Reklama

Powinniśmy przestać myśleć o Wielkiej Brytanii w kontekście jej tradycji i jej dotychczasowych doświadczeń, a bardziej w kategoriach pewnego kontekstu ogólnego zjawisk w UE, w Europie, a także na świecie. Dotyczy to zarówno sposobu przekazu publicznego, dyskursu tego przekazu i jego form, a także doraźnych gier parlamentarnych. Pamiętajmy, że parlament to nie jest dzisiaj miejsce, w którym rzeczywiście ścierają się poglądy, chociaż w Wielkiej Brytanii to jeszcze wygląda całkiem przyzwoicie, ale proszę spojrzeć na Polskę. W parlamencie nie odbywają się merytoryczne dyskusje, ponieważ można wyłączyć mikrofon, nie dopuścić opozycji do głosu, można obrady komisji sprowadzić do przywitania i przegłosowania poprawek w jednym bloku – mówi nam prof. Renata Mieńkowska-Norkiene, europeistka, politolog i socjolog z Instytutu Nauk Politycznych UW. Rozmawiamy o brexicie, przyszłości Unii Europejskiej i lekcji, jaką może z tego wyciągnąć Polska.

JUSTYNA KOĆ: Czy brytyjska klasa polityczna wie, czego chce? Jak popatrzymy na to, co działo się w ubiegłym tygodniu w brytyjskim parlamencie, to można odnieść wrażenie, że nie bardzo.

RENATA MIEŃKOWSKA-NORKIENE: Rzeczywiście chyba nie do końca sami wiedzą, czego chcą. Zresztą pojawiło się kilka głosów, łącznie z wypowiedzią Jeana-Claude’a Junckera, który skonstatował to w ten sposób, że brytyjscy politycy doskonale wiedzą, czego nie chcą, ale nie wiedzą, czego chcą. To jest chyba najlepsze podsumowanie tego wszystkiego, co obserwujemy w kwestii brexitu w ostatnich dniach, a nawet w ostatnich tygodniach. Wygląda na to, że politycy brytyjscy mają i mieli kłopot z wyobrażeniem sobie tego, z czym brexit może się wiązać. Podobnie zresztą brytyjskie społeczeństwo. Tylko

Brytyjczycy głosowali emocjami, w oparciu o populistyczne hasła, kwestie ogólne, bo przecież społeczeństwo nie jest też od tego, żeby znać szczegóły. To klasa polityczna powinna zdawać sobie z tego sprawę. Zresztą od tego są politycy, którym społeczeństwo powinno ufać w tych kwestiach.

W kwestii brexitu zaufało i nic dobrego z tego nie wyszło.
I dlatego w coraz mniejszym stopniu Brytyjczycy popierają brexit i gdyby referendum odbyło się dziś, prawdopodobnie wynik byłby inny, niż w dniu, w którym decydowała się kwestia opuszczenia Unii Europejskiej. Natomiast ta sytuacja jest o tyle trudna, że to część konserwatystów brytyjskich, czyli stronnictwa pani premier May, opowiada się za twardym brexitem, pozostali liczą na inne rozwiązania.

Tych rozwiązań na stole ciągle jest kilka. Które są najbardziej prawdopodobne?
Powiedzmy przede wszystkim, że twardy brexit nie oznacza tego samego, co wyjście bez umowy. Tzw. twardy brexit to wyjście bez umowy z UE, na zasadzie nagłego odcięcia nożyczkami. Wyjście bez umowy to łagodniejsza wersja tzw. twardego brexitu, bo oznacza jednak negocjowanie poszczególnych elementów i danie sobie czasu na doregulowanie niektórych kwestii. Zresztą pojawia się na stole okres 21 miesięcy na to, aby te więzy w części poprzecinać, a w części uregulować. W tej chwili mamy jednak o tyle problematyczną sytuację, że samo stronnictwo Theresy May nie wie, czego chce i w którym kierunku rozwinie się sytuacja, ponieważ sam fakt, że Theresa May uzyskała mandat w ostatnim głosowaniu do tego, aby pojechać na Radę Europejską i dyskutować o możliwości przedłużenia tego procesu, już świadczy o tym, że w jej własnej partii nie ma jasności także co do tego, jak zachowa się UE.

Reklama

Skoro Wielka Brytania chce poczekać na to, co zrobi Unia, to skazuje się trochę na jej wolę.

Szef Rady Europejskiej Donald Tusk po jednym z głosowań napisał, że będzie namawiać państwa UE, aby przygotowały się na wydłużenie terminu opuszczenia UE przez Wielką Brytanię, ale zgodę muszą wyrazić wszystkie kraje.
Teoretycznie moglibyśmy założyć, że Unia będzie teraz dyktować twardsze warunki albo kraje będą próbować ugrywać coś same, indywidualnie, natomiast myślę, że do tego nie dojdzie, bo najtwardsza forma brexitu, która grozi, gdy nic się nie zadzieje i zabraknie jakiejkolwiek dobrej woli po którejkolwiek ze stron, może oznaczać, że zarówno Wielka Brytania, jak i UE odczują wszystkie negatywne skutki przede wszystkim w handlu czy w 4 podstawowych swobodach. Tego boją się wszyscy, więc do takiej sytuacji raczej nie dojdzie.

Donald Tusk jest zwolennikiem dania Wielkiej Brytanii czasu na poukładanie różnych spornych kwestii, tym bardziej, że pamiętajmy, że najbardziej sporną kwestią jest tzw. back stop, czyli granica z Irlandią – o to, czy na tej granicy pozostaną wszystkie swobody jednolitego rynku UE, czy nie. Jak na razie konserwatyści, co do zasady, opowiadają się, aby granicę tę uszczelnić, czyli de facto aby nie było żadnej możliwości pozostania Wielkiej Brytanii w jednolitym rynku. Niewątpliwie brytyjska klasa polityczna nie do końca była świadoma, z czym się będzie wiązał brexit i teraz dokonuje kilku dość chaotycznych ruchów. Natomiast

o ile pani premier May do niedawna wydawała się niczym zagubione dziecko we mgle, o tyle teraz mogę powiedzieć, że podziwiam ją za pewien spryt i taktyczną zagrywkę, jaką były ostatnie głosowania i sposób, w jaki rząd przedkładał Izbie Gmin do głosowania te kwestie.

Parlament najpierw głosował za wyjściem zgodnie z umową, co odrzucał, następnego dnia odrzucił też twardy brexit. Na koniec przegłosował  jego przesunięcie, pierwotnie rozwód UE z Wielką Brytanią miał nastąpić 29 marca.
Tak i tu May sprytnie to rozegrała, bo pamiętajmy, że istnieje pewna granica czasowa braku jakiejkolwiek decyzji. To 30 czerwca 2019, ponieważ 1 lipca dojdzie do pierwszego posiedzenia nowego PE. Inaczej Wielka Brytania musi wziąć udział w wyborach do PE, a to może zmienić wiele w sensie politycznym, ponieważ Brytyjczycy nie popierają dziś w takiej większości brexitu, jak w dniu referendum. Zbierając to wszystko, jest możliwe, że premier May dopnie swego, czyli albo doprowadzi do zatwierdzenia umowy, która została wynegocjowana z UE w listopadzie zeszłego roku, albo do innej formy, która będzie znośna zarówno dla May, konserwatystów, jak i partii opozycyjnych. Wtedy powstanie duży nacisk na twardych brexitowców, aby nie upierali się przy swoim podejściu, bo może to doprowadzić do katastrofy politycznej, która wymiecie najtwardszych brexitowców z parlamentu. Przypomnę, że w Wielkiej Brytanii mamy wybory większościowe, a także że zwycięzca tworzy rząd.

Co się stało w Wielkiej Brytanii, której demokracja parlamentarna stawiana była przez dziesięciolecia za wzór, że jest dziś tak chaotyczna i pogubiona? Kilka tygodni temu rząd przegrał głosowanie, bo część jego własnych posłów zagłosowała przeciw.
To prawda, ale proszę pamiętać, że sytuacja jest specyficzna, bo Wielka Brytania nigdy nie doświadczała tak dużej imigracji; to Brytyjczycy i Irlandczycy raczej emigrowali. Sama

historia parlamentaryzmu czy konstytucjonalizmu brytyjskiego jest bardzo długa, ale pamiętajmy też, że to monarchia. Zresztą mam tu ogromną pretensję do monarchii za to, że w kwestii brexitu praktycznie nie zajęła sensownego stanowiska, które dałoby się przełożyć na pewną strategię utrzymania jedności kraju.

Zarówno Szkocja, jak i Irlandia Północna to regiony, które nie są wielkimi fanami opuszczenia Unii, a to zadaniem monarchii jest utrzymanie jedności w kraju. Moim zdaniem monarcha zawiodła, mimo że były jakieś niemrawe oświadczenia, po których nie da się nawet określić, czy monarchia zajęła stanowisko antybrexitowe, czy nie.

Wielka Brytanie uległa fali populizmu?
Na pewno, jest to związane w wieloma zjawiskami, jak powszechność Internetu, fake newsów, propagandy internetowej. To jest też “populizacja” języka polityki, czyli jego uproszczenie, gdzie Nigel Farage osiągnął mistrzostwo. Zresztą to casus naszych czasów, że ci nawet bardzo wyraziści politycy, którzy kiedyś znaleźliby się na marginesie, dostają znacznie silniejszy głos, niż w rzeczywistości wskazywałaby ich siła oddziaływania. Zresztą Polski to też dotyczy. Są bardzo konkretne raporty na ten temat, mówiące np., że Internet jest bardziej prawicowy, abstrahując, że siła przekazu jest inna.

Gdy cofniemy się w czasie do okresu przed referendum, to analizując wypowiedzi można zauważyć, że przeciwnicy brexitu zbagatelizowali problem. Sami prosili się o te kłopoty?
To prawda, że

elity antybrexitowe zamiast wdawać się w polemikę i korzystać z tych samych środków, z których korzystali probrexitowcy, z pewnym politowaniem i arogancją traktowały tę sprawę nie do końca poważnie.

Za dużo w tym było takiego przekonania o głupocie pomysłu na zasadzie: dajmy sobie spokój. Po drugiej stronie brexitowcy opowiadali, ile można zyskać na opuszczeniu UE, chociaż dziś wiemy, że były to kłamstwa, co Nigel Farage przyznał zaraz po referendum.

Podsumowując, dzisiejsza sytuacja jest dość specyficzna. Dziś powinniśmy przestać myśleć o Wielkiej Brytanii w kontekście jej tradycji i jej dotychczasowych doświadczeń, a bardziej w kategoriach pewnego kontekstu ogólnego zjawisk w UE, w Europie, a także na świecie. Dotyczy to zarówno sposobu przekazu publicznego, dyskursu tego przekazu i jego form, a także doraźnych gier parlamentarnych. Pamiętajmy, że parlament to nie jest dzisiaj miejsce, w którym rzeczywiście ścierają się poglądy, chociaż w Wielkiej Brytanii to jeszcze wygląda całkiem przyzwoicie, ale proszę spojrzeć na Polskę. W parlamencie nie odbywają się merytoryczne dyskusje, ponieważ można wyłączyć mikrofon, nie dopuścić opozycji do głosu, można obrady komisji sprowadzić do przywitania i przegłosowania poprawek w jednym bloku. Ta

kultura parlamentarnego dyskursu zasadniczo się zmieniła. Jest doraźnie wykorzystywana przez partie, w szczególności te o skłonnościach populistycznych.

Jeżeli Wielka Brytania uległa tym zjawiskom, to co czeka Polskę?
W teorii polityki jest mnóstwo ekspertów, a wcześniej klasyków politologii, jak chociażby Arend Lijphard, którzy mówili o przewadze demokracji konsensualnej nad demokracją tzw. majorytarną. Demokracja konsensualna bardzo dba o pewien konsensus ogólny, gdzie jak najwięcej grup jest włączanych w proces decyzyjny i myśli się o interesie różnych grup. W demokracji majorytarnej zwycięzca bierze wszystko. W demokracji konsensualnej, jak pokazują wszystkie najistotniejsze wskaźniki demokratyczności, sytuacja wygląda lepiej i korzystniej dla obywateli. Natomiast w takich, gdzie zwycięzca bierze wszystko – jak choćby ostatnio Polska czy Węgry, gdzie nie myśli się nawet o koalicjach – nie ma myślenia wspólnotowego i dbałości o inne grupy, niż potencjalni wyborcy własnej partii. Tam myśli się w kategoriach: ten jest nasz, bo nas wsparł, tamten jest przeciw. Pod tym względem myślę, że i tak Wielka Brytania próbowała wznieść się ponad partykularne partyjne interesy, choć odbiło się to czkawką właśnie przy okazji brexitu.


Zdjęcie główne: Renata Mieńkowska-Norkiene, For. YouTube/Znad Wilii

Reklama