Reklama

Kluczowa dla przetrwania PO jest uporządkowana sukcesja. Uporządkowana, czyli taka, która połączy młodych i starych. Patronem głębokiego liftingu Platformy musi być Grzegorz Schetyna. Po prostu dlatego, że nie ma dziś jeszcze dla niego żadnego dojrzałego kontrkandydata. Poza PO i KO jest jeszcze Lewica. Dziś jednak składa się na nią błaznowanie Adriana Zandberga jako wielkiego samodzielnego lidera w sejmowej komórce na szczotki. A także wiara w to, że „Generał Biedroń wam pokaże!”. Paradoksalnie to Włodzimierz Czarzasty najbardziej nadaje się do sensownych politycznych gier – pisze Cezary Michalski w powyborczej analizie sceny politycznej

PiS wygrało w 2019 roku tak jak Edward Gierek wygrałby w 1975. Kiedy władza zużyła już politycznie większość finansowych i rozwojowych rezerw, ale cena tej polityki nie zaczęła być jeszcze odczuwalna dla ludzi.

Ponieważ mamy jednak resztkową demokrację, PiS nawet w apogeum swojej „gierkowszczyzny” straciło większość w Senacie (jak bardzo resztkową demokrację mamy, przekonamy się po rozpatrzeniu przez prokuratorów Ziobry i komisarzy Brudzińskiego wyborczych protestów Kaczyńskiego, który próbuje zmienić wynik wyborów do Senatu albo przynajmniej opóźnić ich ogłoszenie, co da mu więcej czasu na próby zaszantażowania lub przekupienia senatorów opozycji).

Obóz Kaczyńskiego nie powiększył też stanu posiadania w Sejmie.

Większość konstytucyjna czy choćby większość pozwalająca odrzucać weto prezydenta (a także dająca Kaczyńskiemu możliwość skuteczniejszego dyscyplinowania Gowina i Ziobry) okazały się tylko marzeniem. A jeśli opozycja podejdzie poważnie do kampanii prezydenckiej, Kaczyński znów będzie musiał ruszyć w Polskę z obietnicami jeszcze obfitszych „darów”, co tylko przyspieszy kryzys PiS-owskiej „gierkowszczyzny”.

Reklama

Nie ma zbawienia poza instytucjami

Aby jednak odsunąć od władzy Kaczyńskiego w momencie, kiedy jego „gierkowszczyzna” zacznie się sypać, potrzebna jest polityczna opozycja, która nie zostanie wcześniej przez PiS zniszczona. Z kolei po to, by zmienić Polskę na bardziej liberalną i demokratyczną, a nie wymienić tylko PiS-owski populizm na populizm narodowców czy skrajnej lewicy (to drugie w Polsce jest akurat całkowicie nieprawdopodobne, tylko Adrian Zandberg i jego hipsterscy wyznawcy w mainstreamowych mediach w to wierzą) potrzebna jest silna polityczna reprezentacja centrum. PO i KO są jedyną polityczną instytucją reprezentującą w Polsce dojrzałe mieszczańskie centrum. Parafrazując Ojców Kościoła, tylko że totalnie na świecko, pozwolę sobie powtórzyć, że

poza instytucjami nie ma zbawienia, bo poza instytucjami nie ma istnienia. Przynajmniej w polityce.

Do tego można dodać inny banał (banał to w końcu nieco przechodzone i ździebko przetarte ubranko oczywistej prawdy), że tylko partia może odebrać władzę partii. Chaos (najpierw entuzjastyczny, potem pesymistyczny) ulicznych protestów ostatnich czterech lat skończył się totalną klęską. Właśnie dlatego, że nie był uzupełnieniem polityki instytucjonalnej opozycji (tak jak po prawej stronie Kluby „Gazety Polskiej” czy „Solidarni 2010” byli uzupełnieniem polityki PiS), ale liderzy tego chaosu uważali, że mogą partie polityczne zastąpić. Nie zastąpili, na co dowodem są rozbitkowie po ulicznych protestach. Poobtłukiwane i niezbyt już żywe pomniki ulicznej demokracji bezpośredniej: Marta Lempart i Paweł Kasprzak.

Ale nawet mój zawzięty instytucjonalny konserwatyzm nie przesłoni faktu, że PO musi bardzo wiele zrobić, żeby przeżyć i pozostać polityczną alternatywą dla PiS. Zdolną do zatrzymania Kaczyńskiego w Senacie, w wyborach prezydenckich, gotową do odebrania mu władzy, kiedy zacznie zapadać się PiS-owska „gierkowszczyzna”. Problem w tym, że

rozliczenia powyborcze w Platformie (głośniejsze i bardziej radykalne w mediach, niż w samej partii) ukrywają fakt, że żaden z konkurentów wystawianych przez media do walki ze Schetyną w czasie wyborów władz PO w styczniu 2020 nie ma ani nowego pomysłu, ani nawet woli walki.

PO nie pracowała nad wyrazistym pozytywnym projektem modernizacji Polski przez dwie kadencje rządów Donalda Tuska. Jego niechęć do „wizji” skrywała przekonanie (niepozbawione podstaw), że największym dobrem w Polsce jest pokój społeczny. Część polskiego społeczeństwa (podobnie jak część rosyjskiego, bułgarskiego, enerdowskiego) jest tak wkurzona zmianami, w których uczestniczą od czasu upadku komunizmu, że nie należy ich drażnić nowymi „modernizacyjnymi skokami”, „bolesnymi reformami, które zniszczyły Unię Wolności i AWS”, „wojną kulturową” z coraz bardziej prawicowym Kościołem, a nawet „liberalizmem, który pogrążył KL-D”. Tusk i ludzie z jego najbliższego otoczenia uważali, że jedynym bezpiecznym czynnikiem modernizacyjnym jest bogacenie się społeczeństwa (także dzięki dopływowi środków unijnych) i okcydentalizacja pod wpływem unijnych instytucji i norm.

Złośliwi (do których sam należałem) nazywali to „anestezjologiczną teorią modernizacji Polski”, gdzie zmiana ma się dokonywać w politycznie uśpionym i „znieczulonym” społeczeństwie. Wirtuozem tego anestezyjnego języka pracującym lojalnie dla Tuska był Bartłomiej Sienkiewicz. Dzisiaj, kiedy jego linia przegrała, to on jako pierwszy narzeka na „zbyt małą odwagę wizji i polityki PO”. Ale może powinien być bardziej lojalny wobec samego siebie sprzed kilku lat, bo broniona wówczas przez niego „anestezjologiczna teoria modernizacji” jawi się jako dość racjonalna dziś, kiedy Kaczyński wybudził pacjenta z narkozy za pomocą młotka i pozwolił mu demolować cały nasz szpital.

Ta anestezjologiczna ostrożność ukształtowała jednak całą Platformę. W dodatku po 2015 roku Jarosław Kaczyński narzucił ostry konflikt niszcząc instytucje III RP, co sprawiło, że opozycja skupiła się na ich obronie, nie pracując nad własną wizją Polski.

Platformerski program dalszej decentralizacji, wzmocnienia samorządów, różne „sześciopaki” – to wszystko było poczciwe i ważne, ale nie zawierało szerszego projektu, elementów wizji, nie otwierało PO na nieco młodszy i nieco szerszy elektorat.

Język koalicji bez koalicji

Do lata 2019, poprzez wybory samorządowe i europejskie, strategia PO opierała się na idei szerokiej antypisowskiej koalicji. Kiedy po wyborach europejskich z koalicji odeszło PSL, a kierownictwo PO (wywodzące się jednak z silnie antykomunistycznej opozycji lat 80.) wykorzystało ten pretekst, aby odsunąć się od „postkomunistycznego SLD”, Platforma nadal używała języka szerokiej koalicji (ostrożnego, nieco rozmytego), mimo że realna szeroka koalicji przestała już istnieć.

Wejście do Sejmu zarówno Lewicy (walczącej o lewicowo-liberalne skrzydło elektoratu PO, bo na żaden „lud”, czyli elektorat socjalny, nie mają dziś przełożenia ani starzy aparatczycy SLD, ani młoda hipsterska lewica Zandberga i Biedronia), jak też PSL-u (oferującego przestrzeń najtwardszym konserwatystom z Platformy) wymusza na największej opozycyjnej formacji wyraziste zdefiniowanie samej siebie jako potrzebnej Polakom reprezentacji politycznego centrum. Konieczne jet zdefiniowanie się PO i KO poprzez nową diagnozę społeczną (dotyczącą Polski, Europy i Świata) i precyzyjną ofertę dla precyzyjnie opisanego elektoratu. Kto mógłby to zrobić, w jakich obszarach?

Czy istnieją młodzi liberałowie, którzy mogliby wesprzeć odnowę Platformy z zewnątrz? Tu jestem pesymistą, patrząc na totalny oportunizm i głęboką intelektualną jałowość środowiska „Kultury Liberalnej”. Albo obserwując zbyt radykalne zdystansowanie się wobec polityki partyjnej przez o wiele żywotniejsze i ciekawsze od „Kultury Liberalnej” środowisko „Liberté”.

Ktoś jednak musi stworzyć diagnozę i program dla partii polskiego liberalnego centrum. Ktoś musi głośno powiedzieć o konieczności powrotu polskich liberałów do koncepcji awansu społecznego, w miejsce snobistycznej obrony „atakowanych przez populistów elit”. Ktoś musi przypomnieć o wartości „słoików” (kto ma po swojej stronie „słoiki”, czyli dojrzałych ludzi wędrujących do miast, awansujących zawodowo i społecznie, odrzucających prostą repetycję konserwatyzmu własnych rodziców, ten będzie rządził Polską).

W dodatku (tu pozwolę sobie całkowicie odejść od trendu, jaki zapanował w polskich mainstreamowych mediach, a mam na myśli zarówno o medialny mainstream pisowski, jak też antypisowski) patronem takiego głębokiego liftingu Platformy i Koalicji Obywatelskiej musi być Grzegorz Schetyna. Po prostu dlatego, że w Platformie nie ma dziś jeszcze dla niego żadnego dojrzałego kontrkandydata. Zniszczenie Schetyny, „żeby w pustym miejscu po nim mógł się wreszcie objawić jakiś Macron albo Macroniowa”, oznacza ryzyko zniszczenia najsilniejszej opozycyjnej formacji i oddania Polski Kaczyńskiemu w całości, na długo.

Nie skończyć jak Król Lear

Kluczowa dla przetrwania PO jest uporządkowana sukcesja. Uporządkowana, czyli taka, która połączy młodych i starych, nie doprowadzi do rozpadu instytucji, w której ta sukcesja się dokonuje. Jeśli pokolenie Schetyny (moi rówieśnicy) nie potrafi przeprowadzić uporządkowanej sukcesji, PO i KO (której Platforma jest główną siłą) będą obumierać i „schnąć” (cyt. za Joanna Mucha). Jako instytucjonalny konserwatysta będę lojalnie obumierać i schnąć razem z nimi, ale oczywiście wolałbym razem z nimi przeżyć i rozkwitać. Szekspirowski Król Lear, który nie potrafił mądrze wyznaczyć swoich następców i następczyń, pozostawił swoje królestwo pogrążone w totalnym chaosie.

Tusk trochę był królem Learem, Schetyna trochę nim jest, ale mam nadzieję, że nie do końca. Namaści więc następców, wprowadzi najsilniejszych i najbardziej obiecujących „młodych” (choćby takich w okolicach czterdziestki) na polityczny bal debiutantów, kiedy ci się w końcu objawią.

Ale dopóki ich nie ma, zawsze będę bronił tego, co jest przed tym, czego nie ma. Zawsze będę stawiał instytucję przed pospolitym ruszeniem; polityków – takich jak Tusk, Schetyna, Kidawa-Błońska, Budka, Brejza, Nowacka… – przed „celebrytami” takimi jak Marcinkiewicz, Pitera, Jan Śpiewak, którzy tym chętniej i radykalniej recenzują realnych politycznych liderów, im bardziej sami w polskiej polityce są niczym i nie mają nikomu nic do zaproponowania. Zawsze wreszcie będę bronił centrum (liberalnego, mieszczańskiego, czasem konserwatywno-liberalnego, czasem socjalliberalnego), przed lewicowymi i prawicowymi radykałami, fachowcami od kulturowej wojny, fachowcami od niszczenia społeczeństw i państw.

Lewica i fatum kulturowej wojny

Poza PO i KO jest jeszcze Lewica. Dziś jednak składa się na nią błaznowanie Adriana Zandberga jako wielkiego samodzielnego lidera w sejmowej komórce na szczotki. A także wiara w to, że „Generał Biedroń wam pokaże!” (parafraza za Sławomirem Mrożkiem), jeśli oczywiście definitywnie wróci na białym koniu z Brukseli, na co nie ma wyraźnie ochoty.

Paradoksalnie to Włodzimierz Czarzasty najbardziej nadaje się do sensownych politycznych gier. I naprawdę nie jestem pewien słuszności decyzji kierownictwa PO o odepchnięciu Czarzastego i dostarczeniu w ten sposób Zandbergowi lektyki, na której muskularni działacze terenowego aparatu SLD (jedynego, jaki lewica faktycznie miała w całym kraju) wnieśli go do Sejmu.

Waginy w koronach, wyższe podatki, atak na własność prywatną i polskich przedsiębiorców, do tego wojna kulturowa, głupi antyklerykalizm… te i inne sposoby na prowokowanie prawicy (ale także na przesuwanie „normalsów” w kierunku prawicy) kulturowa lewica Zandberga i Biedronia ma obcykane. Ale wygrywać z prawicą wyborów nie potrafi. Żeby z prawicą wygrać potrzebne jest silne centrum.

Kiedy SLD rządziło Polską, było w centrum, a nie na skrajnej flance ekonomicznych, ideologicznych czy nawet historycznych sporów. Właśnie dlatego rządziło, bo zawalczyło o centrum. Leszek Miller jako premier słusznie obniżał CIT i słusznie nie prowokował wojny kulturowej. Aleksander Kwaśniewski jako prezydent słusznie „wybierał przyszłość” wygaszając lub choćby łagodząc nierozstrzygalny spór o polską historię najnowszą („trzeba było bić się czy nie bić?”, „weszliby czy nie weszli?”, itp., itd.).

Nie mówiąc już o tym, że Miller razem z Kwaśniewskim słusznie w całości przejęli i zrealizowali agendę wcześniejszych rządów „postsolidarnościowych” w polskiej polityce zagranicznej. Czyli parli za wszelką cenę do NATO i Unii Europejskiej, a Czarzasty ich wtedy lojalnie popierał – i o to akurat nie mam do niego pretensji.

Smutno mi raczej, kiedy widzę, jak dziś musi pomagać mydlanemu Biedroniowi i z lekka szalonemu Zandbergowi. Gdyby nie afera Rywina, afera starachowicka…, czyli zachłyśnięcie się władzę i kiepska jakość aparatu, SLD by rządziło do dzisiaj, bo właśnie za bycie w centrum Polacy nagradzali Sojusz.

Bezdenna głupota kulturowej lewicy

To Kaczyński, Jędraszewski i Rydzyk radykalne hasła kulturowej lewicy zanoszą dzisiaj pod strzechy i przedstawiając je tam w sposób karykaturalny mobilizują konserwatywnych mieszkańców wsi i prowincji nie tylko przeciwko kulturowej lewicy, ale także przeciwko liberalnemu centrum i przeciw UE. Kulturowa lewica (której zakładnikiem stał się niestety Włodzimierz Czarzasty) nic z tego nie rozumie. Radykalna teoretyczka feministyczna Ewa Majewska na parę tygodni przed ostatnimi wyborami przedstawiła w wywiadzie dla „Newsweeka” diagnozę, że po czterech latach rządów PiS feminizm w Polsce ma się coraz lepiej, trafił wręcz pod strzechy, „stał się ludowy”.

Jak głosuje się pod strzechami, widzieliśmy w wyborach lokalnych, europejskich i ogólnokrajowych. Wybierani są tam (także głosami kobiet, które nienawidzą kobiet „zbyt wyzwolonych”) partie i polityków najbardziej wrogich emancypacji, najbardziej klerykalnych, wręcz paranoicznych. Po czterech latach rządów PiS feminizm może ma się w Polsce świetnie (jeśli wierzyć Ewie Majewskiej, a kimże jestem, aby kwestionować jej diagnozę), ale prawa kobiet zostały totalnie podeptane.

Rządząca prawica przestała realizować konwencję antyprzemocową, wycofała finansowanie in vitro z budżetu państwa, utrudnia nauczanie seksualne w szkole i przygotowuje jego faktyczną delegalizację.

Prokobiece organizacje pozarządowe zostały odsunięte od większości programów społecznych i edukacyjnych, a o umiarkowanej feministce na stanowisku ministra ds. równego traktowania (Małgorzata Fuszara pełniła tę funkcję w rządach Tuska i Kopacz) można tylko pomarzyć. Wreszcie aborcyjne status quo, zupełnie bezsilnie atakowane przez radykalne działaczki feministyczne, zostało złamane, ale przez prawicę i to bez politycznie kosztownej dla Kaczyńskiego zmiany ustawy. Tzw. klauzula sumienia, która powinna dotyczyć pojedynczych lekarzy, jest dziś za pełnym przyzwoleniem Ministerstwa Zdrowia stosowana przez całe szpitale, a nawet w całych województwach, co uniemożliwia przeprowadzanie legalnych zabiegów przerwania ciąży w sytuacji uszkodzenia płodu czy zagrożenia zdrowia i życia matki.

W Polsce wszystkie elementy wojny kulturowej zostały wyzwolone, tyle że radykalna prawica używa ich znacznie skuteczniej, niż radykalna lewica.

Radykalna lewica i radykalna prawica nigdy w historii niczego dobrego nie spowodowały, zawsze były elementami smętnej Apokalipsy tego czy innego Weimaru. Tym samym pozostały w dzisiejszej Polsce Anno Domini 2019. Dlatego tak bardzo jest nam potrzebne silne polityczne centrum.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika “Newsweek”


Zdjęcie główne: Grzegorz Schetyna i Borys Budka, Fot. Flickr/PO

Reklama