Reklama

Trzydniowa konferencja PiS w Katowicach, zatytułowana patetycznie (czyli tak jak lubi Jarosław Kaczyński) „Myśląc: Polska”, miała być wielkim programowym otwarciem kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości. I momentem, w którym rządząca prawica przedstawi swoją wizję przyszłości naszego kraju. Jednak ta góra pisowskiego patosu urodziła mysz – pisze Cezary Michalski

Jarosław Kaczyński, pod osłoną pustych banałów o „walce z ofensywą zła”, przedstawił bardzo precyzyjny scenariusz stagnacyjny. Prezes PiS powiedział Polakom w Katowicach, że „pieniądz jest tani”, a „Polacy chcą kontynuacji naszej polityki”. Zatem polityka transferów socjalnych, jako jedyna dotrzymana obietnica wyborcza Prawa i Sprawiedliwości z 2015 roku, jest dla Polski całkowicie bezpieczna i będzie przez tę władzę prowadzona nadal.

Złamanie własnych obietnic

Mateusz Morawiecki, a wcześniej Beata Szydło scenariusz stagnacyjny realizują od czterech lat. Polega on na kolejnych transferach socjalnych wprowadzanych nie w momencie, kiedy pojawiają się nowe dochody budżetu, ale kiedy pojawia się nowe partyjne zapotrzebowanie – kolejne kampanie wyborcze czy kryzysy wizerunkowe PiS. Jednocześnie

każdy „wielki projekt inwestycyjny” rządzącej prawicy okazał się tylko PR-em i propagandą, a jego praktyczna realizacja ugrzęzła.

Zapowiedzi wielkich inwestycji realizowanych przez państwo stały się drugim – obok gigantycznych transferów socjalnych – fundamentem poparcia dla PiS. Miały być dowodem na to, że nowa władza jest faktyczną alternatywą dla III RP. Wszechmocną i sprawczą tam, gdzie III RP grzęzła w „imposybilizmie”.

Reklama

Tymczasem minęły już ponad dwa lata od medialnego show z udziałem Mateusza Morawieckiego, który 23 czerwca 2017 roku w Szczecinie, przed kamerami telewizji Jacka Kurskiego, TV Trwam i TV Republika, stukał małym młoteczkiem w pozłacaną pamiątkową tabliczkę. W ten sposób „kładł stępkę” pod nowy, oczywiście największy, prom dla Polskiej Żeglugi Bałtyckiej.

Stoczniowi eksperci zwracali wówczas uwagę, że stępkę kładzie się pod statki już budowane w oparciu o jakiś konkretny projekt. W tym wypadku nie było ani projektu, ani finansowania, ani nawet stoczni. Tzw. reaktywacja Stoczni Szczecińskiej przez rząd PiS polegała na przemianowaniu przez Morawieckiego na „stocznię” utworzonego jeszcze za rządów koalicji PO-PSL Szczecińskiego Parku Przemysłowego.

Pomiędzy 2010 i 2015 rokiem na terenach dawnej Stoczni Szczecińskiej zbudowano m.in. szatniowiec (budynek, z którego mogą korzystać pracujący stoczniowcy), doprowadzono bocznicę kolejową i zakupiono nowoczesne plazmowe maszyny do cięcia metalu. Wszystkie te inwestycje miały wspierać małe prywatne firmy, które działały na terenie dawnej stoczni i – w przeciwieństwie do projektów Morawieckiego – faktycznie remontowały, a nawet wodowały niewielkie jednostki dla zagranicznych i polskich odbiorców. Te firmy zatrudniały ponad dwa tysiące stoczniowców.

Przez kolejne lata wokół „stępki” Morawieckiego nic się nie działo, poza kradzieżą pozłacanej tabliczki.

Jak powiedział mi przed rokiem jeden z prywatnych przedsiębiorców działający na terenie dawnej Stoczni Szczecińskiej, zresztą były stoczniowiec: „nie porównywałbym Kaczyńskiego czy Morawieckiego do Gierka. Za Gierka też była propaganda, ale jednak zbudowano jakieś huty, stocznie, fabryki. Teraz jest tylko propaganda, a jeśli chodzi o inwestycje – nie powstaje nic”.

Niezbyt imponująco wygląda też zaawansowanie programu Mieszkanie Plus, w ramach którego w 2015 roku PiS obiecało oddanie Polakom w ciągu 10 lat trzech milionów mieszkań. Rok temu Mateusz Morawiecki uroczyście i przed kamerami oddał klucze do pierwszych mieszkań w Jarocinie (258) i Białej Podlaskiej (186). Podobnie jak w przypadku kolejnych 36 mieszkań w Kępnie, były to jednak lokale budowane w oparciu o istniejący od 1995 roku program TBS (Towarzystw Budownictwa Społecznego). Rząd sfinansował budowę części tych mieszkań (w Białej Podlaskiej trzy z czterech bloków) z budżetu programu Mieszkanie Plus, co umożliwiło zmianę logo.

W kwietniu 2018 roku premier Mateusz Morawiecki, wobec pojawiających się wątpliwości co do zaawansowania realizacji sztandarowego programu inwestycyjnego PiS zadeklarował, że „w 2019 roku w budowie będzie 100 tys. mieszkań w ramach programu Mieszkanie Plus”.

Chciał być „rozliczony z tej obietnicy w kwietniu 2019 roku, kiedy zobaczymy, czy chociaż 40, 50, 60 tysięcy mieszkań z programu Mieszkanie Plus zostanie wybudowane”.

Zgodnie z najbardziej aktualnymi informacjami Polskiego Funduszu Rozwoju na temat faktycznego zaawansowania programu Mieszkanie Plus na koniec lipca 2019 roku: „172 mieszkania w Gdyni są w trakcie odbiorów technicznych”, „w budowie są 663 mieszkania w Kępicach, Katowicach i Jarocinie”, „w tym roku planujemy rozpocząć inwestycje na ponad tysiąc mieszkań, z kolei w przyszłym – na ponad 6 tys”.

Wobec śladowego zaawansowania programu Mieszkanie Plus rząd PiS ogłosił kolejny program dotyczący rynku mieszkaniowego, polegający na wprowadzeniu nowych dopłat dla lokatorów czynszówek. Czyli znów po to, by ukryć grzęźnięcie inwestycji realnych, PiS oferuje kolejne transfery socjalne finansowane z kieszeni podatnika. Jak twierdzili też liderzy Prawa i Sprawiedliwości, już samo ogłoszenie programu Mieszkanie Plus miało „zdyscyplinować rynek” i doprowadzić do obniżenia cen kupna i wynajmu mieszkań w Polsce. Okazało się jednak, że rządowy PR nie miał wpływu na dwucyfrowe wzrosty cen mieszkań i ich wynajmu.

Przekop Mierzei Wiślanej, przedstawiony jako absolutny priorytet polskiego państwa przez Jarosława Kaczyńskiego jeszcze w 2006 roku, został wyposażony w specustawę dopiero w 2017 roku.

W 13 lat po ogłoszeniu przez Kaczyńskiego tego „priorytetu” projekt dotarł zaledwie do etapu zdemolowania sporego kawałka lasu.

Alibi dla dalszego opóźnienia projektu miało być to, że w miejscu planowanej inwestycji znaleziono ogromne pokłady bursztynu.

Centralny Port Komunikacyjny ciągle jest wydmuszką. Pomysł został nagłośniony w kampanii wyborczej PiS z 2015 roku, jednak specustawę uchwalono dopiero dwa i pół roku później, bez dopiętego finansowania czy konkretnego projektu, który wykraczałby poza slajdy Morawieckiego. Dosłownie przed kilkoma dniami, u progu kolejnej kampanii wyborczej, poinformowano, że rząd przeznaczył na projekt 300 milionów złotych z budżetu, aby – w cztery lata po ogłoszeniu przez PiS planów realizacji tego priorytetu (sic!) – „sfinansować pozyskanie uzgodnień, analiz i dokumentacji”.

Tymczasem pierwszą ustawę niszczącą Trybunał Konstytucyjny PiS przeprowadziło przez Sejm już podczas pierwszego posiedzenia nowej kadencji. Jak widać, realnym priorytetem tej partii na pewno nie był rozwój polskiej gospodarki.

Przez 4 lata swoich rządów PiS nie zrealizowało żadnych kryteriów „skoku rozwojowego”, „skoku inwestycyjnego”, „reindustrializacji Polski”, które samo w 2015 roku przedstawiło.

Mateusz Morawiecki, najpierw jako minister rozwoju, a później jako premier, zapowiadał, że w ciągu pierwszych czterech lat rządów PiS udział inwestycji w polskim PKB wzrośnie z 19 (poziom inwestycji odziedziczony po rządach PO-PSL) do 25 procent. W rzeczywistości spadł do 17,7 proc. w 2017 roku i 18,1 proc. w roku 2018, co oznacza przedłużającą się stagnację w inwestycjach, szczególnie prywatnych.

Inną obietnicą Morawieckiego z początków rządów PiS była zapowiedź wzrostu pod rządami PiS udziału eksportu w polskim PKB do 55 procent, podczas gdy w rzeczywistości wynosi on dzisiaj zaledwie 45 procent. W dodatku przy narastającym deficycie w polskim handlu zagranicznym wynikającym ze sporej nadwyżki importu, przede wszystkim konsumpcyjnego, nie inwestycyjnego.

Kolejnym celem, jaki postawili sobie Kaczyński i Morawiecki w 2015 roku miała być „reindustrializacja Polski” wyrażana twardym kryterium udziału przemysłu w tworzeniu polskiego PKB, który pod rządami PiS miał sięgnąć 30 procent. Tymczasem faktyczny udział przemysłu w polskim PKB wynosił – w 2015 roku, ostatnim roku rządów koalicji PO-PSL – 26,1 procent, aby po czterech latach rządów PiS spaść do kompromitującego poziomu 22 procent.

Zero kilometrów autostrad oddanych w ciągu dwóch ostatnich lat to kolejny wynik, którego Polska nie zna od czasów naszego przystąpienia do Unii Europejskiej, kiedy nasz kraj otrzymał gigantyczne dodatkowe środki na inwestycje infrastrukturalne.

„Drgnięcia” i „odbicia” w obszarze inwestycji prywatnych, co roku oznajmiane przez rządowe media, nie zlikwidowały zapaści inwestycyjnej, z jaką mamy do czynienia od początku rządów PiS, traktujących polskich przedsiębiorców jak potencjalnych przestępców, niszczących jakiekolwiek zaufanie do prawa podatkowego i gospodarczego, nie mówiąc już o jego egzekucji. W dodatku te „odbicia” i „drgnięcia” dotyczyły wyłącznie tzw. inwestycji odtworzeniowych (zastępowanie zużytych maszyn czy linii produkcyjnych), gdyż spadająca liczba nowych produktów oferowanych przez polskie przedsiębiorstwa pokazuje całkowite wygaszenie innowacyjności naszej gospodarki pod rządami Kaczyńskiego, Szydło i Morawieckiego.

Jednym z najważniejszych czynników przesądzających o rozwoju lub stagnacji każdego kraju jest wielkość i jakość rynku pracy. W obu tych obszarach działania PiS, nastawione wyłącznie na kupowanie sobie politycznego poparcia, były katastrofą. Obniżeniu wieku emerytalnego i transferom socjalnym jako źródłu dochodów konkurencyjnemu wobec dochodów wynikających z pracy nie towarzyszyły żadne sensowne pomysły władzy mające motywować Polaków i Polki do pozostania na rynku pracy.

Jeśli chodzi o kwalifikacje polskich pracowników, to przez cztery ostatnie lata nie nastąpiło zapowiadane przez PiS odrodzenie szkolnictwa zawodowego.

Natomiast podyktowane PRL-owskimi nostalgiami samego Jarosława Kaczyńskiego i części jego elektoratu zniszczenie gimnazjów doprowadziło do sytuacji, w której co najmniej parę roczników polskich dzieci będzie miało utrudniony dostęp do lepszych liceów oraz techników. Także faktyczne złamanie przez rząd strajku nauczycieli z wiosny tego roku pogorszy tylko jakość edukacji, jaką państwo może zagwarantować młodym Polakom.

W ten sposób jedyne osiągnięcie całej kadencji rządów PiS, na które w Katowicach powoływał się Jarosław Kaczyński, czyli przyspieszenie bieżącej konsumpcji zasilanej transferami socjalnymi, okazało się nie mieć żadnego przełożenia na jakikolwiek wzrost rozwojowego czy konkurencyjnego potencjału polskiej gospodarki.

W ciągu czterech lat swoich rządów PiS wyłącznie przejadało rezerwy wypracowane przez III RP

i demolowało instytucje (w obszarze gospodarki, praworządności, funkcjonowania samorządów, pozycji Polski w instytucjach unijnych), które pozwoliły III RP te rezerwy zgromadzić.

Polska wycofana do drugiego szeregu

Scenariusz stagnacji, który Kaczyński przedstawił w Katowicach, jest śmiertelnie niebezpieczny dla Polski. Wyłącza nas z konkurencji o pozycję globalną i europejską w momencie, kiedy na nowo rozstrzyga się hierarchia regionów, narodów i państw. Całkowicie wbrew deklaracjom PiS z 2015 roku to właśnie stagnacyjny program realizowany przez rządy Szydło i Morawieckiego, a pochwalony i powtórzony przez Jarosława Kaczyńskiego w Katowicach, czyni z Polski skazaną na peryferyjność „tanią montownię”, z której utalentowane dzieci bardziej zasobnych finansowo rodziców będą uciekać, żeby uczyć się i pracować w krajach wysokorozwiniętego Zachodu. Podczas gdy Polska pod rządami PiS będzie się od tego Zachodu znowu faktycznie oddalać – w swoim modelu gospodarczym, w strukturze inwestycji oraz konsumpcji.

W tym gospodarczym i społecznym skansenie Jarosław Kaczyński będzie pielęgnować swój anachroniczny etatyzm,

bawić się w pseudogierkowskie inwestycje – nigdy niedokończone, nawet na dobre nie zaczęte. Ta „swojska” PiS-owska zabawa będzie trwała tak długo, dopóki nie skończą się finansowe rezerwy wykreowane przez gospodarczy model III RP, który Kaczyński zawsze tak krytykował.

Każdy, kto choć trochę zna Jarosława Kaczyńskiego, bo rozmawiał z nim kiedyś osobiście, bo ze zrozumieniem czytał jego deklaracje i teksty, bo uważnie obserwował jego polityczną biografię, wie, że jest on klasycznym rewolucyjnym nihilistą. Stagnacja polskiej gospodarki (w jego wyobrażeniu tymczasowa) czy zdestabilizowanie polskiego państwa i społeczeństwa (w jego wyobrażeniu przejściowe, dopóki nie ustabilizuje się nowy pisowski porządek i nie powstaną nowe pisowskie elity) jest ceną, którą zdaniem Kaczyńskiego warto zapłacić za radykalną zmianę społeczną.

Jednak tu rodzi się zupełnie podstawowe pytanie: czy faktycznie jest to zmiana na lepsze?

„Rewolucja Kaczyńskiego” polega na zastąpieniu w Trybunale Konstytucyjnym profesorów Andrzeja Zolla, Marka Safjana, Andrzeja Rzeplińskiego (różniących się poglądami na prawo, ale będących przedstawicielami realnej merytorycznej elity polskich prawników i sędziów) przez Julię Przyłębską (wyjątkowo kiepską przedstawicielkę swojego zawodu, której awans zapewniło tylko całkowite podporządkowanie się Kaczyńskiemu). Albo na zastąpieniu w polskim Kościele nauczania Karola Wojtyły, Józefa Życińskiego czy Józefa Tischnera nauczaniem Tadeusza Rydzyka.

Tylko Jarosław Gowin uznał tę ostatnią zmianę za „dobrą”, co parę miesięcy czołga się przed Księdzem Dyrektorem i ofiarowuje mu kolejne sumy z budżetu Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, ale on sam jest w polskiej polityce symbolem człowieka bez właściwości i bez kręgosłupa. Czy zatem rzeczywiście jest to zmiana na lepsze, czy może na gorsze? Jeśli na gorsze, to tym bardziej kompromitująca jest cena tej zmiany: stagnacja Polski, kiedy inne narody i państwa wciąż idą do przodu.

Oczywiście Kaczyński wierzy, że w pewnym momencie, kiedy już ustabilizuje swoją władzę, będzie mógł przejść od fazy „schlebiania ludowi” do „wychowywania ludu”, od populizmu do paternalizmu.

W rzeczywistości Kaczyński się myli, populistyczni przywódcy zawsze muszą ludowi płacić i schlebiać, aby móc utrzymać się przy władzy. Dlatego rządzona przez niego Polska będzie skazana na transfery socjalne zamiast realnych inwestycji rozwojowych. A „pisowski lud” nigdy nie dowie się od swojego przywódcy, że musi ciężko pracować i walczyć o własną pozycję wśród innych narodów.

Jarosław Kaczyński płaci siłą i rozwojowym potencjałem polskiego państwa za własny miraż anachronicznej, osobistej, scentralizowanej władzy. A my płacimy za miraż Kaczyńskiego. Rządy PiS przeminą bez żadnego śladu, jeśli nie liczyć zniszczeń. Pozostaną po nich roztrwonione środki publiczne i zniszczona pozycja polskiego państwa zarówno w europejskim, jak też w globalnym podziale bogactwa i pracy.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika “Newsweek”


Zdjęcie główne: Jarosław Kaczyński, Fot. Flickr/Kancelaria Senatu/M. Józefaciuk, licencja Creative Commons

Reklama