Reklama

Partie polityczne w Polsce raczej nie rozpieszczały pluralizmem, a większość z nich jest trzymana krótko przez swoich przywódców, więc akurat 6 kandydatów to dowód na pluralistyczność. Każdy z nich reprezentuje coś innego i z punktu widzenia interesów PO, jeśli ta walka nie przekształci się w wojnę, to jest to dobry pomysł. Ta rywalizacja może przykuć uwagę opinii publicznej, tym bardziej, że na razie kandydaci zadeklarowali chęć merytorycznego sporu. To by dowodziło, że Platforma weszła w nowy rok lepiej niż gorzej – mówi nam prof. Marek Migalski, politolog. Pytamy też o wybory prezydenckie, start Roberta Biedronia i reelekcję Andrzeja Dudy. – To jakiś horror vacui, nigdy nie wiadomo, czy lepiej, jak prezydent jest i emocjonuje się własnymi przemówieniami, czy jak jeździ na nartach. Sytuacja przez ostatnie dni jest dokładnie taka jak przez ostatnie 4 lata. Gdyby jednak się okazało, że zamach na generała Sulejmaniego to początek konfliktu zbrojnego, to oczywiste jest, że przy tak serwilistycznym stosunku do Ameryki, jaki reprezentuje obecna władza ze szczególnym uwzględnieniem postawy Andrzeja Dudy, Polska zaangażowałaby się po stronie amerykańskiej w takiej formule, w jakiej Trump by zażądał. Podejrzewam, że większość ludzi nie chciałaby tego – podkreśla nasz rozmówca

JUSTYNA KOĆ: Sześciu kandydatów na przewodniczącego Platformy Obywatelskiej to nie za dużo?

MAREK MIGALSKI: To zależy, co ma pani na myśli, mówiąc “za dużo”, i wobec czego. Partie polityczne w Polsce raczej nie rozpieszczały pluralizmem, a większość z nich jest trzymana krótko przez swoich przywódców, więc akurat tutaj powiedziałbym, że to dowód na pluralistyczność tej partii. Każdy z kandydatów reprezentuje coś innego i z punktu widzenia interesów PO, jeśli ta walka nie przekształci się w wojnę, to jest to dobry pomysł. Ta rywalizacja może przykuć uwagę opinii publicznej. Na razie kandydaci zadeklarowali chęć merytorycznego sporu. To by dowodziło, że Platforma weszła w nowy rok lepiej niż gorzej.

Czyli ruch na plus?
Tak, po pierwsze to, o czym rozmawiamy, czyli zainteresowanie sobą, ale nie swoimi problemami opinii publicznej. Po drugie, trzeba też odnotować, że nieźle wyeksponowali raport dotyczący finansowania Polskiej Fundacji Narodowej.

Reklama

Tych sześciu kandydatów, jeżeli będzie prowadzić merytoryczny spór, raczej PO pomoże niż zaszkodzi.

Jak mogą merytorycznie się spierać członkowie jednej partii? Polska to nie Stany Zjednoczone. Już słyszę kpiące komentarze, że to bujda, tak samo jak krytykowane były prawybory.
Można oczywiście być miłośnikiem partii, w której jest jeden lider i na wszystkich zjazdach partii to on występuje, po czym dostaje 98 proc. poparcia i zwolennicy takiego modelu na pewno będą mówić to, co pani teraz. Ja widzę różnice ideologiczne między Joanną Muchą czy Bartoszem Arłukowiczem a z drugiej strony Bartłomiejem Sienkiewiczem i Bogdanem Zdrojewskim. Tych pierwszych określiłbym jako centrolewicowych, drugich jako polityków centroprawicowych.

W centrum umieściłbym Budkę i Siemoniaka i to wśród nich upatrywałbym zwycięzcę.

Przypuszczam zresztą, że tych 6 kandydatów nie dojedzie do 25 stycznia, a część z nich zrezygnuje ze startu, wspierając innego kandydata – stawiam tu bardziej na Borysa Budkę – to ukształtowałoby system czy układ sił. Tomasz Siemoniak jest przedstawicielem pewnego myślenia kontynuacji, ma zresztą błogosławieństwo Grzegorza Schetyny. Pozostała piątka jest na kontrze tego, co dotychczas robił Schetyna, dlatego prawdopodobnie w jednym z tych kandydatów finalnie skumulują się te głosy.

Kto zostanie przewodniczącym – Budka czy Siemoniak?
Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba sobie zdać sprawę, że dziś w PO zarejestrowanych jest 33 tys. działaczy.

Decyzją zarządu krajowego zrezygnowano z głosowania internetowego. To oznacza, że aby oddać głos, trzeba się udać do regionalnej albo powiatowej siedziby partii. Sądzę, że z tych 33 tys. pofatyguje się około 10 tys.

Część nie płaci składek, części się po prostu nie będzie chciało, bo jak w każdej partii, i w tej są martwe dusze. Zatem dziś trudno przewidywać, kto zostanie przewodniczącym, bo nie ma żadnych badań ani analiz, co myśli te 15 tys. ludzi. Tu można mieć tylko własną wiedzę albo czucie, i to właśnie miał Grzegorz Schetyna, który przewodził partii przez ostatnie 4 lata, a przez wiele lat był sekretarzem generalnym, zatem jak nikt inny znał tę partię i z jego kalkulacji wynikało, że nie ma szans. Ocenił, że te kilkanaście tysięcy ludzi nie chce go już jako szefa partii. Jednak to jest co innego niż ocenić, który z kandydatów zostanie przewodniczącym.

W jakiej kondycji Schetyna zostawia PO?
Kondycja PO jest na pewno dożo lepsza, niż samego Schetyny – widać, że wiele go kosztowała decyzja o pozostawieniu partii. Kiedy podsumujemy jego 4 lata, to możemy ująć je w dwóch sprzecznych perspektywach.

Z punktu widzenia interesu partii te 4 lata nie były złe. Schetyna przejmował partię rzeczywiście w momencie, kiedy była w kiepskiej formie. Nawet jeden z sondaży na przełomie 2015/16 roku pokazywał, że miała poniżej 10 proc. Dziś partia cieszy się przynajmniej dwukrotnie większym poparciem i to jest wielki sukces.

W styczniu 2016 roku, kiedy Schetyna przejmował władzę, to jego partia miała około 13-15 procent poparcia, Nowoczesna miała wówczas sondaże w okolicach 30 proc. Przypomnę, że później nastąpiła rewolucja KOD-u i wielka kariera Mateusza Kijowskiego. Wszyscy wieścili, że to KOD przejmie zwierzchność nad opozycją, a PO za chwilę nie będzie. Przywódcą opozycji miał być Petru albo Kijowski. Dziś obu w polityce już nie ma, a Platforma jest i to jako najsilniejsza partia opozycyjna. To niewątpliwie sukces Schetyny. W drugim ujęciu oceniając go, to jednak trzeba powiedzieć, że ostatnie 4 lata to przegrane w wyborach, ponieważ nie zdołał odebrać Kaczyńskiemu władzy. Partie polityczne nie powstają jednak po to, aby być coraz silniejsze, ale aby przejmować władzę.

Przejdźmy do obozu rządzącego. Jak ocenia pan ostatnie działania prezydenta Dudy, a właściwie brak działań?
Nie można oceniać czegoś, czego nie ma. To jakiś horror vacui, nigdy nie wiadomo, czy lepiej jak prezydent jest i emocjonuje się własnymi przemówieniami, czy jak jeździ na nartach. Sytuacja przez ostatnie dni jest dokładnie taka, jak przed ostatnie 4 lata. To nie jest samodzielny ośrodek władzy politycznej i myślenia politycznego. W Pałacu nic się nie rodzi, a jak już się rodzi, jak pomysł referendum konstytucyjnego, to po prostu umiera.

Jedynym pomysłem Andrzeja Dudy jest reelekcja, a jedynym celem psychologicznym jest autoterapia. My nie mamy prezydenta, zatem jego obecność lub jej brak nie wpływa na “dzianie się” polityczne. On może dopełniać działania polityczne.

Mówił pan niedawno, że prezydent Andrzej Duda wygra wybory prezydenckie. Dalej pan tak uważa?
Tak, bo przy tych wszystkich krytycznych uwagach uważam, że jest faworytem. Przede wszystkim dlatego, że jego partia polityczna, z którą jest zespawany na dobre i na złe, jest w dalszym ciągu najsilniejszym podmiotem politycznym w Polsce. Po drugie, faworytem czyni go też jego osobisty urok, co muszę przyznać ze zgrzytaniem zębami. Co innego ocena własna politologa, czy ma on jakiekolwiek władztwo polityczne, a co innego ocena czy jego styl sprawowania władzy, i osobiście on podoba się wyborcom i tu odpowiedź jest twierdząca, ludzie go po prostu lubią i nie zauważają tego, co zauważam ja. Po trzecie, służy mu też pewien zastój w opozycji. Niestety, do momentu wyłonienia się nowego przewodniczącego kampania Małgorzaty Kidawy-Błońskiej będzie w punkcie zerowym, zatem do 25 stycznia, a być może nawet do 8 lutego kampania nie będzie realizowana.

Włodzimierz Czarzasty zapowiedział w niedzielę, że z ramienia Lewicy do wyborów prezydenckich będzie rekomendował Roberta Biedronia. To dobry pomysł?
Osobiście bałbym się zagłosować na Roberta Biedronia w wyborach prezydenckich, bo nie wiadomo, co by zrobił ze zdobytym urzędem – oddał czy nie. A serio to może to być dowód na wewnętrzne przepychanki na Lewicy, gdzie wygląda na to, że ci, co chcą startować, nie mają wystarczającego poparcia, a ci, co je mają, nie chcą startować. Wcześniej obserwowaliśmy śmieszki-heheszki, jakie politycy Lewicy urządzali z okazji sylwestra w sprawie wystawienia kandydata. Robert Biedroń zmarnował swój kapitał polityczny w związku z oddaniem czy nieoddaniem mandatu europosła. Moim zdaniem,

jeżeli rzeczywiście Robert Biedroń zostanie kandydatem Lewicy na prezydenta, to będzie to bardzo fajny prezent dla Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Sądzę, że Biedroń nie będzie mógł liczyć na więcej niż 10 proc.

Reszta kandydatów?
Hołownia zasnął. Ogłosił się kandydatem, a teraz dochodzą tylko do nas informacje, kto ma być jego szefem sztabu, jaką ma fundację, ja kompletnie nie widzę jego aktywności. Podobnie jak Kosiniaka-Kamysza. Trochę jakby opozycja jeszcze się nie wybudziła ze snu świątecznego i postanowiła dżentelmeńsko zachować się wobec Andrzeja Dudy, który jeździ na nartach, i nie prowadzić poważnej polityki.

Pamiętajmy, że za chwilę mamy Trzech Króli, potem walentynki, święta wielkanocne, weekend majowy i będzie po wyborach.

Jesteśmy 4 miesiące przed elekcją, to jest 17 tygodni przed wyborami, i nie ma czasu na marnowanie go i na bycie w nastroju sylwestrowo-noworocznym.

Czyli Andrzej Duda ma reelekcję w kieszeni i PiS będzie rządził wiecznie?
Jest do pokonania, chociaż opozycja zrobiła wszystko, aby ułatwić mu reelekcję. W polityce wygrywa ten, który popełni mniej błędów, bo te popełnia każdy. PO straciła szansę wystawienia kogoś niepartyjnego, bo nie mam wątpliwości, że do II tury z Dudą wejdzie kandydat PO, czyli Małgorzata Kidawa-Błońska, bo to ta partia ma największe zasoby. Kidawa-Błońska ma swoje zalety, ale też wady – największą jest to, że jest to kandydatura partyjna. Moim zdaniem lepszym kandydatem byłby marszałek Grodzki, bo wyborcom PSL, Lewicy i Hołowni ciężko będzie oddać głos w II turze na kogoś, kto jest działaczem PO.

Mimo wszystko twierdzę, że bardzo dobrze poprowadzona kampania wyborcza Kidawy-Błońskiej albo jakaś nadzwyczajnie super poprowadzona kampania Hołowni, gdyby się ocknął, stwarza szanse.

Są jeszcze dwa czynniki zewnętrzne, które mogą o tym zadecydować – to kwestia kryzysu gospodarczego, który jeżeli by do nas dotarł przed majem – co jest mało prawdopodobne – może zmienić wynik wyborów. Drugim czynnikiem jest wojna amerykańsko-irańska. Gdyby się okazało, że to początek konfliktu zbrojnego, to oczywiste jest, że przy tak serwilistycznym stosunku do Ameryki, jaki reprezentuje obecna władza, ze szczególnym uwzględnieniem postawy Andrzeja Dudy, Polska zaangażowałaby się po stronie amerykańskiej w takiej formule, w jakiej Trump by zażądał. Podejrzewam, że większość ludzi nie chciałaby tego.


Zdjęcie główne: Marek Migalski, Fot. Flickr/Edvard Kožušník/©kozusnik.eu

Reklama