Reklama

Polska władza zareagowała jak najbardziej słusznie w swoim interesie, ponieważ ta sytuacja jest na rękę Kaczyńskiemu. Przecież gdyby nie ten kryzys na granicy, to PiS miałby dziś grubo poniżej 30 proc. Dzięki temu, że ten kryzys się tlił, potem wybuchł, zaraz znowu będzie się tlił, potem znowu wybuchnie, PiS może utrzymywać stan napięcia, jeżeli się uda, przez długie miesiące do wyborów. W tym znaczeniu każdy odgrywa swoją rolę tak, jakby się umówili. Nie twierdzę, że się umówili, ale tak to wygląda. Mam tu na myśli Putina, Łukaszenkę i Kaczyńskiego, dlatego że ten kryzys służy tym trzem autokratom – mówi nam prof. Marek Migalski, politolog z Uniwersytetu Śląskiego. I dodaje: – Łukaszenka od zeszłego roku prawdopodobnie jest uzurpatorem, bo przegrał wybory, spuścił zatem swoje psy gończe na społeczeństwo i dokonuje represji. Ta wojenka na granicy ma mu dać dokładnie to samo, co Kaczyńskiemu po drugiej stronie stronie granicy, czyli poparcie i mobilizację społeczną.

JUSTYNA KOĆ: Wyjątkowo spokojna debata w Sejmie nt. sytuacji na granicy, wręcz nudna, pozbawiona konkretów. Sytuacja jest aż tak poważana czy to tylko teatr?

MAREK MIGALSKI: Była nudna, ponieważ wszyscy udają zgodę, porozumienie, unikają wzajemnych ataków, bo uznają, że wyborcy tego od nich oczekują, i słusznie. Sami wyborcy, chyba przekonani przez PiS, uważają, że zagrożenie jest poważne i dlatego ten teatr jest mało emocjonujący, bo wszyscy odgrywają rolę „spokojnego pacjenta”. Dodatkowo jeszcze

ranga tej debaty została obniżona, ponieważ zdekodowana została narracja PiS-u poprzez to, że nasz mały Breżniew bawi się z kotem w domu, Adrian jest na Słowacji i uprawia autoterapię, a Pinokio siedzi na sali sejmowej obok młotka, który wczoraj nazwał lidera opozycji kanalią – przepraszam czytelników za tę ironię.

To wszystko dekoduje to, o czym PiS próbuje nas przekonać od kilku dni, czyli że właściwie stoimy w obliczy wojny. Jeden z pałkarzy medialnych rządu powiedział, że to jest najważniejsze posiedzenie Sejmu po 1989 roku, co świadczy o tym, że jest egzaltowanym młodzieniaszkiem, ponieważ z jego punktu widzenia chociażby istotniejszymi wydarzeniami nie powinny być takie jak odwołanie rządu Olszewskiego czy oskarżenie Oleksego o szpiegostwo, nie mówiąc już o posiedzeniu po tragedii smoleńskiej.

Reklama

To pokazuje, że oni chcą tę strunę napiąć do maksimum, jakby za chwilę miał wejść minister Beck i powiedzieć, że honor jest najważniejszą wartością i za chwilę zginiemy. Rzeczywiście to odsunęłoby wszystkie sprawy, którymi zajmujemy się na co dzień; maile Dworczyka, aborcja, śmierć kobiety, podwyżki, inflacja itd. To wszystko przestaje być istotne, bo za chwilę zostaniemy zaatakowani przez Białoruś i przez Rosję, wobec tego wszystkie działania rządu muszą być nie dość, że popierane, to jeszcze chwalone.

To wszystko zostało zdekodowane przez nieobecność naszego Breżniewa, Adriana i zachowanie Pinokia. Oczywiście sytuacja jest poważna, dramatyczna, zwłaszcza dla ludzi, którzy się tam znaleźli, ale nie jesteśmy w obliczu inwazji Białorusi, już nie mówiąc o Rosji. To są działania wrogie wobec Polski, to jest jasne, tam się odbywają dramaty ludzkie, co jest jeszcze bardziej jasne, natomiast to nie oznacza, że nam się zawiesiła polityka krajowa, że mamy teraz powołać rząd jedności narodowej i biernie przypatrywać się wszelkim działaniom rządu, bo kto tego nie robi, jest zdrajcą. Wygląda na to, że opozycja uznała, że chyba inaczej się nie da.

Ja na szczęście jestem komentatorem, więc mogę powiedzieć, że ta narracja jest śmiechu warta.

To jest świadome działanie Kaczyńskiego wykorzystujące świadome działanie Putina i Łukaszenki.

Czy można było zapobiec tym dramatycznym wydarzeniom z wczoraj na granicy? Kto za to odpowiada po stronie polskiej, bo np. zaniechał jakichś działań? Można było umiędzynarodowić ten konflikt…
Polska władza zareagowała jak najbardziej słusznie w swoim interesie, ponieważ ta sytuacja jest na rękę Kaczyńskiemu. Przecież gdyby nie ten kryzys na granicy, to PiS miałby dziś grubo poniżej 30 proc. Dzięki temu, że ten kryzys się tlił, potem wybuchł, zaraz znowu będzie się tlił, potem znowu wybuchnie, PiS może utrzymywać ten stan napięcia, jeżeli się uda, przez długie miesiące do wyborów. W tym znaczeniu każdy odgrywa swoją rolę tak, jakby się umówili. Nie twierdzę, że się umówili, ale tak to wygląda. Mam tu na myśli Putina, Łukaszenkę i Kaczyńskiego, dlatego że ten kryzys służy tym trzem autokratom.

Oczywiście dostrzegam różnice między Łukaszenką i Putinem z jednej strony a Kaczyńskim z drugiej, bo tamci są autokratami, a on jest aspirującym autokratą, natomiast ta gra służy wszystkim. Załatwia wewnętrzne problemy, Łukaszenka i Kaczyński odwracają uwagę od wewnętrznych problemów i mogą tym grać, ile będą chcieli, a Łukaszenka jeszcze na tym zarabia. Sytuacja jest symbiotyczna dla wszystkich 3 stron, dlatego będzie trwała.

Rządy PiS-u są w interesie Putina, który nie mógł sobie wyobrazić lepszej ekipy. PiS realizuje scenariusz jakby napisany na Łubiance w siedzibie KGB – izoluje nas w UE, pokłócił nas ze wszystkimi, łącznie z Izraelem i USA, nie mówiąc już o sojusznikach w UE.

Jednocześnie nawiązuje kontakty polityczne z prorosyjską skrajną prawicą europejską. Gdyby Putin mógł wymarzyć sobie rządy w Polsce, to one byłyby dokładnie takie, dlatego Putin jest zainteresowany, aby dawać jak najwięcej tlenu Kaczyńskiemu.

Sytuacja zaczyna wymagać zaangażowania KE, Frontexu, mówi się o art. 4 NATO. Kaczyński będzie musiał w końcu dopuścić kogoś z zewnątrz i skorzystać z pomocy. Na ile to zmieni sytuację?
Widziałem dziś sondaż, który jednoznacznie pokazuje, że większość Polaków chce, abyśmy z tymi problemami zwrócili się do sojuszników. To jest punkt dla opozycji, bo od dłuższego czasu to powtarza i okazuje się, że wobec tego trafnie rozpoznała nastroje społeczne. Polacy z jednej strony są, jak chciałby Kaczyński, przestraszeni tą sytuacją, są wrodzy wpuszczaniu uchodźców do Polski i boją się wojny, ale racje ma opozycja, mówiąc, że tak, jest zagrożenie, ale musimy sięgnąć po pomoc naszych sojuszników.

Sytuacja zatem nie jest taka, jak mogło wydawać się Kaczyńskiemu na początku, że jak przestraszy Polaków wojną, to wszyscy gremialnie staną w szeregu, żeby mu pomagać. Opozycja ma tu kilka narzędzi, czyli odwoływanie się do naszych sojuszników, których niedawno premier Morawiecki określił jako chcących wywołać III wojnę światową, a panowie Suski, Terlecki i inni nazywali zaborcami. To schizofreniczna sytuacja, ale pokazuje głębokość kryzysu, w jakim się znaleźliśmy.

Ci, od których de facto zależy nasze bezpieczeństwo, byli przed ostatnie 6 lat systematycznie do nas zniechęcani, co tylko potwierdza moją tezę wypowiedzianą chwilę temu, czyli że to jest agenda białorusko-rosyjska.

A w Polsce dzieją się straszliwe rzeczy, ponieważ z jednej strony wzbudzane są najgorsze emocje wobec tych mniejszości, zwolennicy rządu dostają orgazmu na myśl o tym, jak są silni, zwarci, gotowi i potężni, bo udało im się utrzymać za drutami 2 tys. zdesperowanych ludzi, do tego dochodzi marsz, na którym co roku część uczestników prezentuje jawnie rasistowskie i faszystowskie symbole, właśnie został objęty patronatem państwowym, co tylko pokazuje, że ten kryzys wydobywa z części Polaków najgorsze, co w nich jest.

Pan w PE zajmował się właśnie kwestiami Białorusi. Zostawmy zatem polską politykę. Co powinno się zrobić w kwestii białoruskiego reżimu?
Na początku trzeba powiedzieć, że ten konflikt, który mamy, nie jest konfliktem między Polską a Białorusią, nie jest konfliktem między Polakami a Białorusinami, jest ustawką między Łukaszenką a Kaczyńskim. W tym znaczeniu musi również ustawiać nastroje na Białorusi, które dzięki tej ustawce Kaczyńskiego z Łukaszenką mają przechodzić na stronę Łukaszenki.

Łukaszenka od zeszłego roku prawdopodobnie jest uzurpatorem, bo przegrał wybory, spuścił zatem swoje psy gończe na społeczeństwo i dokonuje represji. Ta wojenka na granicy ma mu dać dokładnie to samo, co Kaczyńskiemu po drugiej stronie stronie granicy, czyli poparcie i mobilizację społeczną. W tym znaczeniu szukając scenariuszy pamiętajmy, że

na razie większość Białorusinów widzi to jako grę swojego dyktatora, a nie jako ich sprawę. Tak samo powinni traktować to Polacy – to nie jest wojna Polski z Białorusią, a już na pewno nie z Białorusinami.

W tym znaczeniu we wszystkich działaniach powinniśmy wychodzić z założenia, że po drugiej stronie jest oczywiście dyktator i jego OMON, ale w dalszym ciągu tam są Białorusini, którzy nie są nam wrodzy. To, że Kaczyński i Łukaszenka będą bardzo dbali, abyśmy skakali sobie do oczu, to inna sprawa, ale powinniśmy pamiętać o tym, aby nie utożsamiać państwa białoruskiego z Białorusinami.

Czyli sankcje niekoniecznie się sprawdzą?
Tak, chyba że mielibyśmy absolutną pewność, że one uderzą w Łukaszenkę, a nie go wzmocnią i uderzą w społeczeństwo. Z tym trzeba być zawsze ostrożnym, tym bardziej, żeby nie uderzyć we własne interesy. Sankcje powinny uderzać w reżim, a nie w obywateli, bo to będzie powodować ich frustrację.

Ursula von der Leyen postuluje, aby zastosować sankcje w stosunku do reżimu, np. uderzające w firmy powiązane z Łukaszenką czy reżimowych polityków.
Pamiętam, że jak jeszcze byłem europosłem, to dokładnie tak robiliśmy. Jednocześnie to powinno zabrzmieć jak memento, bo byłem europosłem do 2014 roku, wówczas tak działaliśmy i nie przyniosło to, jak widać, pożądanego efektu. Sytuacja nie jest prosta, a ja nie udzielę łatwej odpowiedzi, co powinniśmy zrobić.

Na pewno nie powinniśmy dać się sprowokować i ulec. Nie możemy dziś wpuścić tych kilku tysięcy mężczyzn, bo ten obrazek, jak oni obalają zasieki i wchodzą na teren RP, byłby naprawdę niszczący i wówczas moglibyśmy się spodziewać w najbliższym czasie kilkudziesięciu tysięcy, potem kilkuset tysięcy.

W tym znaczeniu trzeba także inaczej popatrzeć na budowę muru. Ten kryzys uchodźczy kiedyś się skończy, ale Łukaszenka zostanie i zagrożenie rosyjskie również. Musimy się zatem przygotować na zagrożenie ze strony Rosji, jakkolwiek banalnie to zabrzmi. To, że obecna ekipa od kilku lat przekonuje, że największe zagrożenie to Europa, Niemcy, Bruksela, pokazuje schizofrenię, bo jednak dziś stawiają mur na granicy wschodniej, a nie zachodniej. Choć mentalnościowo ten mur budowali od 6 lat na granicy zachodniej.

Wróćmy jeszcze do narracji, jaka była do wczoraj. Paweł Kowal wspominał o tym w „Kropce nad i”, że do tej pory narracja rządzących była taka, że to opozycja odpowiada za kryzys na granicy, jak i za resztę problemów w kraju.
Mógłbym to wykpić, mówiąc, że to „wina Tuska”. To działa na pewną część elektoratu PiS-u, że cokolwiek się stanie, to wina opozycji. Skoro pani już przywołała wczorajsza „Kropkę…”, to przyznam, że oglądając program pomyślałem, że to w jakimś sensie jest różnica między obozem PiS-u a opozycji. Z jednej strony jest Paweł Kowal, jeden z najwybitniejszych znawców polityki wschodniej, a po drugiej stronie jest pan Wawrzyk. Niech to będzie podsumowanie tej sytuacji, że

kiedyś wiceministrem w rządach PiS-u był Paweł Kowal, a dziś jest nim pan Wawrzyk. To pokazuje degradację PiS-u, ale i naszej polityki i pozycji geopolitycznej, także debaty.

Pan Wawrzyk starał się być bardzo kulturalny, ale jak przyszło co do czego, to odesłał dziennikarzy polskich, że jak chcą zobaczyć  wydarzenia znad granicy, to niech jadą na Białoruś. Smutne…


Zdjęcie główne: Marek Migalski, Fot. Uniwersytet Śląski

Reklama