Reklama

Dobrze już było. Z chwilą wycofania tarczy w lipcu będzie skok inflacji w II kwartale, jeżeli przedłużą tarczę, to może w III, zatem ten rok będzie bardzo interesujący dla ekonomistów, ale mało ciekawy dla gospodarstw domowych – mówi nam prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista BCC i były wiceminister finansów. I dodaje: – Niestety, mamy w tej chwili dwa nieszczęścia: antyszczepionkowców i Ziobrę. I te dwa nieszczęścia niszczą nam kraj

Od wtorku działa kolejna tarcza antyinflacyjna, ta zwolniła z VAT wiele produktów. Jak ocenia pan te tarcze i działania rządu w kwestii inflacji?

STANISŁAW GOMUŁKA: Wydaje mi się, że działania rządu podyktowane są głównie zmniejszeniem kosztów politycznych, bo wysoka inflacja i perspektywa przekroczenia stopy inflacji 10 proc. zaniepokoiła kierownictwo PiS i premiera, choć Morawiecki musi sobie zdawać sprawę, że te działania są o ograniczonej skuteczności i do tego krótkoterminowe.

Rząd chce stworzyć wrażenie, szczególnie u swoich zwolenników, że damy sobie radę, bo brak tego działania w przeświadczeniu Morawieckiego i Kaczyńskiego powiększyłby oczekiwanie, że inflacja wybuchnie.

Reklama

To gaszenie pożaru małą filiżanką wody.

Jakie zatem przyniesie konsekwencje?
Działania poprzez system podatkowy – obniżenie podatków – niesie koszty dla finansów publicznych. Zdaniem ekonomisty Ludwika Koteckiego może to być nawet 2 proc. PKB, czyli 50 mld zł, a to oznacza dodatkowy popyt. W czasie działania oczywiście inflacja będzie nieco zmniejszona, ale też będzie pobudzać popyt. Co ważniejsze, z czasem te działania podatkowe zostaną wycofane, co spowoduje skok inflacyjny, chyba że będą działać dalej w ten sposób, ale wówczas koszt dla finansów publicznych byłby ogromny.

Musimy pamiętać, że jeżeli chodzi o inflację, to na dłuższą metę wszystko zależy od dwóch rzeczy. Pierwsza to koszty pracy. Wzrost jednostkowych kosztów produkcji zależą mocno od płac. Obserwujemy mocny wzrost tempa wzrostu płac, co wymusza na przedsiębiorcach podnoszenie cen produktów.

Jednostkowy wzrost kosztów produkcji będzie dotykał praktycznie wszystkie przedsiębiorstwa. Oznacza to, że konkurencyjność nie będzie odgrywać takiej roli, bo przedsiębiorstwa nie boją się wzrostu cen swoich produktów, bo wiedzą, że konkurencja też to będzie robić.

Istotne jest też to, co się dzieje na rynku pracy – mamy niskie bezrobocie, dobrze, że napływają Białorusini i Ukraińcy. Gdyby napłynęło ich naprawdę bardzo dużo, to obniżyłoby to presję płacową, ale jeżeli nie będzie wojny na Ukrainie, to się nie stanie, zatem presja płacowa będzie się utrzymywać.

Drugi czynnik to kurs złotego. Polska importuje bardzo dużo, to nie tylko ropa, ale i półprodukty. Osłabienie złotego przekłada się praktycznie natychmiast na wzrost cen produktów importowanych z zagranicy, co obserwujemy. Przez ostatnie półtora roku mieliśmy obniżenie złotego w stosunku do dolara i euro w pobliżu 10 proc., co było głównym powodem wzrostu inflacji ponad poziom strefy euro. Tam też jest inflacja, ale nie taka jak w Polsce. W Turcji mamy podobną historię, czyli silną ekspansję fiskalną i monetarną i doszło do inflacji ponad 30 proc. Prezydent Turcji zdymisjonował już 2 prezesów Banku Centralnego, a ostatnio również prezesa Głównego Urzędu Statystycznego, bo podał, że inflacja jest ponad 30 proc.

W Polsce nie oczekiwałbym tego typu decyzji, ale należy oczekiwać zdecydowanie zmiany polityki NBP.

Prezes Glapiński mówił ogromne głupstwa o inflacji przez kilka miesięcy, nagle teraz zaczyna mówić, że mamy problem i należy oczekiwać dalszego wzrostu stóp procentowych.

Prezydent w nagrodę zgłosił go na kandydata na kolejną kadencję.
I prawdopodobnie zostanie wybrany, bo to decyzja Sejmu, a tam PiS ma większość.

Należałoby zmienić prezesa NBP?
Moim zdaniem należałoby zmienić prezesa NBP za to, co robił przez ostatnie dwa lata. W szczególności za bezsensowne wypowiedzi o tym, jak silna jest złotówka i jak kapitał zagraniczny pcha się do Polski, kupuje papiery wartościowe i jesteśmy strasznym mocarstwem na międzynarodowych rynkach. To były kompletnie głupstwa. Takie mówienie rzeczy nieprawdziwych zmniejsza wiarygodność Banku Centralnego i zwiększa oczekiwania inflacyjne. Mam tylko nadzieję, że gdy teraz zostanie prezesem, będzie bardziej rozsądny i nie będzie hamował dalszego wzrostu stóp procentowych, które są bardzo niskie, dużo niższe niż inflacja. Rynkowe stopy są wyższe, bo ok. 5 proc., ale w dalszym ciągu niższe niż inflacja i na pewno na dłuższą metę tak nie będzie. Rynkowe stopy będą dążyć w stronę inflacji, a nawet wyżej. Gdyby dotychczasowa polityka NBP była rozsądniejsza, to nie mielibyśmy teraz takiej sytuacji.

Czy odczujemy efekty tej tarczy i zobaczymy niższe ceny w sklepach?
Celem Morawieckiego nie było zatrzymanie wzrostu cen, tylko obniżenie tempa wzrostu cen. Wspomniany Ludwik Kotecki twierdzi, że przedsiębiorcy, zwłaszcza średni i mali, obniżą tylko trochę ceny (o 2-3 proc.), jeśli w ogóle. Ci duzi mogą obniżyć trochę więcej, ale pamietajmy, że tylko przejściowo. Z drugiej strony mamy przecież podwyżki cen energii i gazu, a to dopiero początek, bo będą się przekładać na ceny jednostkowe. Weźmy np. ceny żywności, gdzie istotne jest to, co stało się z cenami nawozów sztucznych produkowanych w Polsce głównie w oparciu o gaz. Dla przykładu podam, że cena pszenicy po żniwach wynosiła około 1000 zł za tonę, a miesiąc temu 1400 za tonę. Rzepak latem ok. 1500 za tonę, a teraz 3000 tys., zatem

to dopiero początek serii wzrostu cen.

To jest ważny instrument walki o portfele Polaków. Wierzę, że przez nasze działania zwalczymy inflacyjną hydrę – powiedział premier Mateusz Morawiecki. Pan nie podziela entuzjazmu premiera?
Wypowiedzi premiera są obarczone grzechem dużej przesady; to skupienie się na skutkach pozytywnych, a zapomnienie o negatywnych. Znaczenie tego będzie niewielkie za pół roku, chyba że premier będzie przedłużał działanie tarczy, ale z mocno negatywnymi skutkami. Myślę, że można powiedzieć, że jesteśmy w środku spirali inflacyjnej. To już nie początek, ale na pewno nie koniec. Zgadzam się z ekonomistami, że w pierwszym półroczu, a szczególnie w II kwartale będziemy mieć dwucyfrową inflację.

Czyli te tarcze to oszustwo?
Oszustwo jest wtedy, kiedy mówi się, że tarcza będzie miała efekt permanentny. Morawiecki na szczęście takich głupot nie gada. On dziś nie mówi o zablokowaniu inflacji, tylko o obniżeniu, zatem to nie jest oszustwo, ale naiwnością byłoby ze strony gospodarstw domowych oczekiwać, że ceny przestaną rosnąć tak szybko jak dotąd. Dobrze już było. Z chwilą wycofania tarczy będzie skok inflacji w II kwartale, jeżeli przedłużą tarczę, to może w III, zatem ten rok będzie bardzo interesujący dla ekonomistów, ale mało ciekawy dla gospodarstw domowych.

I jeszcze na to wszystko nakłada się Polski Ład…
Jeżeli chodzi o Polski Ład, to mamy tu jeden wielki mankament – wojna prawna z UE, która blokuje dostęp środków unijnych do polskich przedsiębiorstw. Tu chodzi o ogromne środki, o dziesiątki miliardów euro w ciągu najbliższych trzech lat. Brak tych środków musi mieć konsekwencje, m.in. osłabi złotego. Gdybyśmy mieli dopływ tych środków, to już miałby pozytywny skutek, chociażby właśnie w inflacji, ale chodzi tu też o inwestycje, przecież musimy dokonać wielkiej przebudowy sektora energetycznego, która powinna kosztować ok. tysiąc pięćset mld zł rozłożone na 10-20 lat. Polska nie jest w stanie i nie będzie sama tego sfinansować.

Ta cała argumentacja sojusznika pana Kaczyńskiego, czyli pana Ziobry i jego Solidarnej Polski, woła o pomstę do nieba. To są kompletni analfabeci ekonomiczni.

Przecież twierdzą nawet, że wejście Polski do UE nie miało większego wpływu na naszą gospodarkę. Na szczęście polskie społeczeństwo jest odporne na takie bzdury i Kaczyński ma problem, bo choć sam nie wierzy w to, co mówi Ziobro, to nie wie, jak ma sobie z nim poradzić. Niestety, mamy w tej chwili dwa nieszczęścia: antyszczepionkowców i Ziobrę. I te dwa nieszczęścia niszczą nam kraj.

(INK)


Zdjęcie główne: Stanisław Gomułka, Fot. ARWC

Reklama