Reklama

Nie wierzę, że 10 kwietnia przestanę napotykać różnego rodzaju szaleńców, którzy do mnie dzwonią, piszą maile, aby przekazać swoje obłąkańcze teorie. Tacy ludzie zwykle trafiali do niszy dla wyznawców lądowania UFO w Roswell. Tylko że w Roswell UFO nie wylądowało, a mój Ojciec i 95 innych osób naprawdę zginęło – mówi Izabella Sariusz-Skąpska, prezes Federacji Rodzin Katyńskich. Jej ojciec, Andrzej Sariusz-Skąpski, zginął w katastrofie smoleńskiej. Rozmawiamy o żałobie, teoriach spiskowych, a także o bezczeszczeniu zwłok, czyli o ekshumacjach.

Justyna Koć: 7. rocznica katastrofy smoleńskiej to dla pani rocznica śmierci pani Ojca. Czy po siedmiu latach ta rana już się zabliźniła?
Izabella Sariusz-Skąpska:
Nie, to powraca co roku. Nawet nie tylko co roku, ale w każdej rozmowie o katastrofie smoleńskiej. Brak normalnego okresu żałoby spowodował, że to cały czas odżywa, przecież nie tylko w sytuacjach rocznicowych, bo w dyskursie publicznym jest stale obecne. Nie tylko 10 kwietnia, ale każdego 10. dnia miesiąca, bo stworzono pogański rytuał „miesięcznic”. Kiedy jest taka konieczność polityczna, ten temat jest podejmowany. Nasza strata nie jest tak naprawdę naszą prywatną stratą, i jeśli nawet staralibyśmy się w naszej rodzinie takie czy inne rzeczy zrobić, które muszą być robione pod nieobecność Ojca, to poczucie jego braku jest czymś, co nie dzieje się tylko w naszym domu, ale jest również na zewnątrz, na widoku. Zabliźnianie się rany jest w zasadzie niewykonalne.

Może to brzmi dziwnie, ale tak jest. On co chwilę ginie, co chwilę go brakuje, co chwilę to się dzieje na nowo, nie wiem, dlaczego… Takie jest zapotrzebowanie społeczne, taka jest wygoda. Myślę, że to boli najbardziej. Ludzie przestali zwracać uwagę na to, że odebrali nam prywatność, i przerzucają się losem Taty, jakby był ich własnością.

rak normalnego okresu żałoby spowodował, że to cały czas odżywa, przecież nie tylko w sytuacjach rocznicowych, bo w dyskursie publicznym jest stale obecne. Nie tylko 10 kwietnia, ale każdego 10. dnia miesiąca, bo stworzono pogański rytuał „miesięcznic”.

Ma pani żal o to do rządzących?
Do wszystkich, którzy się na Smoleńsk powołują ze złą intencją. To jest nie tylko kwestia rządzących, ale polityków różnych opcji, którzy nie potrafią tego uszanować. Jest to również – proszę wybaczyć – kwestia medialna. Istnieje przestrzeń, gdzie to wciąż żyje i jest podsycane. W czasach komunistycznych ówczesna władza miała uniwersalne określenie na wszystkich wrogów: „komu to służy i kto za tym stoi?”. To adekwatne powiedzenie: chyba to komuś służy, nie wiem, komu, ale na pewno nie mnie, i chyba ktoś za tym stoi. Na pewno ten ktoś nie jest moim sojusznikiem i nie chodzi mu o pamięć o moim Tacie, tylko potrzebuje tematu katastrofy do jakiegoś innego celu.

Reklama

Pani też sprzeciwiała się ponownym ekshumacjom. Była pani jedną z inicjatorek listu otwartego, pod którym podpisali się też inni bliscy ofiar katastrofy. Czyli próbowała pani zwrócić uwagę, że nie w porządku jest to, co się dzieje i co robią rządzący. Bez rezultatu.
Niestety, to nie jest czas przeszły. Na szczęście nie doszło jeszcze do ekshumacji mojego Taty i, patrząc w kalendarz, mogę mieć pewność, że nie stanie się to w tym wiosennym sezonie. Przez najbliższe pół roku będę mogła oddychać z ulgą i nie będę się bała każdej wizyty listonosza, bo ona może zapowiadać wezwanie nas na tego typu barbarzyńskie wydarzenie. Ale to się cały czas dzieje, ekshumacje trwają. Nie mówi się o tym tak często, bo osoby, których ciała są bezczeszczone, nie zawsze są z pierwszych stron gazet, ale to się dzieje bez przerwy od października. My nie tylko sprzeciwialiśmy się, ale dalej się sprzeciwiamy. Oddaliśmy w ręce prawników pełne zaufanie, że będą walczyć dla nas do końca, bo już wiemy, że to nie jest kwestia, którą może załatwić list otwarty. Zresztą na ten list otwarty odpowiedziano nam w sposób, którego się nie spodziewałam – agresją niektórych środowisk, milczeniem, szokującym dla mnie, ze strony Kościoła. Co jeszcze gorsze, podano wyjaśnienie, że Kościół nie może zajmować się polityką, podczas gdy my apelowaliśmy o objęcie nas jako sierot i wdów – jakkolwiek górnolotnie to brzmi – opieką przez Kościół. Spotkaliśmy się nawet z drwinami i oskarżeniami, że nie chcemy prawdy, że ukrywamy dowody, bo przecież ciała to są dowody w sprawie, i bronimy do nich dostępu. A nawet, że stajemy po stronie tajemnych sił, które stoją za wydarzeniami z 10 kwietnia.

Przez najbliższe pół roku będę mogła oddychać z ulgą i nie będę się bała każdej wizyty listonosza, bo ona może zapowiadać wezwanie nas na tego typu barbarzyńskie wydarzenie. Ale to się cały czas dzieje, ekshumacje trwają. Nie mówi się o tym tak często, bo osoby, których ciała są bezczeszczone, nie zawsze są z pierwszych stron gazet, ale to się dzieje bez przerwy od października.

A pani wierzy w te tajemne siły? Wierzy pani w zamach?
Nigdy nie wierzyłam i nigdy nie uwierzę. Nie było żadnego zamachu.

A gdy pani patrzy na to, co się wyprawia na posiedzeniach podkomisji smoleńskiej, na doniesienia Antoniego Macierewicza, który mówił, że znajduje dowody na wycieraczce, że był wybuch, a nawet dwa, że ranni byli dobijani – ma pani ochotę krzyczeć, walnąć pięścią w stół?
Mam wrażenie, że walę pięścią w stół od kilku lat. I zawsze przy tym waleniu pięścią w stół odzywają się nożyce, które nie powinny się odezwać. Od tygodnia „newsem” jest informacja, że nie było żadnego znalezionego na wycieraczce dowodu – o wybuchu – tylko na wieży w Smoleńsku byli ludzie, którzy z niezwykłą precyzją rozbili samolot zdalnie. To jest scenariusz filmu, to nie są dowody, to nie jest poważny dyskurs, ale zaprzeczenie faktów. Sama użyła pani określenia „co się wyprawia”. Nie rozumiem, co robi ta komisja: jak to możliwe, aby ludzie z tytułami naukowymi wychodzili przed kamery i prezentowali ten poziom absurdu, że dysponują jakimiś dowodami i że to jest poważna praca, służąca szczytnemu celowi, jakim jest dotarcie do prawdy.

Dostaję maile np. od „prawdziwych patriotów”. Zazwyczaj zaczynają się słodko, a potem przechodzą do agresji. Niestety „hejt” ma to do siebie, że się rozlewa.

Myśli pani, że ten sposób traktowania katastrofy kiedyś się skończy?
Zawsze jest tak, że tworzenie wokół jakiegoś wydarzenia historycznego – a przecież było to wydarzenie historyczne – teorii spiskowej, spowoduje, że te teorie będą się nakręcać, pączkować. Na tle strasznego świata, w którym żyjemy, historia dzieje się na naszych oczach. To, co dzieje się w Syrii, to, co dzieje się w Azji, to wielkie wyzwania, i mam nadzieję, że ludzie będą się jednak zajmowali tym, co im realnie zagraża, co ich dotyka. Niestety, zawsze znajdzie się też grupa, która będzie karmiła swoją niezdrową wyobraźnię i znajdowała posłuch u podobnych sobie. Wierzę, że to zacznie w końcu wygasać, kiedy zmienią się proporcje w życiu politycznym. Kiedy nie będzie oficjalnego wsparcia i zachęty dla podobnego dyskursu. Niekarmiony, niepodsycany może będzie sobie żył swoim smutnym życiem, ale nie na tę skalę. Wtedy nikt poza miłośnikami takich teorii nie będzie zwracał na to wagi. Na to liczę.

Nie wierzę, że 10 kwietnia przestanę napotykać różnego rodzaju szaleńców, którzy do mnie dzwonią, piszą maile, aby przekazać swoje obłąkańcze teorie. Tacy ludzie zwykle trafiali do niszy dla wyznawców lądowania UFO w Roswell. Tylko że w Roswell UFO nie wylądowało, a mój Ojciec i 95 innych osób naprawdę zginęło.

Spotykam się w życiu prawdziwym – na ulicy, w pociągu, w sklepie – tylko z ludźmi, którzy chcą mi dodać otuchy, bo człowiek, który chciałby zaatakować, nie podejdzie do mnie w „realu”.

Co mówią ci ludzie, gdy dzwonią, co piszą?
Najczęściej piszą, bo aby zadzwonić, trzeba mieć telefon z zastrzeżonym numerem, albo bardzo dużo odwagi, a tacy ludzie zazwyczaj jej nie mają.

Dostaję maile np. od „prawdziwych patriotów”. Zazwyczaj zaczynają się słodko, a potem przechodzą do agresji. Niestety „hejt” ma to do siebie, że się rozlewa. Nie jestem uczestniczką mediów społecznościowych, ale wiem, że moje nazwisko tam również pada, i w końcu któryś ze znajomych mnie o tym informuje. To przykre, ale są tacy ludzie, którzy nie mają cywilnej odwagi – najczęściej to anonimowy telefon albo mail czy atak pod jakimś nieistniejącym „nickiem”. Spotykam się w życiu prawdziwym – na ulicy, w pociągu, w sklepie – tylko z ludźmi, którzy chcą mi dodać otuchy, bo człowiek, który chciałby zaatakować, nie podejdzie do mnie w „realu”. On żyje życiem urojonym, więc w taki też sposób mnie atakuje, jak anonimowy ciemny stwór z czarnej dziury.

Trudno mi w to uwierzyć – atakowana jest pani za co?
Za to, że „nie dorosłam do tego, żeby przyjąć całą prawdę o Smoleńsku” – to jest cytat. I ludzie życzą mi, „abym do tej prawdy dojrzała”. Mówią, że nie dojrzałam do tego, aby mieć ojca bohatera, „pani Ojciec był bohaterem i pani powinna to zrozumieć i dojrzeć do tego”.

Nie rozumiem, co robi ta komisja: jak to możliwe, aby ludzie z tytułami naukowymi wychodzili przed kamery i prezentowali ten poziom absurdu, że dysponują jakimiś dowodami i że to jest poważna praca, służąca szczytnemu celowi, jakim jest dotarcie do prawdy.

Żartuje pani teraz…
Niestety, nie. Moja Mama dostawała telefony, że źle dziecko wychowała. To by było nawet zabawne, gdyby nie dotyczyło tragedii, ale nauczyliśmy się z tym żyć. W moim domu funkcjonuje to nawet jako pewien rodzaj „bon motu”. To żenujące, zważywszy, ile ja mam lat, a ile moja Mama. Obawiam się, że już trochę za późno na wychowywanie mnie.

Jak spędzi pani 10 kwietnia?
W tym roku rodzinnie. Nie skorzystałam z zaproszenia do Smoleńska, ponieważ wyjazd jest karkołomny, przez Moskwę. Powoduje to, że w podróży w jedną stronę jest się 8 godzin, względy zdrowotne mi na to nie pozwalają. Poza tym, wydaje mi się, że trzeba też zachować jakieś proporcje. I chcę być tu.


Zdjęcie główne: Izabella Sariusz-Skąpska, Kijów-Bykownia, 9 kwietnia 2016 roku, Fot. Federacja Rodzina Katyńskich

Reklama

Comments are closed.