Reklama

Przeciwnicy wołają: to absurd. Zwolennicy: spalony to spalony. Po serii goli, które zostały w meczach Premier League anulowane po wyłapaniu przez sędziów VAR minimalnych, centymetrowych spalonych, rozgorzała nowa, gorąca dyskusja na temat zasadności używania wideoweryfikacji. System miał pomóc w pozbyciu się z futbolu kontrowersji, a wprowadził nowe problemy.

Stara łacińska maksyma dura lex, sed lex – twarde prawo, ale prawo – to koronny argument zwolenników VAR. Dla tradycjonalistów wyłapywanie centymetrowych spalonych to wyraz absurdalnej nadgorliwości. W ostatnich kolejkach Premier League anulowano w ten sposób cały worek goli. Czy słusznie? Z jednej strony: oczywiście. Skoro istnieje przepis, należy go respektować. Akurat spalony w zamierzeniu wolny jest od sędziowskiej interpretacji: zawodnik albo na pozycji spalonej jest, albo nie. Bez VAR istnieje oczywiście wytyczna, by promować ofensywną grę, tu chodzi jednak o zawodność ludzkiego oka, a nie nagięcie przepisu.

I tak jak zawodne jest oko liniowego, tak zawodny może być obraz wideo. Oczywiście, na stopklatce można narysować dokładne linie, które pokażą, czy zawodnik atakujący spalił czy nie. Problem w tym, że pewność można odnieść tylko do danej klatki, a nie całej akcji. Futbol jest tak szybką grą, że ułamek sekundy między rejestrującymi ruch klatkami może mieć niebagatelne znaczenie. Mowa o centymetrowych spalonych, a najszybsi zawodnicy Premier League biegają w tempie 35 km/h, co daje około 10 metrów na sekundę! W tym momencie zasada „clear and obvious”, czyli oczywistego błędu, jaka uzasadnia interwencję VAR, nie wydaje się spełniona. Z drugiej strony, skoro podczas weryfikacji gola spalony został już zauważony, sędziowie nie mogą go po prostu zignorować. Moment, w którym do ofsajdu wprowadzi się interpretacje i uznaniowość sędziów, będzie końcem tego przepisu. Arbitrowi będzie trudniej wybronić się z decyzji, niż ma to miejsce w przypadku enigmatycznej obecnie ręce w polu karnym, gdzie każda sytuacja oceniana jest inaczej. Gdy bowiem zacznie się puszczać centymetrowe spalone, pojawią się pytania o ofsajdy dwucentymetrowe. Gdy przymknie się oko na wysunięty bark, pojawią się sugestie, by zignorować wysuniętą głowę.

Dlatego niepokojące są informacje, które w piątek przekazał Tomasz Włodarczyk na łamach Sport.pl. Okazuje się, że FIFA i UEFA zaczynają majstrować przy przepisie. Europejska federacja chciałaby podczas tegorocznego EURO wprowadzić de facto margines błędu, tolerancję wynoszącą 12 centymetrów – taką grubość miałaby rysowana w VAR linia. Czy to skuteczna recepta na kontrowersyjne aptekarstwo? Trudno być optymistą – tak jak nos, pięta czy bark zawodnika minimalnie przekracza linię spalonego teraz, tak samo będą przypadki, gdy minimalnie przekroczy linię 12-centymetrową. A potem 15, 30 czy wręcz półmetrową. Wątpliwości pozostaną dokładnie te same.

Reklama

Jeszcze gorzej brzmi pomysł FIFA. Mowa o enigmatycznym „wyraźnym prześwicie” między zawodnikiem atakującym a obrońcą wyznaczającym linię spalonego. W teorii bliskie jest to samej idei, jaka kryje się za przepisem o spalonym: chodzi w nim przecież o to, by napastnik nie miał korzyści, zbyt dużej przewagi nad obrońcą. Wysunięta o centymetr pięta nie daje te przewagi, ustawienie pół metra bliżej bramki – już tak. Problem w tym, że nie wiadomo, co oznaczać ma „wyraźny prześwit”. Otworzyłoby więc to pole dla interpretacji dla sędziego, a w efekcie stworzyłoby pretekst do kolejnych dyskusji i kontrowersji. Jakby za mało ich było w przypadku zagrań ręką w polu karnym.

Decyzje mogą zostać podjęte pod koniec lutego podczas obrad IFAB, organizacji zajmująca się przepisami piłki nożnej. Znana jest z raczej konserwatywnego podejścia do wszelkich zmian w zasadach, tym razem wydaje się jednak, że korekt przy spalonym nie unikniemy. Ofsajdy w nowej odsłonie prawdopodobnie zobaczymy już podczas EURO 2020. Czy szykuje się turniej pełen kontrowersji?


Zdjęcie główne: Sędziowie piłkarscy, Fot. Ronnie Macdonald, licencja Creative Commons

Reklama