Reklama

Tworzenie prawa pod konkretne potrzeby w ekstremalnych sytuacjach może być usprawiedliwione – rząd musi zareagować w jakiejś skrajnej sytuacji zagrożenia lub żeby zapobiec katastrofie. W tym wypadku jest to jednak działanie na zasadzie “to my mamy silę, wszystkie pionki są po naszej stronie”. To takie pokazanie protestującym, w tym przypadku nauczycielom, że cokolwiek zrobią, to rząd i tak uchwali taką ustawę, że sobie z tym poradzi – mówi nam sędzia Bartłomiej Przymusiński ze stowarzyszenia Iustitia. Pytamy też o nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym. – Już od jakiegoś czasu rząd zdaje sobie sprawę, że metoda marchewki nie zadziałała, więc stosowana jest metoda kija, która będzie coraz bardziej dotkliwa – mówi nasz rozmówca. I dodaje: – Byli komuniści mówią o tym, że trzeba wygonić komunę z sądów do osób, które w 1989 roku chodzili do szkoły podstawowej

JUSTYNA KOĆ: Szykuje się kolejna ultraszybka ścieżka legislacyjna. Premier zapowiada, że do piątku zostanie uchwalone prawo, które dopuści wszystkich maturzystów do egzaminu. Nowelizacja ma obejść strajkujących nauczycieli, którzy nie uczestniczą w kwalifikacyjnych radach. To psucie prawa?

BARTŁOMIEJ PRZYMUSIŃSKI: Rzeczywiście to, co dzieje się w tej kadencji Sejmu, chociaż i poprzednia kadencja miała swoje grzechy, sprowadziło parlament do roli przybudówki partii rządzącej. W tej chwili decyzje o tym, jaka ustawa ma być uchwalona, nie zapadają w Sejmie, co do tego chyba nikt nie ma wątpliwości. To ogromny upadek autorytetu tego organu, chociaż on i tak nie był szczególnie duży.

To niestety charakterystyczne dla ustrojów, które oddalają się od demokracji, że tego typu instytucje, jak parlament, stają się tylko przybudówką, wydmuszką, w której nie zapadają żadne istotne decyzje.

Ta większość rządząca nie raz pokazała, że potrafi uchwalić ustawę bardzo szybko czy mianować pod osłoną nocy sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Jednak tu mamy dopasowywanie prawa bezpośrednio do konkretnej sytuacji.
Powiedziałbym tak: w samej sprawności uchwalania ustaw nic złego by nie było i wszyscy chcielibyśmy, żeby organy państwa działały tak sprawnie. Tylko problem polega na tym, że ta sprawność wyklucza się z wysłuchaniem potrzeb społecznych przy uchwalaniu przepisów. Nie są przeprowadzane wysłuchania publiczne i konsultacje, bo omija się tę ścieżkę w ten sposób, że projekty ustaw nie wychodzą formalnie z rządu, tylko są zgłaszane jako poselskie, chociaż takimi nie są. Potem mamy taką sytuację, jak w przypadku ustawy o Sądzie Najwyższym, że trzeba ją kilkukrotnie poprawić, nowelizować, bo wychodzą jej mankamenty. Tak właśnie kończy się pisanie prawa w gabinetach polityków z pominięciem konsultacji.

Reklama

Oczywiście, że tworzenie prawa pod konkretne potrzeby w ekstremalnych sytuacjach może być usprawiedliwione – rząd musi zareagować w jakiejś skrajnej sytuacji zagrożenia lub żeby zapobiec katastrofie. W tym wypadku jest to jednak działanie na zasadzie “to my mamy silę, wszystkie pionki są po naszej stronie”. To takie pokazanie protestującym, w tym przypadku nauczycielom, że cokolwiek zrobią, to rząd i tak uchwali taką ustawę, że sobie z tym poradzi.

Wspomniał pan o ustawie o SN. Przed świętami pojawiła się kolejna nowelizacja, która pozwoli, w skrajnych przypadkach, wskazać I Prezesa SN prezydentowi. Kolejna próba przejęcia SN?
To chyba rodzaj zabezpieczenia się na przyszłość, pozostawienia kart w rękach prezydenta i rzeczywiście przejęcia stanowiska Prezesa SN w ten sposób. Zwielokrotniono liczbę kandydatów na I Prezesa do takiej, żeby osoby powołane do SN przez upolitycznioną neo-KRS mogły zgłosić przynajmniej jednego kandydata. Stąd też ta zmiana, że prezydentowi przedstawia się nie dwóch kandydatów, jak do tego pory, tylko pięciu. I zabezpieczenie przed tym, gdyby zgromadzenie nie chciało żadnego kandydata przedstawić prezydentowi – wtedy prezydent będzie mógł wybrać ze wszystkich sędziów SN.

Można powiedzieć, że jest to działanie wedle metody – wszystkie chwyty dozwolone, jeżeli na końcu wygrywamy my.

Nowelizacja zakłada też zmiany w immunitetach sędziowskich. Dużą decyzyjność w kwestii pozbawiania immunitetów dostanie Izba Dyscyplinarna SN – ciało przez wielu uważane za niekonstytucyjne. Immunitet ma za zadanie chronić sędziów. Ta zmiana budzi obawy w środowisku?
Nasze obawy są tu wtórne. Myślę, że bardziej powinni bać się obywatele. Nie bez powodu w środowisku sędziowskim ta ustawa nosi nazwę lex Łączewski. Odnosimy wrażenie, że ten projekt powstał po tym, gdy sąd dyscyplinarny przy sądzie apelacyjnym odmówił uchylenia immunitetu sędziemu Łączewskiemu, który jest ścigany, kilka już lat, przez prokuratorów z kręgu prokuratora generalnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry. Trudno nie widzieć tu związku z tym, że sędzia skazał czołowego polityka PiS-u , obecnego ministra koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego.

Jeżeli ten zapis przejdzie, to trzeba powiedzieć, że immunitet będzie już istniał tylko formalnie, bo grupa kilku wybranych w sposób sprzeczny z konstytucją sędziów, wśród których są osoby o tak wątpliwej przeszłości, jak prokuratorska, czy osoby, które kiedyś były w sądzie, ale odeszły z niego w atmosferze skandalu.

To oni będą wówczas podejmować decyzje o uchylaniu immunitetu, czyli można powiedzieć, że on będzie istniał już tylko formalnie, bo żaden z sędziów nie ma wątpliwości, że przed takim ciałem będzie stał na pozycji przegranej, jeżeli tylko zadarł z politykami ekipy rządzącej.

Co może grozić sędziemu Łączewskiemu, jeżeli zostanie mu odebrany immunitet?
Grozi mu przedstawienie zarzutów, za czym zaraz pójdzie odsunięcie go od orzekania i decyzja o obniżeniu mu wynagrodzenia na czas postępowania, a może ono trwać w nieskończoność. Cel będzie osiągnięty: sędzia nie będzie orzekać, zabrana mu zostanie część wynagrodzenia.

I koniec kariery?
Oczywiście, ale sam koniec kariery byłby najmniej dolegliwą sankcją, bo nikt z nas nie myśli o tym, żeby robić karierę za cenę spolegliwości, a przynajmniej większość z nas uważa, że tak nie należy postępować, ale konsekwencje będą szersze.

To będzie upokarzanie sędziów, stawianie im zarzutów, które będą przedmiotem długo trwających postępowań, sędziowie nie będą orzekać, zabierana będzie im część uposażenia.

Czyli głodem rząd chce wygrać z sędziami?
Już od jakiegoś czasu rząd zdaje sobie sprawę, że metoda marchewki nie zadziałała, więc stosowana jest metoda kija, która będzie coraz bardziej dotkliwa.

Sędzia Igor Tuleya powiedział, że ta nagonka na sędziów trwa już tak długo, że “ten, kto miał się ześwinić, to już się ześwinił”, reszta sędziów będzie trwać po stronie praworządności. Rzeczywiście czuć ciągle w środowisku tę jedność?
Tak, i to jest zaskakujące, że pomimo iż tak długo to już trwa, udało nam się utrzymać jedność środowiska, a te czarne owce są wyraźnie widoczne. Widać, kto przedłożył osobiste korzyści nad wartości, którym powinien być wierny, ale nie ukrywam też, że wszyscy jesteśmy coraz bardziej zmęczeni, bo jesteśmy pod ogromnym ostrzałem od kilku lat.

Mateusz Morawiecki podczas wizyty w USA mającej promować Polskę porównał sędziów do kolaborującego z nazistami rządu Vichy. Wy jako Iustitia bardzo mocno zaprotestowaliście przeciwko tym słowom. Premier przekroczył kolejną granicę?
To było haniebne i nie powinno mieć miejsca. To pomieszanie manipulacji, wyssanych z palca zarzutów i obraźliwych stwierdzeń, jak właśnie to, że należałoby się z nami rozliczyć, jak z sędziami Vichy, którzy odpowiadali za eksterminację Żydów podczas II wojny światowej.

Nie wiem, jak mogło komuś, kto zna podstawy historii, a premier jest przecież historykiem, przyjść takie porównanie do głowy.

Premier i większość rządząca często mówią też, że sędziowie to specjalna kasta, która współpracowała z reżimem PRL. Tymczasem znalazłam informację, że średnio sędzia w Polsce ma 41 lat, zatem w PRL chodził do przedszkola i szkoły podstawowej.
A jednocześnie obecną karuzelę ustawową i powrót do rozwiązań, które są kalką rozwiązań rodem z PRL, wprowadzają osoby, które robiły karierę w tamtym czasie, jak choćby prokurator Piotrowicz. To jest właśnie ten widoczny kontrast: byli komuniści mówią o tym, że trzeba wygonić komunę z sądów do osób, które w 1989 roku chodzili do szkoły podstawowej.


Zdjęcie główne: Bartłomiej Przymusiński, Fot. Archiwum prywatne

Reklama