Reklama

Rząd, realizując polecenia rządzącej partii, bez chwili wahania zaakceptował program gospodarczy, który łamie obowiązujące prawo – arytmetyka mówi jasno, że nie da się zwiększyć wydatków o koszt obietnic wyborczych w ramach obowiązującego budżetu i obowiązującej reguły wydatkowej – mówi nam ekonomista prof. Witold Orłowski. Pytamy też o “piątkę Kaczyńskiego” i zapowiedzi zwiększenia deficytu przez premiera Morawieckiego. – Jeśli będą wprowadzone te obietnice, to budżet nie zostanie zaraz zrujnowany, ale zostaną rozmontowane bezpieczniki chroniące nas przed wejściem na ścieżkę grecką – uważa prof. Orłowski.

JUSTYNA KOĆ: Jest pan jednym z sygnatariuszy listu ekonomistów z apelem do polityków i obywateli o rozwagę oraz poszanowanie stabilizacji w finansach publicznych “Wygrana nie za każdą cenę”. Skąd pomysł na taki apel i dlaczego zdecydował się pan go podpisać?

WITOLD ORŁOWSKI: Jest oczywiste, że mamy do czynienia z ważnym zdarzeniem. Rząd, realizując polecenia rządzącej partii, bez chwili wahania zaakceptował program gospodarczy, który łamie obowiązujące prawo – arytmetyka mówi jasno, że nie da się zwiększyć wydatków o koszt obietnic wyborczych w ramach obowiązującego budżetu i obowiązującej reguły wydatkowej.

Najwyraźniej rząd chce to prawo zignorować, chociaż jest ono uważane powszechnie za dobre narzędzie, chroniące Polskę przed wpadnięciem w pułapkę, którą umownie nazywamy „pułapką grecką”. Czyli pułapkę nadmiernego zadłużenia, a w dalszej perspektywie może i bankructwa.

Uważamy, że obowiązkiem premiera i ministra finansów jest wytłumaczyć, także swojej własnej partii, jakie mogą być konsekwencje takich działań.

Reklama

Apelujemy o poczucie odpowiedzialności. Jednocześnie nie chcemy, aby sam list był potraktowany jako deklaracja polityczna. W ostatnim akapicie listu zwracamy uwagę na coś jeszcze bardziej niepokojącego. Na to, że mamy początek licytowania się partii politycznych na rozdawnictwo. Oczywiście z politycznego punktu widzenia rozumiemy mechanizm, który za tym stoi. Rozumiemy, że żadna partia nie chce być naiwna i stracić szans wyborczych.  Ale apelujemy do wszystkich, że to najbardziej szkodliwa i niebezpieczna droga, jaką finanse publiczne mogą pójść. To droga licytowana się obietnicami, które prędzej czy później okażą się niemożliwe do udźwignięcia dla naszych finansów.

W 2015 roku ekonomiści również przestrzegali, że gospodarka nie udźwignie programu 500 Plus, dlatego teraz te słowa nie trafiają już tak mocno jak powinny?
W tym liście wyraźnie piszemy, że nie chodzi o to, że Polsce grozi dziś jakiś straszny kryzys czy natychmiastowe załamanie finansów. Ale

jest to wejście na bardzo niebezpieczną ścieżkę.

Po to mieliśmy instrumenty prawne, aby nie dopuścić do takiego wejścia. Jak do tej pory, ani premier, ani minister finansów nie podważali ich sensowności. Dziś te reguły, na partyjne polecenie, rząd posłusznie nagina czy wręcz łamie. Jeśli będą wprowadzone te obietnice, to budżet nie zostanie zaraz zrujnowany, ale zostaną rozmontowane bezpieczniki chroniące nas przed wejściem na ścieżkę grecką.

Powiedział pan, że politycy, premier powinni edukować społeczeństwo. Premier, rząd tego nie robią, więc ja zapytam, co oznacza ta reguła wydatkowa, o której państwo piszecie, która właśnie jest łamana?
Ponieważ nasza gospodarka się rozwija, a jednocześnie potrzebujemy coraz więcej wydatków, to reguła mówiła, o ile, w bezpieczny sposób, można w danym roku zwiększyć wydatki publiczne, tak aby na dłuższą metę nie doprowadzić Polski do bankructwa. Innymi słowy, mówi o tym, o ile można maksymalnie zwiększać wydatki – niezależnie od tego, czy nam się podoba, czy nie sam sposób wydania pieniędzy – aby mieć pewność, że przynajmniej z punktu widzenia przyszłości finansowej Polski będziemy bezpieczni, że za kilka lat nie dojdzie do ostrego kryzysu czy zagrożenia bankructwem. Złamanie tej reguły oznacza, że bezpiecznik znika. Oczywiście, zawsze można powiedzieć, że złamiemy ją tylko w tym roku, a w następnym będziemy już jej przestrzegać, ale to jak z regułami ppoż. – albo się je stosuje, albo nie.

Jeżeli ktoś nagle stwierdza, że przepisów przeciwpożarowych nie zastosuje, to zazwyczaj nie zastosuje ich już nigdy, co w końcu może doprowadzić do pożaru.

Premier Morawicki odpowiedział na wasz list, mówiąc: „drodzy ekonomiści, warto zwrócić uwagę na słonia w pokoju, może nie dostrzegacie tej dynamiki ściągalności podatków, nie tylko podatku VAT”. Jak pan to skomentuje?
Rzeczywiście nie dostrzegamy, zważywszy że już w tym roku dynamika podatku VAT spadła poniżej wzrostu PKB, czyli luka VAT-owska znowu się zwiększa. Pomijam fakt, że nawet gdybyśmy to dostrzegali i brali pod uwagę, to prosta arytmetyka pokazuje, że wszelkie wyobrażalne, dodatkowe dochody z podatku VAT nie są w stanie pokryć kilkudziesięciu miliardów dodatkowych wydatków. My możemy nawet widzieć tego słonia, tylko on sam nie naprawi finansów Polski, już raczej potłucze w pokoju porcelanę.

Premier mówił wcześniej, że budżet się spina, pokazywał mapę finansowania, dziś już wiemy, że nie jest tak pięknie, co sam premier przyznał, mówiąc że deficyt się zwiększy, ale nie przekroczy 2-3 proc.
Do tej pory celem Polski, uzgodnionym z Komisją Europejską, było to, że w warunkach dobrej koniunktury powinniśmy mieć deficyt bliższy zera, niż 3 proc. Problem polega na tym, że póki koniunktura jest dobra, to deficyt zmieści się w 3 proc., ale kiedy koniunktura się pogorszy, to deficyt się zwiększy. Pamiętajmy, że w warunkach, jakie w tej chwili mamy w gospodarce, jeśli nie w tym roku, to w przyszłym może nie tylko nastąpić zwiększenie deficytu do 3 proc., ale może nastąpić przekroczenie tych 3 proc. Później, jeśli gospodarka nie przyspieszy, a jest to bardzo prawdopodobne, będziemy mieli do czynienia z utrzymywaniem się nadmiernego deficytu.

Przypominam, że taka sytuacja utrzymująca się przez dłuższy czas, może skutkować tym, ze stracimy dostęp do części funduszy unijnych.

Konkretne wytyczne w sprawie deficytu daje UE?
UE od swoich członków wymaga stosowania rozsądnych zasad w finansach publicznych. Notabene nikt nigdy nie krytykował akurat tego, że deficyt powinien być ograniczony. Nigdy nie słyszałem, aby premier Morawiecki krytykował te reguły.

Problem polega na tym, że te reguły stosuje się nie tylko w sytuacji dobrej koniunktury w gospodarce, kiedy następuje wzrost ściągalności VAT-u, ale w całym okresie. Jeżeli w czasie dobrej koniunktury przehulamy dodatkowe dochody i jeszcze na zapas się zadłużymy, to w okresie złej koniunktury będziemy mieli nadmierny deficyt – a to oznacza kłopoty. Przypominam, że zdrowe finanse to nie są głupie wymogi UE, to jest interes nas wszystkich.

Dlaczego u nas takie rozdawnictwo partiom popłaca, a u naszego sąsiada, w Czechach, popularne są partie, które postulują obniżenie deficytu?
To jest bardzo dobre pytanie. Zobaczymy jeszcze, na ile rozdawnictwo kosztem wzrostu zadłużenia przełoży się na wynik wyborczy. Jeżeli okaże się, że tak, to najwyraźniej nasz zdrowy rozsądek gdzieś się zapodział. A on jest chyba ważniejszy, niż edukacja ekonomiczna, bo twierdzenie, że jeżeli się nadmiernie zadłużymy, to możemy wpaść w kłopoty, jest bardziej zdroworozsądkowe, niż z zakresu specjalnej wiedzy ekonomicznej.

Wydaje się, że Czesi tym zdrowym rozsądkiem dysponują, a Polacy – zobaczymy.

Ale prawda jest też taka, że politycy grają tak, jak im społeczeństwo pozwala. Jeżeli społeczeństwo premiuje za rozdawnictwo, to trudno się dziwić, że politycy z tego korzystają.

Wskazówką może być fakt, że Polscy masowo się zadłużają? Biorą chwilówki, kredyty na wakacje, święta, zakupy…
Jeden z banków miał taki slogan, że „kredyty są dla ludzi” i ja się z tym zgadzam. Zaciąganie kredytów samo w sobie nie jest zbrodnią, jeśli jest robione w sposób odpowiedzialny. Do tej pory w Polsce mieliśmy regułę wydatkową, mamy ją zresztą zapisaną w prawie. Ona właśnie była po to, by pilnować, że nawet jeśli się zadłużamy, to robimy to w sposób, który nie zagraża kłopotami. Jeżeli ta reguła zostanie złamana, a społeczeństwo w większości uzna, że wszystko jest w porządku, to będziemy na bardzo niebezpieczniej ścieżce. Oczywiście zawsze są tacy, co przepiją ostatnią kurtkę i potem mają zimą problem, ale większość społeczeństwa powinna się wykazać większą przezornością. Inaczej czeka nas nauka, jaką przeszli Grecy.

Mam nadzieje, że w Polsce tego typu bolesna lekcja nie jest potrzebna, liczę też, że politycy się ockną zanim będzie za późno.


Zdjęcie główne: Witold Orłowski, Fot. Adrian Grycuk, licencja Creative Commons

Reklama