200 tysięcy za raport z AI? Sprawdziliśmy. W tej aferze media pomyliły dokumenty, a to może być dopiero początek historii
Katowice przeniesione na północ Polski, „chlebowość”, mandaryński, sztuczna inteligencja i 200 tysięcy złotych wyrzucone przez państwo na kompromitujący raport. Historia była tak dobra, że właściwie napisała się sama. Profesor Barbara Mróz-Gorgoń została memem, Piotr Borys politykiem, który miał najpierw zachwalać raport, a później twierdzić, że go nie czytał, a PiS dostał aferę idealną. Wiadomo.co zaczęło jednak sprawdzać dokumenty, chronologię i źródła. I wychodzi z tego historia dużo bardziej skomplikowana. Wygląda bowiem na to, że część mediów pomyliła dwa zupełnie różne raporty, dopowiedziała znaczenie skrótowego zapisu o lokalizacji fokusów, a datę utworzenia pliku PDF potraktowano jako poszlakę, że 156-stronicową strategię przygotowano naprędce po wybuchu skandalu. Barbara Mróz-Gorgoń popełniła fatalny błąd. To nie ulega wątpliwości. Pytanie brzmi jednak: dlaczego tak niewielu dziennikarzy sprawdziło, co w tej historii naprawdę jest faktem?

Dopiero 1 września, kilkanaście dni po wybuchu afery, „Gazeta Wyborcza” opublikowała śledztwo Marcina Rybaka i Karoliny Kijek i ustaliła rzecz absolutnie podstawową: Ministerstwo Sportu i Turystyki nie zapłaciło za wyśmiewany 26-stronicowy „Polaków Portret Własny”. Państwowe pieniądze poszły na znacznie większe zadanie, którego głównym rezultatem była obszerna „Strategia Marka Polska” oraz badania, fokusy i inne działania towarzyszące.
Dobra dziennikarska robota. Tylko natychmiast rodzi się inne pytanie: dlaczego do ustalenia czegoś tak podstawowego trzeba było śledztwa po kilkunastu dniach? Umowa była publiczna. Ministerstwo odpowiadało na pytania. Dokumenty istniały. Można było je odszukać nawet przy pomocy AI, a później po prostu przeczytać. Tymczasem łatwiejsza okazała się opowieść o profesor, która za 200 tysięcy złotych kazała ChatGPT napisać 26 stron o Polsce i nie wiedziała nawet, gdzie leżą Katowice.
Najpierw trzeba zrozumieć jedną rzecz: były dwa różne dokumenty
Cała awantura robi się dużo prostsza, kiedy położy się obok siebie dwa PDF-y. Pierwszy to krótki „Polaków Portret Własny. Raport z badań DNA marki Polska”. To właśnie tam znajdują się błędy, niechlujne przypisy, językowe dziwactwa i fragmenty wyglądające jak rezultat bezrefleksyjnego korzystania z generatywnej AI. Barbara Mróz-Gorgoń sama przyznała później, że korzystała ze sztucznej inteligencji i że dokument był materiałem roboczym, który nie powinien był znaleźć się publicznie w takiej formie.
Drugi dokument to 156-stronicowa „Strategia Marka Polska”. I właśnie ten dokument był elementem zadania realizowanego dla Ministerstwa Sportu i Turystyki przez Stowarzyszenie Konferencje i Kongresy w Polsce. W projekcie były również badania, prace eksperckie, warsztaty i wydarzenia, a całość ostatecznie rozliczono na niespełna 180 tys. zł. MSiT jednoznacznie stwierdziło, że krótkiego „Polaków Portret Własny” nie zamawiało, nie zapłaciło za niego ani złotówki, a logo resortu znalazło się na nim bez zgody ministerstwa.
To rozróżnienie jest fundamentalne. Nie było więc „200 tysięcy za 26 stron z ChatGPT”. Było duże zadanie publiczne, za które zapłacono około 180 tysięcy złotych, i był osobny, fatalnie przygotowany materiał roboczy wiszący na stronie think tanku, który został opatrzony logotypem ministerstwa bez jego zgody.
Media najprawdopodobniej albo te dokumenty pomyliły, albo nie zrozumiały, że istnieją dwa. A kiedy raz ruszył przekaz „raport za 200 tysięcy”, później już niemal każdy kolejny tekst cytował poprzedni.
Piotr Borys mówi jasno: chwaliłem inną rzecz
Właśnie w tym miejscu trzeba też uporządkować historię Piotra Borysa. W wielu publikacjach można było przeczytać, że wiceminister najpierw raport zachwalał, a kiedy wybuchła afera, nagle oznajmił, że nigdy go nie czytał. Brzmi kompromitująco, dopóki nie przeczyta się całej jego wypowiedzi.
Borys jasno rozdziela dziś dwa dokumenty. Mówi, że ministerstwo zamówiło podstrategię Marka Polska w ramach większego pakietu strategii turystycznych, a wykonawca złożył resortowi „kilkaset stron dobrze przygotowanego materiału” wraz z opracowanymi badaniami. Jednocześnie podkreśla, że dokument będący przedmiotem medialnej afery nie był przedmiotem zamówienia, nie został zlecony i nie został opłacony przez państwo.
Co z listopadową konferencją, po której Borys pisał bardzo pochlebnie o Marki Polska i prezentowanych badaniach? Tutaj również jego wyjaśnienie jest konkretne. W Polsat News mówił, że na konferencji pokazano kilka slajdów, a dyskusja dotyczyła „istoty marki Polski”. O fatalnym 26-stronicowym PDF-ie mówi natomiast wprost: „myśmy tego raportu nie czytali”.
To bardzo dalekie od wiralowej historii: „Borys zachwycał się raportem, którego potem wyparł się po aferze”. Jego stanowisko jest inne: chwalił ideę Marki Polska, wyniki badań i duże opracowanie przygotowane w ramach projektu, natomiast nie czytał roboczego pliku, który później stał się przedmiotem skandalu. Na konferencji widział kilka merytorycznych slajdów dotyczących marki Polski. Sam mówił WP, że „tego raportu fizycznie nawet nie widział”, a widział właśnie prezentację najważniejszych tez.
Można oczywiście Borysowi nie wierzyć. Można go dopytywać. Można porównać jego wpisy z konferencji z obecnymi wypowiedziami. Tylko zanim napisze się, że polityk „chwalił raport, którego nie czytał”, wypada ustalić, o którym z dwóch raportów właściwie mówimy i co polityk rzeczywiście widział.
„Katowice na północy Polski”. Tyle że raport wcale tego nie mówi
Kolejnym symbolem afery stała się geografia. W internecie i mediach pojawił się przekaz, że dokument umieszcza Katowice w północnej części kraju, a Wrocław na północnym zachodzie. Miało to być wręcz modelowym przykładem halucynacji ChatGPT.
Tylko że w dokumencie nie ma zdania: „Katowice leżą w północnym centrum Polski”. Jest znacznie bardziej lakoniczny zapis: „Katowice (północne centrum)”. Obok znajdują się: „Olsztyn (północny wschód)”, „Szczecin (zachód)” i „Wrocław (północny zachód)”.
Słowo „Polski” zostało do tego dopowiedziane.
Wiadomo.co postanowiło sprawdzić, czy możliwa jest inna interpretacja. I jest. Co więcej, okazuje się całkiem mocna. Szczecin rzeczywiście ma oficjalną Dzielnicę Zachód. Z kolei określenie „północne centrum” Katowic występuje w opracowaniach urbanistycznych dotyczących struktury miasta. W fachowej publikacji poświęconej polskim metropoliom pojawia się wręcz określenie „Północne centrum okresu realnego socjalizmu” odnoszące się do Katowic. Podobne kierunkowe określenia stosuje się do fragmentów Olsztyna i Wrocławia.
To nie jest jeszcze dowód rozstrzygający. Aby mieć stuprocentową pewność, trzeba odnaleźć pierwotne briefy rekrutacyjne, harmonogramy fokusów albo karty poszczególnych grup. Ale już dzisiaj można powiedzieć coś znacznie ważniejszego: media potraktowały jedną interpretację skrótowego zapisu jak bezsporny fakt, mimo że istnieje druga, zupełnie racjonalna interpretacja – że nawias oznaczał obszar miasta, z którego rekrutowano uczestników badań.
I właśnie tutaj zaczyna się problem jakości dziennikarstwa. Nie chodzi o to, że profesor nie popełniła błędów. Popełniła ich mnóstwo. Chodzi o to, że skoro ktoś już leży, niezwykle łatwo dopisać mu jeszcze jeden kompromitujący błąd, bo świetnie pasuje do całej historii.
35 osób i focusy. Dlaczego wersja z rejonami miast ma sens
W badaniu uczestniczyło 35 respondentów. W skróconym „Polaków Portret Własny” pojawia się informacja o około dziewięciu osobach w grupie i kilka miast. To bardzo naturalnie daje po jednej grupie w każdym ośrodku.
Ale właśnie dlatego skrót w rodzaju „Katowice – północne centrum” mógł oznaczać sektor rekrutacji konkretnej grupy. W badaniach jakościowych nie jest niczym niezwykłym określanie, z jakiego obszaru miasta mają pochodzić respondenci, szczególnie gdy chce się uniknąć zebrania ludzi wyłącznie z jednej części dużej aglomeracji. Nie trzeba przy tym wpisywać oficjalnej nazwy dzielnicy; w dokumentacji roboczej mogą funkcjonować właśnie określenia kierunkowe.
Co więcej, badania nie powstawały w próżni. Z ustaleń „Wyborczej” wynika, że przy prowadzeniu fokusów uczestniczyło kilka osób, wyniki były przekazywane między badaczami, a następnie scalane. To jeszcze bardziej zwiększa prawdopodobieństwo, że w roboczej dokumentacji funkcjonowały krótkie oznaczenia lokalizacji, które po późniejszym skróceniu straciły część kontekstu.
Nie twierdzimy więc dzisiaj: „udowodniliśmy, że Katowice oznaczały rejon miasta”. Twierdzimy coś bardziej precyzyjnego: zarzut, że raport umieścił Katowice na północy Polski, nie został dowiedziony. To interpretacja. A alternatywna interpretacja, że chodziło o rejon miasta, po dokładniejszym sprawdzeniu wygląda co najmniej równie wiarygodnie, a być może bardziej.
PiS znalazł metadane. „Raport powstał w ostatniej chwili”? Nie tak szybko
Kiedy ministerstwo opublikowało 156-stronicową „Strategię Marka Polska”, opozycja znalazła kolejny trop. Janusz Cieszyński zwrócił uwagę, że metadane udostępnionego przez resort PDF-u wskazują datę utworzenia pliku przypadającą na czas wybuchu afery. Pojawiła się sugestia, że być może dokument przygotowano naprędce, dopiero wtedy, aby ministerstwo mogło powiedzieć: „to właśnie za to zapłaciliśmy”.
Brzmi efektownie. Problem w tym, że technicznie sama data utworzenia PDF-u niczego takiego nie dowodzi.
PDF jest formatem wynikowym. Można przez wiele miesięcy pisać raport w Wordzie, Google Docs, InDesignie czy innym programie, a następnie jednego dnia wyeksportować gotowy dokument do PDF. W metadanych nowego PDF-u pojawi się wtedy data jego utworzenia – czyli moment wygenerowania konkretnego pliku PDF, a nie moment napisania zawartego w nim tekstu.
Jeżeli więc ministerstwo miało wcześniejszy DOCX, plik edytorski albo nawet inną wersję PDF i przed publikacją na gov.pl 20 sierpnia wykonało nowy eksport, data utworzenia pokaże właśnie 20 sierpnia. Jest to całkowicie normalne technicznie. Dokumentacja standardu PDF opisuje CreationDate jako datę utworzenia dokumentu PDF; nie jest to mechanizm śledzący historię powstawania jego treści.
Co ciekawe, nawet medium opisujące zarzuty posłów PiS zwracało uwagę, że data ta nie rozstrzyga, kiedy faktycznie powstała treść, lecz kiedy wykonano konkretny plik. Ten szczegół zniknął jednak w znacznie bardziej atrakcyjnym politycznie pytaniu: „czy ministerstwo stworzyło raport dopiero po aferze?”.
A są przesłanki znacznie poważniejsze niż metadata jednego PDF-u. „Wyborcza” ustaliła, że duża strategia została przekazana MSiT wiele miesięcy przed sierpniową aferą. Jeżeli istnieje wcześniejsza wersja dokumentu z początku 2026 roku – a wszystko wskazuje, że powinna – sprawę można rozstrzygnąć w sposób banalny: porównać oba pliki albo dokument przekazany wraz ze sprawozdaniem z wersją opublikowaną później. Do tego nie potrzeba politycznych konferencji. Potrzeba dostępu do pliku i kilkunastu minut pracy.
Łatwiej było zrobić mem niż przeczytać umowę
I właśnie tutaj dochodzimy do zasadniczego problemu. „Gazeta Wyborcza” kilkanaście dni po wybuchu skandalu zaczęła wykonywać robotę, która powinna być wykonana w pierwszym dniu: odtworzyła chronologię, rozdzieliła dokumenty, zaczęła ustalać, kto odpowiadał za poszczególne badania i co właściwie zostało dostarczone ministerstwu.
Dlaczego wcześniej tak wiele mediów tego nie zrobiło?
Bo historia o 26 stronach z ChatGPT za 200 tysięcy była po prostu doskonała. Miała pieniądze podatników, profesora, rząd, sztuczną inteligencję, kompromitujące błędy, politykę i natychmiastowy potencjał memiczny. Wszystko, czego potrzeba do klikalnego skandalu. Każde doprecyzowanie tylko ją psuło.
Tyle że dziennikarstwo nie polega na tym, żeby historia była dobra. Polega na tym, żeby była prawdziwa.
„Profesor chciała 670 milionów”. Kolejny efektowny skrót
Podobnie wygląda historia kwoty 520–670 mln zł pojawiającej się w dużej strategii. Faktycznie takie liczby tam padają. Są przedstawione jako szacunkowy budżet wieloletniego wdrożenia systemu promocji Polski.
To jest bardzo dużo pieniędzy i jak najbardziej należy pytać, czy takie wydatki miałyby sens, kto miałby nimi zarządzać i jakie podmioty miałyby na nich zarabiać. Nie oznacza to jednak, że Barbara Mróz-Gorgoń chciała „dostać 670 milionów złotych”.
To tak, jakby autor strategii modernizacji kolei wyliczył koszt programu na 20 miliardów, a następnego dnia przeczytał, że „chciał dostać 20 miliardów”.
Znów kilka słów mniej i materiał robi się znacznie bardziej klikalny. Znów kilka słów więcej i opowieść robi się znacznie bardziej prawdziwa.
Nie bronimy fatalnego raportu. Właśnie dlatego trzeba mówić prawdę
W tej sprawie nie ma potrzeby wybielania Barbary Mróz-Gorgoń. „Polaków Portret Własny” nie powinien był wisieć publicznie w takim stanie. Profesorka zajmująca się zawodowo komunikacją i strategią powinna doskonale wiedzieć, że dokument oznaczony jej nazwiskiem będzie oceniany jako jej produkt. Bezkrytyczne użycie AI, błędy, brak redakcji i bezprawne wykorzystanie logo MSiT są poważnym obciążeniem.
Tyle że właśnie dlatego nie trzeba dokładać do tej historii rzeczy, których dokumenty nie potwierdzają.
Ministerstwo nie zapłaciło 180 czy 200 tysięcy za 26-stronicowy „Polaków Portret Własny”. Piotr Borys jasno mówi, że dokument, który MSiT zamówiło i który uważał za dobrze przygotowany, był obszerną strategią wraz z badaniami, a feralnego PDF-u nie czytał; podczas konferencji oglądał kilka slajdów i dyskutował o idei Marki Polska.
Nie udowodniono również, że sformułowanie „Katowice (północne centrum)” oznacza „Katowice leżą w północnym centrum Polski”. I metadata PDF-u z sierpniową datą nie dowodzi, że 156 stron strategii napisano w sierpniu.
To są trzy filary najbardziej wiralowej wersji afery. Wszystkie trzy po bliższym sprawdzeniu okazują się znacznie mniej oczywiste.
I dopiero teraz zaczyna się naprawdę ciekawe śledztwo
Bo pozostaje pytanie, którego prawie nikt jeszcze porządnie nie zadał: dlaczego dokument wiszący od miesięcy na stronie think tanku nagle stał się polityczną bombą właśnie teraz?
Może odpowiedź jest banalna. Barbara Mróz-Gorgoń dostała stanowisko w rządzie, ktoś zaczął sprawdzać jej dorobek, trafił na fatalny PDF i zrobił dokładnie to, co zrobiłby każdy reporter: opublikował znalezisko. Tak mogło być.
Ale dziennikarz nie powinien kończyć śledztwa na najbardziej oczywistym wyjaśnieniu. Szczególnie gdy rzecz dzieje się we Wrocławiu, gdzie od lat krzyżują się interesy polityczne, samorządowe, akademickie, biznesowe oraz duży rynek agencji komunikacyjnych i brandingowych.
Czy ktoś przed nominacją Mróz-Gorgoń interesował się projektem Marka Polska? Czy były spory o to, kto powinien nim zarządzać? Czy ktoś chciał przejąć rolę przy budowaniu marki narodowej? Jakie relacje łączyły ludzi, którzy jako pierwsi zaczęli nagłaśniać raport, ze środowiskami zainteresowanymi tematyką promocji Polski? To są pytania do sprawdzenia, nie gotowe odpowiedzi.
Szczególnie ciekawe jest jeszcze jedno: czy Barbara Mróz-Gorgoń miała lub mogła mieć polityczną przyszłość we Wrocławiu? Pojawiły się publiczne informacje, że jej nazwisko mogło być brane pod uwagę w kontekście Senatu, a nawet przyszłych wyborów prezydenta Wrocławia. To nie dowodzi żadnego spisku. Ale jeśli taka możliwość była realnie rozważana, normalny reporter powinien zapytać: kto o tym wiedział, komu taki scenariusz odpowiadał, komu nie odpowiadał i jakie konflikty w lokalnym środowisku już wcześniej istniały.
Kilka pytań, których nikt jeszcze porządnie nie zadał
Kto jako pierwszy wrócił do „Polaków Portret Własny” po miesiącach jego obecności w internecie i dlaczego właśnie wtedy? Czy przed nominacją Barbary Mróz-Gorgoń trwała walka o przyszłość projektu Marka Polska? Czy ktoś z konkurencyjnych środowisk PR, brandingu lub konsultingu chciał odegrać w nim większą rolę? Czy ktoś sprawdził relacje pomiędzy osobami, które rozpętały aferę, a podmiotami zainteresowanymi promocją Polski? Czy rzeczywiście istniał scenariusz kandydatury Mróz-Gorgoń na prezydentkę Wrocławia i kto mógłby na nim stracić? Co dokładnie znajdowało się w pierwotnych dokumentach rekrutacyjnych FGI i czy „Katowice – północne centrum” oznaczało rejon miasta? Gdzie znajduje się wersja 156-stronicowej strategii przekazana ministerstwu przed sierpniem i czy różni się choć jednym istotnym fragmentem od później opublikowanego PDF-u?
I wreszcie pytanie najprostsze: dlaczego tak niewiele z tych rzeczy sprawdzono, zanim człowiek został publicznie zmielony?
Profesor popełniła fatalny błąd. Tyle wiemy. Reszty dopiero trzeba się dowiedzieć
Barbara Mróz-Gorgoń sama dostarczyła swoim krytykom amunicję. Powieszenie w internecie niedopracowanego dokumentu, użycie AI bez wystarczającej kontroli, pozostawienie absurdalnych błędów i umieszczenie logo ministerstwa bez zgody resortu było katastrofalną niefrasobliwością. Pani profesor popełniła fatalny błąd i to wiemy.
Ale nie wiemy, kto pierwszy znalazł dokument i dlaczego zrobił z niego temat właśnie w tym momencie. Nie wiemy, czy za skalą późniejszej kampanii stała wyłącznie organiczna lawina internetu i polityki, czy ktoś miał w tej historii dodatkowy interes. Nie wiemy, jakie konflikty toczyły się wokół projektu Marka Polska i we Wrocławiu. Nie wiemy nawet jeszcze definitywnie, co oznaczały słynne nawiasy przy miastach, z których śmiała się cała Polska.
Jedno za to wiemy już na pewno: najgłośniejsza wersja tej afery była znacznie prostsza od rzeczywistości. A dziennikarstwo zaczyna się dokładnie w miejscu, w którym kończy się prosty, świetnie klikający obrazek. Pani profesor popełniła fatalny błąd. Ale nadal nie wiemy, kto i dlaczego tym wszystkim pograł.
Udostepnij artykul
Autor
Zespół redakcyjny
Zespół redakcyjny wiadomo.co — najważniejsze informacje z Polski i świata, 24/7.
