe, a przepływy rzek spadły poniżej określonych wartości charakterystycznych. IMGW za jeden z podstawowych progów przyjmuje SNQ – średni niski przepływ wyznaczony na podstawie wieloletnich obserwacji.

I właśnie tutaj najnowsze dane są alarmujące. Jeszcze tuż przed obecnym epizodem opadowym 314 stacji hydrologicznych w Polsce notowało przepływ poniżej SNQ. Co jeszcze bardziej niepokojące, na 35 stacjach przepływ znajdował się poniżej NNQ – najniższego przepływu notowanego w okresie referencyjnym. IMGW wprost informowało, że susza hydrologiczna utrzymuje się w zlewniach rzek na przeważającej części kraju.
Czyli z jednej strony: zagrożenie podtopieniami. Z drugiej: ponad 300 punktów pomiarowych z przepływami charakterystycznymi dla hydrologicznej niżówki.
Jak to możliwe? Ziemia nie jest gąbką bez dna
Wyobraźmy sobie całkowicie wyschniętą gąbkę i wylejmy na nią gwałtownie wiadro wody. Część zostanie wchłonięta. Ale ogromna część spłynie bokiem.
Podobnie może zachowywać się zlewnia podczas gwałtownej ulewy. Woda spada szybciej, niż grunt jest w stanie ją przyjąć. Szczególnie źle wygląda to w miastach, gdzie asfalt, beton, parkingi i dachy praktycznie uniemożliwiają infiltrację. Woda błyskawicznie trafia do kanalizacji i małych cieków. W ciągu kilkudziesięciu minut może więc powstać lokalne podtopienie. A potem… równie szybko woda odpływa.
To zupełnie co innego niż spokojny, wielodniowy deszcz przenikający stopniowo do gleby. IMGW pokazało to już po poprzednich sierpniowych opadach. Po deszczu wilgotność wierzchniej warstwy gleby na głębokości 0–7 cm wzrosła niemal natychmiast. Tymczasem głębiej – na poziomie 7–28 cm i 28–100 cm – rozległe obszary kraju nadal pozostawały suche. Instytut podkreślał, że potrzeba długotrwałych i rozłożonych w czasie opadów, aby odbudować zasoby głębiej w gruncie, zasilić wody podziemne, a dopiero później trwale zwiększyć przepływy rzek.
Woda najpierw musi „spłacić dług”
Po długotrwałym okresie niedoboru opadów przyroda ma gigantyczny deficyt wody do uzupełnienia. Najpierw deszcz zwilża przesuszoną powierzchnię. Następnie musi przesiąknąć w coraz głębsze warstwy gleby. Później część wody zasila wody gruntowe. Dopiero one wraz z odpływem powierzchniowym i podziemnym pomagają przez dłuższy czas podtrzymywać przepływ w rzekach.
Jedna gwałtowna ulewa potrafi więc zrobić coś niezwykłego: wywołać podtopienie w miejscu, które jednocześnie cierpi na długotrwały deficyt zasobów wodnych. Co więcej, część wody w ogóle nie pozostanie tam, gdzie spadła. Spłynie rzekami dalej, trafi do większych cieków i ostatecznie do Bałtyku.
Czy obecne ulewy wreszcie zakończą suszę hydrologiczną?
Nie. Przynajmniej wszystko wskazuje na to, że nie w skali całego kraju. Mogą bardzo pomóc. Mogą podnieść poziom niektórych rzek, zmniejszyć liczbę stacji znajdujących się poniżej SNQ, nawodnić glebę i lokalnie doprowadzić nawet do odwołania ostrzeżeń przed suszą. Tam, gdzie deszcz będzie padał długo i obejmie znaczną część całej zlewni, poprawa może być wyraźna.

Ale IMGW mówi wprost: prognozowane opady, także burzowe, jedynie lokalnie i chwilowo poprawią sytuację hydrologiczną. Susza obejmuje zbyt duży obszar, a deficyt wody narastał zbyt długo, by jedna fala deszczu mogła go wymazać.
Co więcej, Instytut już wcześniej zwracał uwagę, że po ulewach może błyskawicznie poprawić się wilgotność powierzchni ziemi, podczas gdy głębsze warstwy i rzeki nadal pozostają w stanie poważnej niżówki. Do trwałej odbudowy zasobów potrzebne są regularne, spokojniejsze i długotrwałe opady obejmujące rozległe zlewnie – nie kilka godzin oberwania chmury.
I to jest najbardziej niepokojący obraz obecnej sytuacji: Polska może jednocześnie mieć za dużo wody i dramatycznie za mało wody. Za dużo – w ciągu godziny na ulicy. Za mało – przez tygodnie i miesiące w glebie, wodach podziemnych, jeziorach i rzekach.
Ulewa może zalać miasto. Suszę kończy dopiero odbudowa zasobów wody. A na to potrzeba znacznie więcej niż jednej deszczowej soboty.
Udostepnij artykul
Autor
Zespół redakcyjny
Zespół redakcyjny wiadomo.co — najważniejsze informacje z Polski i świata, 24/7.
