Reklama

Największym absurdem w tej niby-strategii Polski, w której nie do końca wiadomo, o co chodzi, jest fakt, że rozporządzenie o praworządności i tak wejdzie w życie, nawet jeżeli zaistnieje, wymarzone przez niektórych polityków PiS-u, prowizorium budżetowe – mówi w rozmowie z nami prof. Danuta Hübner, eurodeputowana Koalicji Europejskiej. W przeddzień unijnego szczytu pytamy o realne scenariusze porozumienia, czy premier użyje weta, czy Bruksela znajdzie pomysł na kompromis. Pytamy też, jak postrzegana jest Polska. – Wystąpienie premiera w polskim parlamencie wzbudziło w Unii ogromne emocje, bo od dawna nikt nie słyszał tak antyeuropejskiego przemówienia wysokiego rangą polityka kraju unijnego, premiera kraju, który od 16 lat jest największym beneficjentem unijnych funduszy – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Mateusz Morawiecki w wywiadzie dla zagranicznych gazet niespełna dwie doby przed szczytem powiedział, że „weto nie prowadzi do osłabienia Unii, to wentyl bezpieczeństwa niezbędny do istnienia Unii”. Zgadza się pani z premierem Morawieckim?

DANUTA HÜBNER: To zadziwiające słowa od osoby, która uważa się za eksperta od spraw europejskich. Weto istnieje jako instrument w podejmowaniu decyzji, kiedy potrzebna jest jednomyślność. Ostatnio był użyty, gdy była rozpatrywana sprawa sankcji dla Białorusi i wówczas Cypr blokował sankcje. Polska nie może zablokować mechanizmu praworządności, ponieważ jest on przyjmowany większością. Dlatego Polska posłużyła się groźbą zawetowana innych spraw, które wymagają jednomyślności, z całości tego pakietu dotyczącego środków na odbudowę Europy i wieloletniego budżetu. Zrozumiałabym, gdyby wetem grożono na przykład w przypadku zwiększenia składek, czyli w sprawie, która dotyka każdego z nas, bo warto pamiętać, że weto to jednak broń atomowa.

W odniesieniu do budżetu w historii Unii Europejskiej nigdy nie było wykorzystane.

Teraz również ciągle jest mieczem, który wisi nad nami, bo zgłoszona została dopiero intencja jego użycia i miejmy nadzieję, że finalnie to weto nie zostanie postawione na forum Rady Europejskiej.

Reklama

Ten cały pomysł z wetem to przykład kompletnego braku zrozumienia wspólnoty i jej interesu i, co szokujące w tym przypadku budżetowym, to wyraźny brak solidarności. Polska nic nie zyskuje grożąc wetem. Byłoby to działanie nieracjonalne, można powiedzieć, samookaleczenie się Polski, całkowicie pozbawione sensu działanie. Dodatkowo doprowadziłoby do kryzysu instytucjonalnego w Unii, i to w czasie pandemii i kryzysu, który wymaga specjalnych, szybkich i wspólnych działań.

Czy kompromis jest możliwy i z czego musiałaby zrezygnować Europa, bo z zapisów dotyczących praworządności nie zrezygnuje?
To prawda i jest to niemożliwe z paru powodów. Jak duże jest poparcie w krajach członkowskich dla powiązania funduszy z praworządnością, widzieliśmy, bo wypowiadały się w tej sprawie nie tylko Parlament Europejski, ale też parlamenty narodowe, a także zwykli obywatele, którzy pytają swoich przywódców o te kwestie.

Dlaczego obywatele Unii mają płacić ze swojej kieszeni także na te rządy, które nie szanują Europy i nie są zdolne do kompromisu?

Polska jako kolebka „Solidarności” w szczególny sposób pokazuje, że dziś stała się czempionem braku tej solidarności. Pamiętajmy, że Parlament Europejski przegłosował już te kwestie i absolutnie nie ma mowy o ponownym otwieraniu sprawy praworządności, a tym bardziej o łagodzeniu przyjętego stanowiska. Jeżeli Polska i Węgry w tym przedziwnym sojuszu nie zgodzą się na wycofanie się z weta, to trzeba będzie szukać sposobu dla przyjęcia Funduszu Odbudowy. Zasada praworządności nie jest nowa. Nie ma od niej ucieczki w żadnym obszarze funkcjonowania integracji europejskiej, bo UE to jest wspólnotą prawa. Nie sądzę zatem, aby odejście od zasady praworządności było ścieżką do szukania kompromisu. Jeżeli już, to obawiam się, że będą poszukiwane rozwiązania, które nie uwzględniają Polski i Węgier w ramach Funduszu Odbudowy.

Te kraje mogą pójść także do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej bez blokowania Funduszu Odbudowy, co uniemożliwiłoby korzystanie z niego przez inne kraje, którym te zwiększone środki na odbudowę Europy są bardzo potrzebne. W Trybunale Polska będzie mogła sprawdzić słuszność swoich racji. Pamiętajmy, że pakiet odbudowy dotyczy 450 milionów ludzi nie tylko Polski i Węgier.

Ta fatalna strategia z wetem jest działaniem przeciwko wszystkim obywatelom Unii, oczywiście także przeciwko obywatelom Polski, szczególnie, że praworządność chroni nas, obywateli, zwykłych ludzi, przed bezprawiem rządów.

Rządząca w Polsce Zjednoczona Prawica tłumaczy, że praworządność jest jak yeti. Mówi o tzw. praworządności, którą Unia chce nam ograniczyć suwerenność.
Praworządność jest bardzo precyzyjnie rozpisana w rozporządzeniu, czyli legalność, przejrzystość prawa i sprawny system wymiaru sprawiedliwości, także instrumenty walki z korupcją, przestępstwem gospodarczym; to wszystko jest tam wyłożone „kawa na ławę”. Mówienie o tym, że nie wiadomo, o co chodzi, i że to „tzw. praworządność”, pokazuje, że albo się nawet nie pofatygowano, żeby to rozporządzenie przeczytać, albo to cyniczna gra.

Największym jednak absurdem w tej niby-strategii Polski, w której nie do końca wiadomo, o co chodzi, jest fakt, że rozporządzenie o praworządności i tak wejdzie w życie, nawet jeżeli zaistnieje, wymarzone przez niektórych polityków PiS-u, prowizorium budżetowe.

W żaden sposób odejść od praworządności się nie da, natomiast Polska może się pozbawić dodatkowych funduszy, które będą jej bardzo potrzebne na odbudowę gospodarki po kryzysie.

Zresztą i tak już mają miejsce pewne uszczerbki w naszej reputacji w Unii Europejskiej. Mam codziennie kilka,  kilkanaście spotkań i ze smutkiem przyznaję, że nie zdarza się, aby ktoś nie zapytał o weto i kłopoty, które sprawia ten sojusz polsko-węgierski.

No właśnie, zatem o co gra Mateusz Morawiecki, skoro powiązanie z praworządnością i tak będzie? Tajemnicą poliszynela jest fakt, że ten mechanizm został skonstruowany głównie po to, aby uniemożliwić Orbánowi kradzież unijnych funduszy. Polska zginie za Węgry w walce z Unią Europejską?
To rzeczywiście jest dziwny sojusz i akurat w tej sprawie dobrze by było porozumienia z Węgrami unikać. Nieliberalna demokracja, którą premier Orbán wdraża od lat i która wydaje się fascynować część prawicy w Polsce, naszemu krajowi w żaden sposób nie służy. To jest absolutnie niezrozumiałe, tym bardziej, że słyszeliśmy deklaracje kilka dni temu, „że jeden za drugiego”, i inne tego typu zaklęcia, a potem pan premier Orbán nagle odszedł od kwestii budżetu i raczej mówił, że nie zgadza się na to, co dzieje się w kwestii migracji. Zatem przyznam, że jest dla mnie tajemnicą to, co my chcemy z Węgrami ugrać w tej chwili w Brukseli.

Szczególnie, że mamy w Unii parę innych interesów, chociażby kwestie potrzebujące finansowania i wsparcia, jak chociażby kwestia wydobycia węgla i wsparcia dla kopalni, które to sprawy były podnoszone nie tak dawno. Składane były w tej sprawie nawet obietnice, a pamiętajmy, że nie można takich rzeczy robić legalnie bez zgody Komisji Europejskiej. Jeżeli nie będzie budżetu, to w ogóle nie będzie funduszu sprawiedliwej transformacji, którego trzy i pół miliarda euro miało trafić do Polski. Niestety tylko tyle, ponieważ Polska nie wykazała zainteresowania z podłączeniem się do europejskich celów, jeśli chodzi o osiągnięcie neutralności klimatycznej. I dlatego właśnie nie możemy korzystać z całego funduszu.

Wszystko wskazuje na to, że teza, że jest to efekt walki grup politycznych o władzę w Polsce, jest całkowicie uzasadniona.

Wystąpienie premiera w polskim parlamencie wzbudziło w Unii ogromne emocje, bo od dawna nikt nie słyszał tak antyeuropejskiego przemówienia wysokiego rangą polityka kraju unijnego, premiera kraju, który od 16 lat jest największym beneficjentem unijnych funduszy. Przypominam także, że jeszcze przed wejściem do Unii dostawaliśmy ogromne fundusze pomocowe. Jeżeli słyszy się tak negatywne słowa od premiera kraju, który od kilkunastu lat otrzymuje bezprecedensowo dużą pomoc europejską, to jest to trudne do zrozumienia, zresztą nie tylko w Brukseli.

Z przykrością zauważam, że w europejskich mediach, gazetach, programach publicystycznych na poważnie pojawia się pytanie na temat przyszłości Polski w Unii. Przykre jest również to, że stosuje się określenie Polska, myśląc o rządzie, który mówi w imieniu społeczeństwa, co też jest dodatkowym policzkiem dla nas wszystkich i działa przeciwko naszym interesom.

To bardzo przykre, bo wiele osób włożyło bardzo dużo trudu w to, żeby Polska była postrzegana dobrze. Pamiętam, jakim wyzwaniem była polska prezydencja, jak bardzo niektórzy otworzyli wtedy oczy, gdy zobaczyli piękno Polski, i to piękno pod każdym względem.

Polexit to realny scenariusz?
Na szczęście ciągle ponad 80 proc. Polaków popiera UE i jakiekolwiek próby wyjścia z Unii byłyby więc ciosem, i to wielowymiarowym dla nas wszystkich, dlatego

sądzę, że przynajmniej na razie Polacy nie dadzą się z Unii wyprowadzić.

Także dlatego, że widzą na własne oczy, jak bardzo członkostwo przyspieszyło zmiany cywilizacyjne i rozwój. Wystarczy przyjechać się po kraju, aby dostrzec ten cywilizacyjny skok, który osiągnęliśmy dzięki członkostwu w Unii.

Niestety to, co robi rząd także w kwestii weta, jest takim wyłuskiwaniem nas ze Wspólnoty – bo to nie musi być trzaśnięcie drzwiami. Polexit to również zmniejszanie znaczenia Polski czy utrata szacunku, jakim Europa darzyła Polskę od czasów „Solidarności”. Dziś pokazujemy, że nie chcemy uczestniczyć we Wspólnocie, że nie ma w nas gotowości ani potrzeby do poszukiwania wspólnych rozwiązań dla spraw kluczowych dla pół miliarda obywateli Unii. Na razie działamy na szkodę Wspólnoty i szkodę Polski w imię bardzo dziwnych interesów.

Robienie groźnych min przez smutnych polskich polityków, którzy opowiadają niestworzone historie o tym, jak to ratują Unię sprzeciwiając się praworządności, jest naprawdę śmieszne.

W swoim wystąpieniu w Sejmie premier Morawiecki powiedział, że „nie do takiej Unii wstępowaliśmy”. Chciałabym zatem zapytać, czy to Unia się zmieniła, czy Polska nie jest już takim krajem, jakim była, gdy wstępowaliśmy do Unii 16 lat temu?
No niestety wygląda na to, że to Polska się zmieniła i powszechnie mówi się, że obecnie niespecjalnie pasuje do Unii. Ten wizerunek premiera pohukującego z mównicy sejmowej, który porównuje Unię do Związku Radzieckiego, jest kompletnie nie do zaakceptowania.

Proszę sobie teraz wyobrazić, co by było, gdybyśmy w 2004 roku nie weszli do Unii Europejskiej. Pokolenie premiera, ale nie tylko, doskonale pamięta, jak wyglądała wtedy Polska, jak się nam żyło, i

myślę, że mają świadomość tego, gdzie byśmy byli, gdybyśmy porzucili tę ścieżkę powrotu do Europy.

Warto podkreślić, że to był wspólny cel i determinacja wszystkich rządów.  Dziś to wydaje się niewyobrażalne, ale rzeczywiście wtedy było tak, że ta pałeczka w sztafecie europejskiej i NATO-wskiej była przekazywana z rządu do rządu bez względu na kolor partyjnych barw czy inne różnice ideologiczne. To była wielka solidarność klasy politycznej z własnym obywatelem, kiedy wszyscy dążyli do tego samego. Dziś tego nie ma i to jest bardzo bolesne i przykre.


Zdjęcie główne: Danuta Hübner, Fot. Flickr/EPP Group, licencja Creative Commons

Reklama