Reklama

I na Węgrzech, i teraz w Polsce chodzi o jedno, by uciszyć obiektywny przekaz informacji o działaniach władzy. Przecież o budowanej kleptopii – wieże Kaczyńskiego, biznes Banasia, przekręty z maseczkami i sprzętem medycznym w pandemii, transferami na konto Rydzyka, brudami moralnymi i finansowymi  Kościoła… lista tak długa, że nie starczy miejsca… o tym wszystkim przecież nie dowiedzieliśmy się z pisowskich, zwanych przez nich „publicznymi”, mediów, tylko z niezależnych. Pojawiać się będzie cenzura, niektórzy dziennikarze nie będą mieli dostępu do informacji rządowej, jak na Węgrzech, nie będą dopuszczani do wydarzeń, do oficjeli. Ważna jest w tym też rola wielkich spółek Skarbu Państwa, które będą udawały, że potrzebne są im inwestycje w sektor medialny, tym bardziej, że poparcie dla partii władzy spada – mówi nam prof. Radosław Markowski politolog z SWPS, ekspert w zakresie porównawczych nauk politycznych i analizy zachowań wyborczych. I dodaje: – Przyznam, mam kłopot, jak to możliwe, że szanujący się obywatel, mający respekt dla własnego rozumu, popierający gorąco lewicę, PSL czy KO, podjeżdża na stację Orlenu. Co nie pozwala mu zrozumieć, że pokaźna część tego, co tam zapłaci, zostanie przetransferowana w polityczne pieniądze sprzeczne z jego wartościami i interesami?

JUSTYNA KOĆ: W środę odbył się bezprecedensowy protest mediów. Nawet komercyjne stacje rozrywkowe zawiesiły nadawanie. Na ile to ma znaczenie? Czy prawdą jest, że w demokracji wolne media umierają jako ostatnie?

RADOSŁAW MARKOWSKI: Uniwersytety umierają ostatnie. Co do mediów: jeżeli mamy ewidentny pucz, to jest inaczej i czołgi jadą pod telewizję i radio. Od 30 lat nie ma już takich puczów, wyjątkiem potwierdzającym regułę są ostatnie wydarzenia w Mjanmie, ale tam prawdziwej demokracji nigdy nie było. Wracając do mediów, to w przewrotach są one bardzo istotne, niezależnie od tego, czy to dzieje się jednej nocy, jak 11 września 1973 roku w Santiago de Chile, gdy armia wyjechała czołgami pod pałac prezydencki… i po 2-3 dniach było już po wszystkim. Dzisiaj

nowi autokraci długo udają, że są demokratami, opowiadają, że budują alternatywną demokrację, a media są przejmowane powoli.

PiS realizuje medialny scenariusz węgierski?
Poniekąd wstyd mi za naszych autokratów, że nie potrafią wymyślać niczego oryginalnego, bo małpują Węgrów i to, co tam stosowano. Orbán po 2010 roku, kiedy doszedł do władzy, od razu przystąpił do przejmowania mediów. Dzisiejsze państwo węgierskie – należące do UE – opisywane jest jako państwo mafijne.

Reklama

Jego „mafijność” nie polega na tym, że mafia jest silna, a państwo sobie nie radzi, tylko na tym, że sama władza wybrana demokratycznie zachowuje się wobec obywateli i własności prywatnej jak mafia. Przychodzi do przedsiębiorców, do ludzi władającymi mediami i jak w „Ojcu chrzestnym” składa propozycję, której nie można odmówić. Oprócz takich propozycji stosowali cały repertuar innych środków: było biurokratyczne nękanie, zastraszanie faktami z życia prywatnego, manipulacje rynkiem poprzez dowolne rozdawanie częstotliwości, pozbawianie reklam państwowych molochów…

Krótko: głównie działanie kijem, rzadziej marchewką, choć czasem stosowano także czystą korupcję – za grube pieniądze przekupywano redakcje.

I na Węgrzech, i teraz w Polsce chodzi o jedno, by uciszyć obiektywny przekaz informacji o działaniach władzy. Przecież o budowanej kleptopii – wieże Kaczyńskiego, biznes Banasia, przekręty z maseczkami i sprzętem medycznym w pandemii, transferami na konto Rydzyka, brudami moralnymi i finansowymi Kościoła… lista tak długa, że nie starczy miejsca… o tym wszystkim przecież nie dowiedzieliśmy się z pisowskich, zwanych przez nich „publicznymi”, mediów, tylko z niezależnych…

Będzie cenzura? W XXI wieku to nie takie proste.
Pojawiać się będzie cenzura, niektórzy dziennikarze nie będą mieli dostępu do informacji rządowej, jak na Węgrzech, nie będą dopuszczani do wydarzeń, do oficjeli. Ważna jest w tym też rola wielkich spółek Skarbu Państwa, które będą udawały, że potrzebne są im inwestycje w sektor medialny, tym bardziej, że poparcie dla partii władzy spada.

Gorszy jest jednak proces samocenzurowania, bo gdy np. bierze się pieniądze z państwowej kasy, pomimo że w tytule ma się „liberalne-coś-tam”, a ochoczo występuje się w pisowskiej telewizji, no to trzeba uważać na to, co się pisze i co się mówi, a przede wszystkim, jak się mówi.

Bo nisze pozornej wolności słowa są autokratom udającym demokratów bardzo potrzebne, rzecz jasna ograniczone do stolicy, jak na Węgrzech, czy do wąskich kręgów wykształciuchów. Kopia sytuacji późnego Gierka… wszak to wtedy niejaki Jan Pietrzak występował ze swym kabaretem w salach hotelu Bristol… Licencjonowana wolność słowa.

Czy PiS-owi uda się ograniczyć niezależne media?
Trudno powiedzieć, natomiast jednym z podstawowych błędów, jakie i tu, i na Węgrzech robimy, to upieranie się wyłącznie przy protestach obywatelskich. A potrzebny jest też bojkot konsumencki. Przyznam, mam kłopot, jak to możliwe, że szanujący się obywatel, mający respekt dla własnego rozumu, popierający gorąco lewicę, PSL czy KO, podjeżdża na stację Orlenu. Co nie pozwala mu zrozumieć, że pokaźna część tego, co tam zapłaci, zostanie przetransferowana w polityczne pieniądze sprzeczne z jego wartościami i interesami?

Takich firm jest więcej: banki, ubezpieczyciele… Tak samo z rejonami wolnymi od LGBT. Jeżeli są ludzie, którym podobają się nazistowskie metody wykluczania, a ktoś tego nie akceptuje, to powinienem zatroszczyć się o to, aby żadna złotówka nie trafiła do tych miejscowości. Tym bardziej, że w większości to są miejscowości turystyczne.

Przypomnę, że z niemal 31 mln uprawnionych w ostatnich wyborach 73 proc. nie zagłosowało na PiS. Większość zagłosowała na inne partie, a pokaźny odsetek 2/5 nie poszedł na wybory.

Na ile poważny i zagrażający stabilności rządzącej jest kryzys w Porozumieniu?
To piaskownica… Grzesiu z łopatką walnął w główkę Krzysia, bo Andrzejek się nie zgadza… Wstyd o tym rozmawiać, bo to kompromitacja polityczna.

Jeżeli ktoś, kto chce uchodzić za poważnego polityka, jak Bielan, wychodzi i mówi, że od 3 lat jego szef nie jest jego szefem, a przez te lata sam mówił o nim jak o szefie, to ręce opadają. Oczywiście, że to może być istotne w sensie politycznym, bo gdyby nagle te 13 głosów Porozumienia zostało wycofane z poparcia ZP, to mogłyby nam grozić przedterminowe wybory. Tym bardziej, że Gowin uczynił ze swojego wizerunku obrońcę rynkowych wolności i niemal leseferystycznej konkurencji. No to przyszedł teraz moment, by powiedzieć „sprawdzam”.

Istnieje też możliwość alternatywy w ramach parlamentu, ale to wymagałoby innego formatu polityków opozycji… Z przykrością stwierdzam małostkowość działań opozycji. „276” fajnie brzmi, ale nie wystarczy chcieć. By zdobyć ową magiczna liczbę posłów, należałoby mieć rozpisany szczegółowo plan działań, uzgodniony z partnerami, i dzień po dniu socjalizować ludzi do idei wielkiej koalicji i programu. A także obiecać, że złoczyńcy polityczni zostaną rozliczeni.

Rozczłonkowana, pluralistyczna i niedogadana, żeby nie powiedzieć skłócona opozycja to także pewien rodzaj piaskownicy, tylko z bielszym piaskiem i nie tak infantylnymi dziećmi.

Na Węgrzech opozycja w końcu po wielu latach się porozumiała. Może i u nas tak będzie?
Na Węgrzech są oczywiście także jednomandatowe okręgi, co nieco ułatwia sprawę… ale – pomijając ciekawe szczegóły – tam, gdzie udało się odsunąć Fidesz od władzy, wykonano gigantyczną robotę przez ludzi, którzy potrafią prowadzić kampanię wyborczą. To wielka praca pewnego typu badań, które trzeba robić, korzystać z big data, specyficznie zaprogramowanych badań opinii publicznej, zadawanie konkretnych pytań i stałe nagłaśnianie wyników tych dociekań. To trwało miesiącami… tylko wtedy można liczyć, że pojawią się nowe większościowe przekonania… i to wszystko musi się dziać na długo przed wyborami.

Mam niestety wrażenie, że repertuar analiz i sposobów kształtowania opinii publicznej przed wyborami dla większości obecnych partii opozycyjnych zatrzymał się na tym, co stosowano 30 lat temu, z niesłabnącym uwielbieniem dla grup fokusowych, w takich przypadkach metodzie marginalnej i mało przydatnej. Przewaga PiS-u polega na tym, że nie tylko ma środki i robi badania, może wynajmować łebskich ludzi ze świata, ale ma też na zapleczu takich, co potrafią rozczłonkować kraj na poszczególne jednostki i wiedzieć, gdzie co mówić. Opozycja tego nie robi, a w każdym razie nie widać efektów takich działań.

Rozumiem, że to nie jest wielka tajemnica, tylko należy wynająć odpowiednich specjalistów. Dlaczego opozycja tego nie robi?
To bardziej skomplikowane, bo co prawda dobrych firm na Zachodzie jest sporo, tylko że to sporo kosztuje.

Z drugiej strony musi temu towarzyszyć „lokalna” grupa ekspertów, którzy czują kulturę i drobiazgowe – nieraz językowe – dziwactwa własnego społeczeństwa,

a właściwie poszczególnych grup, zresztą – co jest dodatkowym błędem – niekoniecznie tradycyjnie definiowanych przez wiek, płeć, miejsce zamieszkania czy wykształcenie. Są dzisiaj inne – ważniejsze, bo wynikające z wyzwań współczesności sposoby agregowania społeczeństwa i identyfikowania takich w miarę homogenicznych grup. Krótko: to nie może być tak, że lądują fachowi spadochroniarze zza Atlantyku i robią tu dobrą kampanię. Muszą zaistnieć te dwa elementy, jeden nie wystarczy.

Przykładem mogłaby tu być już niemal 20-letnia zapaść wyborcza polskiej lewicy. Trudno zrozumieć, jak przy takim Kościele katolickim i jego średniowiecznych imperialnych zapędach względem roli kobiety i wizji rodziny, w kraju nadal względnie biednym, kraju, gdzie część ludzi żyje nieco ponad granicą ubóstwa, jak w kraju, gdzie istnieje tak wiele problemów, jak smog, problem środowiska i transportu publicznego oraz kiepskiej oświaty… a więc kwestii, którymi na świecie zajmuje się z powodzeniem progresywna lewica… jak w takim kraju nie może ona znacznie przekroczyć 10-procentowego poparcia, a kandydat na prezydenta dostaje ledwie 2 proc. Elektorat dobrze pomyślanej lewicy czy socjaldemokracji powinien regularnie zyskiwać co najmniej 25-30-procentowe poparcie. Takie zasoby widzę w dobrze robionych badaniach: jest znaczna podaż lewicowych wartości i preferencji.

Wg CBOS po raz pierwszy od 20 lat większy odsetek młodzieży (18-24) deklaruje poglądy lewicowe, a nie prawicowe. Może to ziarno, na którym opozycja powinna budować?
Proszę mnie zwolnić z komentowania badan tego ośrodka… natomiast wiele danych, także nasze badania pokazują, że

rzeczywiście młodzież się zmienia. Zresztą dziwne byłoby, gdyby się nie zmieniała…

Co zatem powoduje większe lewicowe nastawienie?
Na pewno jednym z powodów zmiany orientacji młodych jest owa zinstytucjonalizowana kulturowo-religijna dominacja: propaganda jednej religii w szkołach, nietolerancyjni, ksenofobiczni księża, moralnie podupadła instytucja, nie tylko ze względu na sposób radzenia sobie z pedofilią, lecz także pazerna na dobro publiczne, traktująca siebie i swych urzędników jako będących ponad prawem… lista długa… Część buntu i niechęci do prawicy wzięła się stąd.

Druga część prawdopodobnie jest związana ze zjawiskiem simplicyzmu. Uważam, że to nie populizm, a simplicyzm jest czymś, co nam zagraża, dlatego badam ostatnio to zjawisko; jest ono zarówno korelatem, jak i alternatywą mechanizmów populistycznych. To typ uproszczonej „do bólu” relacji między wyborcami a politykami polegającej na proponowaniu – mówiąc językiem potocznym – prostackich tłumaczeń zjawisk otaczającego świata, zadających kłam skomplikowanym związkom przyczynowym występującym w otoczeniu.

Dobrym przykładem jest Trump i jego mur na granicy z Meksykiem: brzmi to tak: idą migranci z południa, no to żeby nie doszli, co trzeba zrobić? Zbudować mur. Przecież człowiek przez mur (jeśli wysoki) nie przejdzie. Ot i recepta. Kupili? Wiele milionów kupiło…

U nas wcale nie jest lepiej – PiS, aby poprawić naszą demografię, uznał, że dzietność kobiet załatwi 500 Plus, no bo jakżeż to nie chcieć mieć wiele dzieci, jak dają 500 złociszy na każde. No i co? Nic oczywiście.

A gdyby chcieli dowiedzieć się, gdzie w Europie kobiety najchętniej rodzą, toby – wbrew swemu fundamentalizmowi ograniczającemu rozumienie złożonych zjawisk – zobaczyli, że w Szwecji i Francji, a także obok – w Czechach. Wszystkie ultraświeckie państwa, które zainwestowały w instytucje sprzyjające decyzji o macierzyństwie.

Tak jednak funkcjonuje prosty umysł. Niestety w historii wielu społeczeństw są okresy, kiedy do władzy dobierają się prości ludzie o prostej umysłowości. Nie radzili sobie w swoich zawodach, kiepsko szła praca w sądzie powszechnym, no to się awansuje politycznie na szefa Trybunału, nie można zdać aplikacji, to się zostaje ministrem i prokuratorem… to nie tylko brak kompetencji, ale brak kompetencji połączony z frustracją, że obok są ci, którzy w oparciu o wartości merytokratyczne coś osiągnęli i jak tylko cywilizowane, a nie polityczne reguły mianowania na stanowiska powrócą, to oni stracą pracę. Koszt publiczny takich karier jest ogromny, nie mówiąc o koszcie społecznym.

Podejrzewam, że młodzi zareagowali także na to, bo są wykształceni, bo mają dostęp do świata i nie mogą znieść tej prostackiej narracji.

Trzecią kwestią jest wielkie cywilizacyjne wyzwanie, jakie przed nami stoi. Młodzi uświadomili sobie, że lepiej już było.

Niestety uważam, że dziś należy kształcić do zaniżania aspiracji młodych ludzi, bo przez sabotaż PiS-u z obniżeniem wieku emerytalnego oni nie będą w stanie udźwignąć obowiązku utrzymania milionów młodych emerytów. Widzą, że cała polityka tego rządu jest skierowana do ludzi starszych, zresztą nie bez przyczyny. W ostatnich wyborach PiS miał głosy około lub ponad 60 proc. emerytów, ludzi z podstawowym wykształceniem i tych o najniższych dochodach z rejonów wiejskich. PiS będzie nadal na nich stawiał, a nie na młodych i chyba to do młodych zaczyna docierać.

Dodatkowy problem z młodymi jest taki, że oni nie są aktywni i nie chodzą do wyborów.

Dlatego też żadne partie niezbyt się ich losem interesują. Gigantycznym wyzwaniem będzie też softweryzacja i robotyzacja, która jeszcze przyśpieszyła przez pandemię. Nagle okazało się, że niektóre zawody nie są potrzebne, wszelkie proste, manualne czynności mogą wykonywać roboty lub komputery zamiast człowieka, a to uderza przede wszystkim w słabo wykształconych mężczyzn w wieku późno średnim i starszym.

Czyli w elektorat PiS-u?
Ci mężczyźni wszędzie na świecie są problemem i zasobem autorytarno-populistycznych rządów: w Austrii, w USA, w Polsce. To ci, którzy nie tylko tracą swój status na rynku pracy, bo zastępują ich maszyny i roboty. Na to nakłada się jeszcze kulturowa trauma, bo przestają być też „głowami rodzin”. Z Warszawy tego nie widać, ale w mniejszych miejscowościach i na wsiach to mężczyzna był ostoją rodziny, to on przynosił do domu pieniądze, to jego zawodowe udzielanie się stanowiło punkt odniesienia dla rytmu życia, kobieta – zwłaszcza starszego pokolenia – często nawet nie pracowała, tylko zajmowała się dziećmi. Taka utrata statusu będzie powodowała znaczną frustrację.

Pytanie, czy ktoś o tym myśli, analizuje, bo wygląda na to, że nie. Tymczasem

jesteśmy przed wielką zmianą konsumpcyjnego stylu życia, która też już się zaczęła.

Kilka dni temu kupiłem pendrive o wymiarach 1 cm na 1 cm. Tylko nie rozumiem, dlaczego ten niesamowity wytwór ludzkiego umysłu został opakowany w twardy plastik 10 cm na 12 cm, który trzeba ciąć nożycami do żywopłotu. To jeden z przykładów tego globalnego nonsensu, na który zwracają uwagę ci, co alarmują o dominacji epoki antropocenu, ale na razie – pomimo wzrostu świadomości wśród ludzi – rząd PiS odmawia nawet marginalnych działań, by zapobiegać globalnemu kataklizmowi (ich polityka środowiskowa, węglowa, importu samochodów itp. świadczy o tym).

Miliardy na partyjną propagandę dają łatwo, a z tych miliardów można by wiele uczynić, by poprawić jakość naszego środowiska, a w konsekwencji zdrowia publicznego… no, ale nie ma takiej woli.

Łączy się z tym kwestia śmiertelności Polaków w ostatnich trzech latach. Ten rząd powinien po japońsku – jeśli nie ostrzem, to na kolanach przynajmniej – pokajać się przed narodem, bo śmiertelność nie wzrosła teraz ze względu na pandemię.

Ona wzrosła już w 2018 roku o 30 tys. w stosunku do roku poprzedniego, w 2019 roku także. Śmiertelność Polaków po raz pierwszy od dziesięcioleci wzrasta, bo PiS zawalił służbę zdrowia. To efekt ideologicznego zarządzania służbą zdrowia, gdzie religijno-fundamentalistyczne zacietrzewienie dominuje nad wiedzą medyczną, psychiatryczną oraz organizacyjną. Obecnie w Polsce nie ma służby, tylko atrapa zdrowia.

Ten fundamentalistyczny reakcjonizm, widoczny także w oświacie, gdzie na siłę wprowadza się wbrew dydaktycznemu pragmatyzmowi, w oparciu o nacjonalistyczną megalomanię treści nauczania, a profesurę zaczyna się ścigać za „niesłuszne” wyniki dociekań naukowych, skończy się tak, jak w każdym ustroju autorytarnym, tak jak skończyło się w komunizmie. My też chodziliśmy do szkół, gdzie opowiadano nam ideologicznie motywowane bzdury, ale w domu mieliśmy dostęp do wiedzy rzetelnej i wiedzieliśmy, co się stało w Katyniu czy we Lwowie w 1941. Pisowska polityka oświatowa to wielki wkład w zanik prestiżu nauczania szkolnego i prywatyzację wiedzy. Problem w tym, że to kosztowny zabieg.


Zdjęcie główne: Radosław Markowski, Fot. SWPS

Reklama