Reklama

Kandydat na prezydenta Andrzej Duda pojechał do krainy czarów i tam „dobry” czarownik Donald Trump miał zrobić czary-mary, żeby kandydat Duda wygrał wybory. Taki był jedyny cel wizyty. A teraz mamy jak w sztuce „Wiele hałasu o nic”. Ta wizyta była nieprawdopodobnie pusta i z przykrością muszę stwierdzić, że nie przypuszczałem, że będzie aż tak pusta – mówi nam prof. Roman Kuźniar, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego, były doradca prezydenta Bronisława Komorowskiego ds. międzynarodowych. Rozmawiamy nie tylko o wizycie kandydata na prezydenta Andrzeja Dudy w USA, ale też o wyborach w Stanach Zjednoczonych, które już jesienią. Pytamy też, czy polska dyplomacja jest gotowa na zmianę w białym domu na Joe Bidena. – Pytanie, czy jest jeszcze coś takiego jak polska dyplomacja. Dziś polska dyplomacja jest niczym stadnina koni w Janowie. Zresztą ta rzeź fachowców dokonała się bardzo szybko i to wyczyszczenie dyplomacji z ludzi doświadczonych i kompetentnych, ale także odważnych, którzy potrafią formułować sądy prawdziwe, odnoszące się do rzeczywistości, przynosi teraz rezultaty – mówi nasz rozmówca

JUSTYNA KOĆ: 4 dni przed wyborami prezydent znika z kampanii; pytanie, czy było warto. Co poza fotografią z prezydentem Trumpem z Białego Domu przywiózł Andrzej Duda?

ROMAN KUŹNIAR: Kandydat na prezydenta Andrzej Duda pojechał do krainy czarów i tam „dobry” czarownik Donald Trump miał zrobić czary-mary, żeby kandydat Duda wygrał wybory. Taki był jedyny cel wizyty. A teraz mamy jak w sztuce „Wiele hałasu o nic”. Ta wizyta była nieprawdopodobnie pusta i z przykrością muszę stwierdzić, że nie przypuszczałem, że będzie aż tak pusta.

Andrzej Duda wyprawił się na koszt podatnika za ocean po fotkę i nadzieję na pomoc w wygraniu wyborów, do polityka moralnie upadłego, który z całą pewnością kolejnych wyborów prezydenckich nie wygra.

PiS nieustannie, na koszt podatnika, uprawia prywatę; albo zawłaszcza publiczne pieniądze na rzecz partii, albo partyjni dygnitarze, czytaj: geszefciarze, przekierowują je na cele prywatne (jedna afera za drugą) i tak też było w tym przypadku. Celów państwowych, o których mówił dużo kandydat Duda w Białym Domu, nie ma ani na teraz, ani na przyszłość. To spotkanie wyglądało bardziej na spotkanie z okazji zakończenia II wojny światowej, bo obaj politycy dużo mówili o walce ramię w ramię, o Monte Cassino, a nawet o wspólnej agresji na Irak, która była totalną klęską, za którą zresztą płacimy do dziś. To, że cała Europa mierzy się z klęską humanitarną w regionie i migracją, jest przecież efektem tamtej agresji. Przyznam, że spotkanie oceniam gorzej niż przewidywałem, chociaż na szczęście Andrzej Duda niczego nie kupił.

Reklama

Tyle dobrego, że polski podatnik nie będzie musiał dołożyć do kosztów wizyty jeszcze dętych zakupów, które sprawiłyby przyjemność gospodarzowi Białego Domu.

Trump podczas przemówienia skrytykował mocno zarówno Niemcy, jak i Joe Bidena, którego nazwał „śpiochem” – swojego konkurenta do walki o Biały Dom, któremu ostatnie sondaże dają 14-punktową przewagę nad Trumpem. Jakie to może mieć konsekwencje?
Rzeczywiście takich strat moralnych może tu być dużo. Andrzej Duda asystował przy tym koncercie nienawiści wobec naszego zachodniego sąsiada odprawianym przez czarownika zza oceanu. To był bardzo przykry widok, tym bardziej, że kandydat na prezydenta Andrzej Duda nie potrafił się do tego odnieść i zdystansować. Po drugie, za kilka miesięcy prezydentem Stanów Zjednoczonych będzie Joe Biden. Co wtedy zrobi Andrzej Duda, jeżeli ponownie sam zostanie wybrany na prezydenta? Na szczęście, co daj Boże, może do tego nie dojdzie, bo Duda przegra wybory i nie będzie musiał spotykać się z Bidenem, który w jego obecności i bez żadnej reakcji był obrażany.

Jeżeli rozpatrujemy moralny aspekt tej wizyty, to strat jest więcej. Pierwszym rozmówcą Trumpa po przerwie był Andrzej Duda, który trzeba przyznać, że trafnie jest przedstawiany w prasie amerykańskiej jako prezydent reprezentujący autorytarno-nacjonalistyczny nurt w polityce polskiej. Następnym gościem u Trumpa miał być, ale już nie będzie, Hashim Thaci, prezydent Kosowa, który właśnie został formalnie postawiony w stan oskarżenia za zbrodnie wojenne w czasie wojny 1999 roku, także przez Trybunał w Hadze.

Takich gości zaprasza Trump i w takim towarzystwie obraca się Andrzej Duda, prezydent Polski. To uwłacza godności Polaków.

Co ciekawe, były minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski, piewca polskiej suwerenności w wojence PiS z UE, w wywiadzie dla jednego z portali nie widział nic złego w poparciu Dudy przez Trumpa. Przyznam, że nie rozumiem, bo albo suwerenność, albo zewnętrzne wsparcie dla jednego z kandydatów w demokratycznych wyborach w Polsce. Nie dziwię się Waszczykowskiemu, bo on ma taką mentalność: skoro Rosja zainwestowała w wybór Trumpa, to dlaczego Trump ma nie inwestować w wybór Dudy. Jest w tym jeszcze jeden problem, a mianowicie związek z naszą polityką zagraniczną. O jej atrofii mówię od dawna. Dowodem na tę atrofię jest minister-eksperyment na urzędzie.

Proszę zauważyć, że na żadnym ze zdjęć z wizyty nie ma wiceministra spraw zagranicznych, a w takiej wizycie to jest must. Pamiętam to dobrze, ponieważ brałem wielokrotnie udział w wizytach zagranicznych prezydenta Komorowskiego i niewyobrażalne było, aby wizyta była przygotowana bez ścisłej współpracy z MSZ i udziałem na pokładzie właściwego, kierunkowego wiceministra. Skoro tu tak nie było, to znaczy, że MSZ został wycięty z przygotowań tej wizyty. To z kolei oznacza, że po pierwsze wizyta była amatorsko przygotowana, po drugie nie mamy prawdziwej polityki zagranicznej, a po trzecie nie ma nikogo, kto kontrolowałby to wszytko i sprawował jakąś pieczę nad tym.

To przerażające i potwierdza tylko, że to była prywatna wizyta, wycieczka kandydata Andrzeja Dudy, choć za nasze pieniądze.

Czy Andrzej Duda zyskał na tej wizycie, czy tylko ucieszył swój twardy elektorat?
Sądzę, że zyskał punkty w twardym elektoracie, ale u całej reszty trzeźwo myślących Polaków to musiało wywołać uczucie dyskomfortu. Widok urzędującego prezydenta, który zabiega o poparcie złego czarownika z Białego Domu – musiało to tak zostać odebrane, tym bardziej, że wizyta okazała się niesamowicie jałowa. Przyznam, że myślałem, że zostanie jednak wyciągnięty jakiś „królik z kapelusza” w ostatniej chwili, aby usprawiedliwić tę wizytę Dudy, nawet jeśli później „królik” okazałby się tylko „zmokłym kapiszonem”, posługując się nomenklaturą rządzących.

To świetny prezydent, Polacy go cenią i nie potrzebuje naszej pomocy, żeby wygrać wybory – powiedział Trump podczas wspólnej konferencji. Pojawiły się komentarze, że to bezprecedensowe złamanie obyczajów, bo do tej pory Ameryka unikała wpływania w ten sposób na wynik wyborów. Ja mam jednak wątpliwości co do tej tezy, bo Ameryka pomagała popieranym przez siebie kandydatom. Jaka jest prawda?
To prawda, ale tylko w Ameryce Łacińskiej, no, zapewnia też władzę dworowi Saudów, którzy traktują Arabię Saudyjską jak swój własny folwark, prywatny kraj. Niestety

do tego doszliśmy, że niczym w republice bananowej amerykański prezydent próbuje decydować o tym, kto zostanie w Polsce prezydentem.

Jak widać, nikomu to nie przeszkadza z ekipy rządzącej. To dlatego, że oni nie uznają standardów demokratycznych, podobnie jak amerykański prezydent. Ich instynkty polityczne, mimo że zostali demokratycznie wybrani, są zupełnie inne, a ich obyczaje i moralność są całkowicie z innego świata.

Na szczęście ta wizyta została tam słabo zauważona, bo Amerykanie mają co innego na głowie. Natomiast w obliczu przejęcia władzy przed Demokratów, co się stanie w niedalekiej przyszłości, to była fatalna zagrywka.

Książka Johna Boltona z jego wspomnieniami z Białego Domu bije rekordy popularności. Były doradca Trumpa , zresztą wieloletni czołowy przedstawiciel neokonserwatystów, opisuje prezydenta jako niemalże głupka. „Myśli, że Finlandia to część Rosji” – to jeden z cytatów. Drugi to: „Nie ma podstawowej wiedzy o świecie, podatny na pochlebstwa zagranicznych przywódców, którzy nim manipulują”. Pan nie miał nigdy dobrego zdania o Trumpie, jednak czy jest aż tak źle i czy strona Polska nie zdaje sobie z tego sprawy?
Prawdą jest, że od początku byłem bardzo krytyczny w stosunku do prezydenta Trumpa. Ale przecież jeszcze bardziej przerażający, niż w książce Boltona, i przygnębiający zarazem obraz Trumpa ukazał się podczas procedury impeachmentu. Fakt, że Republikanie głosowali w obronie prezydenta, to ogromny wstyd. Zresztą Boltonowi zarzuca się, że nie brał udziału w tej procedurze, bo być może jego głos przeważyłby, bo to, o czym pisze w książce, jest z gatunku bardzo ciężkich oskarżeń.

Czy polska dyplomacja tego nie wie? Moim zdaniem lepiej zapytać, czy polska dyplomacja istnieje, bo mam wrażenie, że tam nie ma ludzi, którzy stwarzaliby wrażenie absolwentów szkoły wyższej, którzy mieliby głębszą wiedzę o stosunkach międzynarodowych, o mechanizmach wielkiej polityki. To jest strasznie zaściankowe. Zresztą podobnie jak w innych dziedzinach. Dziś polska dyplomacja jest niczym stadnina koni w Janowie. Zresztą ta rzeź fachowców dokonała się bardzo szybko i to wyczyszczenie dyplomacji z ludzi doświadczonych i kompetentnych, ale także odważnych, którzy potrafią formułować sądy prawdziwe, odnoszące się do rzeczywistości, przynosi teraz rezultaty.

W MSZ pozostali sami klakierzy, łącznie z eksperymentalnym ministrem spraw zagranicznych.

Pewnie wewnątrz gmachu są jeszcze ludzie, którzy to widzą, ale ich nikt nie słucha. Polska dyplomacja została całkowicie podporządkowana celom wewnętrznym, a celem nadrzędnym jest utrzymanie władzy, a nie polskie interesy.


Zdjęcie główne: Roman Kuźniar, Fot. Flickr/MSZ, licencja Creative Commons

Reklama