Reklama

Ostatnie dni były dla kibiców prawdziwym rollercoasterem emocji. O awans na igrzyska walczyły polskie siatkarki, piłkarze ręczni wreszcie wrócili na imprezę rangi mistrzowskiej, a na skoczni swoją klasę potwierdził Dawid Kubacki. Największa dyskusja rozgorzała z kolei po Superpucharze Hiszpanii i pewnym zagraniu pomocnika Realu Madryt, które okazało się kluczowe w osiągnięciu wygranej. O tym wszystkim w podsumowaniu sportowego weekendu.

Oblicze sportu, czyli siatkarki nie jadą na igrzyska olimpijskie

Porażka polskich siatkarek w półfinale turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk olimpijskich była bardzo bolesna. Nie dlatego, że rywalki, Turczynki, nie dały Biało-Czerwonym żadnych szans. Przeciwnie – Polki miały w czwartym secie, podczas gry na przewagi, pięć piłek meczowych. Niestety, nie udało się ich wykorzystać, a w tie breaku Turczynki, prowadzone przez niebieskowłosą Meryem Boz, przechyliły szalę zwycięstwa na swoją stronę. Nakręcone po wygranej w dramatycznych okolicznościach pokonały w finale Niemki i ostatecznie to one pojadą do Tokio.

W sobotnim półfinale sport pokazał swoje prawdziwe oblicze. Turcy powiedzą, że piękne, my – że brutalne. To zawsze zależy od punktu siedzenia. Dwa gole Manchesteru United w ostatnich minutach Ligi Mistrzów, rzut Artura Siódmiaka na wagę półfinału mistrzostw świata w piłce ręcznej czy właśnie pięć niewykorzystanych piłek meczowych w górze – wszystkie te sytuacje pokazują oblicze sportu. I dla nich go oglądamy. Gdyby na parkiecie czy boisku wszystko było logiczne, nie emocjonowalibyśmy się tą rywalizacją.

Do Polek trudno mieć pretensje – cały turniej grały świetnie. Gdy na jaw wyszedł konflikt między trenerem Jackiem Nawrockim a zawodniczkami, pojawiły się obawy, czy kwalifikacje nie zostaną przegrane już w szatni. Nie zostały. W grze drużyny nie widać było żadnych niesnasek. I trzeba mieć nadzieję, że konflikt został zapomniany, że nie była to jednorazowa, olimpijska mobilizacja. Jeszcze pół roku temu niewielu kibiców myślałoby o igrzyskach, dziś brak awansu jest ogromnym niedosytem. To pokazuje, jak wielki postęp wykonał ten zespół. Oby nie został on zmarnowany. Te zawodniczki mogą jeszcze wiele wygrać – może za rok czy dwa to my będziemy mówić o pięknym obliczu sportu.

Powrót bez blasku, czyli szczypiorniści z dwiema porażkami na mistrzostwach Europy

Polscy szczypiorniści znów grają na wielkiej imprezie – po kilkuletniej przerwie awansowali na mistrzostwa Europy. Biało-Czerwoni trafili do grupy ze Słowenią, Szwajcarią i gospodarzem turnieju – Szwecją. Po losowaniu wiadome było, że o awans do dalszych gier będzie bardzo ciężko – prowadzona przez Patryka Rombla reprezentacja jest wciąż w przebudowie, trwa zmiana pokoleniowa, a mistrzostwa miały być okazją do nauki, zebrania doświadczenia i etapem przygotowań do mistrzostw świata, które za trzy lata odbędą się w Polsce.

Reklama

Pierwszy mecz ze Słowenią był dość emocjonujący, choć ostatecznie przegrany 23:26. Polacy nie wykorzystali dwóch karnych, ale do końca wydawało się, że wierzą w dogonienie rywali. W rozmowie z nami bramkarz Adam Morawski zapewniał, że Biało-Czerwoni będą walczyć – i to widać było w piątek. Gdy w niedzielę Polacy mierzyli się ze Szwajcarami, można było mieć nadzieję na korzystny wynik. Niestety, tym razem było gorzej. Po wysokiej porażce 31:24 nie można mieć pretensji tylko do Morawskiego, który kilka razy dobrze interweniował, oraz młodego Michała Olejniczaka. Polska obrona kompletnie nie radziła sobie z gwiazdą rywali, Andym Schmidem, który zdobył aż 15 bramek.

Teraz przed Biało-Czerwonymi mecz ze Szwecją. Szanse na awans z grupy są już tylko matematyczno-iluzoryczne. Skoro nie uda się (najpewniej) osiągnąć celu sportowego, to miejmy nadzieję, że przynajmniej udało się to z celem szkoleniowym i doświadczenie tego turnieju zaowocuje w przyszłości.

Forma mistrza, czyli Kubacki nadal czaruje na skoczniach

Mistrz świata i triumfator Turnieju Czterech Skoczni nie zwalnia tempa. Dawid Kubacki jest w życiowej formie i udowodnił to po raz kolejny. Tym razem dwukrotnie stawał na trzecim stopniu podium w Predazzo (oba konkursy wygrał Karl Geiger, a drugi był Stefan Kraft). To było już piąte i szóste podium Polaka z rzędu! Od inaugurujących TCS zawodów w Obersdorfie Kubacki raz wygrał, raz był drugi i czterokrotnie trzeci. Dzięki temu błyskawicznie awansował w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata – jest już czwarty, do trzeciego Japończyka Ryoyu Kobayashiego traci 90 punktów.

Teraz przed skoczkami zawody w niemieckim Titisee-Neustadt, a w ostatni weekend stycznia konkursy w Zakopanem. Oczekiwania kibiców wobec Biało-Czerwonych są wielkie – tym bardziej, że w Predazzo z dobrej strony pokazali się także inni Polacy. W niedzielę  Kamil Stoch i Piotr Żyła uplasowali się tuż za podium.

Bandyta czy bohater, czyli Fede Valverde daje Realowi Madryt Superpuchar Hiszpanii.

W niedzielę zakończył się rozgrywany w Arabii Saudyjskiej potworek, czyli debiut nowej formuły Superpucharu Hiszpanii. Do Dżuddy hiszpańska federacja wysłała nie tylko mistrza i zdobywcę pucharu, czyli Barcelonę i Valencię, lecz także Real i Atletico. I to właśnie zespoły z Madrytu zagrały w finale miniturnieju, który od początku budził kontrowersje. Chodziło o dopuszczenie do gry o trofeum drużyn, które w tradycyjnym systemie nawet nie powinny o nie walczyć, o podyktowane względami komercyjnymi miejsce rozgrywania zawodów, kolejne rozbudowywanie napiętego kalendarza oraz podział pieniędzy między uczestników.

Ostatecznie sportowo Superpuchar mógł się podobać, szczególnie emocjonujący mecz półfinałowy między Barceloną a Atletico (3:2 dla Los Colchoneros); ozdobą był też strzelony bezpośrednio z rzutu rożnego gol Toniego Kroosa w meczu Valencia – Real (1:3). Wszelkie tematy organizacyjne przyćmił jednak finał. I nie chodzi o sam wynik meczu, wygranego przez Real w rzutach karnych. Od wczoraj trwa dyskusja o kluczowym wydarzeniu ze 115 minuty: taktycznym faulu Fede Valverde. To była dla Atletico piłka meczowa: Alvaro Morata biegł od połowy boiska sam, przed sobą miał tylko Thibauta Courotisa. Valverde wiedział, że nie odbierze piłki uciekającemu napastnikowi, zdecydował się na wślizg od tyłu. Dostał czerwoną kartkę, ale powstrzymał akcję, nie dopuścił do straty bramki i dał drużynie szansę na wygranie meczu w karnych.

Kibice, eksperci i dziennikarze podzielili się na dwa obozy – jedni nazywają Urugwajczyka bandytą, drudzy bronią jego zachowania, wskazując, że faule taktyczne są normalnym elementem gry, a pomocnik był świadom kary i ją otrzymał, poza tym faul nie równa się zwycięstwu – Real musiał dograć mecz w osłabieniu i wygrać w karnych.


Zdjęcie główne: Joanna Wołosz, Fot. Piotr Drabik, licencja Creative Commons

Reklama