Reklama

Choć wiadomo, że to zawieszony na szyi medal jest marzeniem każdego sportowca i namacalnym symbolem sukcesu, to są przypadki, gdy drużyna nie musi stanąć na podium, by można było nazwać ją zwycięską. Takim przykładem na pewno są polskie siatkarki, które zdobyły właśnie czwarte miejsce mistrzostw Europy.

Prowadzone przez trenera Jacka Nawrockiego Polki w trakcie rozgrywanego między innymi w Łodzi turnieju przypomniały kibicom swoimi zwycięstwami o dawnych triumfach zespołu Andrzeja Niemczyka, czy brązie ekipy Jerzego Matlaka. Rozbudziły także swoje medalowe marzenia. I choć ostatecznie nie udało im się stanąć na podium, musiały pogodzić się z tym najgorszym dla sportowca miejscem, to tegoroczny EuroVolley można nazwać tylko zwycięstwem.

W kontekście tego udanego turnieju najbardziej cieszy, że był on kulminacją bardzo dobrego sezonu reprezentacyjnego.

Można zawyrokować, że nie był przypadkiem, jednorazowym wyskokiem. Był logicznym następstwem postępu, jaki reprezentacja osiągnęła dzięki kilkuletniej pracy Nawrockiego.

W maju Polki sprawiły miłą niespodziankę i wygrały prestiżowy turniej Volley Masters Montreux. Biało-czerwone pokonały w Szwajcarii między innymi Japonki i Tajki. Drugi raz siatkarki potwierdziły dobrą formę podczas Ligi Narodów, która zastąpiła Grand Prix. Polki awansowały do Final Six turnieju, gdzie nie wyszły z grupy, ale rozbudziły apetyty przed zbliżającymi się kwalifikacjami do Igrzysk Olimpijskimi. Jak bardzo zmieniła się optyka – jeszcze kilka miesięcy wcześniej nie dawano reprezentacji szans na awans, by potem z niedosytem przyjmować przegraną 1:3 z Serbkami, mistrzyniami świata.

Reklama

Te dobre wyniki sprawiły, że o siatkarkach znów zrobiło się w kraju głośno. I z każdym meczem mistrzostw Europy robiły coraz więcej hałasu.

Kiedyś Katarzyna Skowrońska i Małgorzata Glinka, dziś Malwina Smarzek-Godek, Natalia Mędrzyk czy niezwykle utalentowana Magdalena Stysiak zapewniały kibicom emocje swoimi zagraniami. Na łódzkiej Atlas Arena Polki mogły liczyć na wsparcie tysięcy fanów i ten doping na pewno też pomógł w odnoszeniu kolejnych zwycięstw: ze Słowenią i Portugalią bez straty seta i 3:1 z Ukrainą. Później przydarzyło się potknięcie – 2:3 z Belgijkami – a następnie świetny mecz z Włoszkami. Zwycięski tie-break dał zawodniczkom Nawrockiego zastrzyk energii na fazę pucharową. Drabinka, dzięki wynikom grupowym, a także regulaminowi, ułożyła się korzystnie – Polki pokonały Hiszpanki i, po emocjonującym meczu, Niemki. Gdy po ataku Smarzek-Godek sędzia pokazał, że Louisa Lippman dotknęła siatki, w polskiej ekipie zapanowała euforia –

 reprezentantki wywalczyły awans do półfinału mistrzostw Europy, walczyć o medale jechały do Ankary.

A to przecież w Ankarze zaczęła się piękna historia polskich siatkarek, era Złotek. Wówczas drużyna prowadzona przez Andrzeja Niemczyka pewnie pokonała w finale gospodynie 3:0. Tym razem wyniku nie udało się powtórzyć – choć udało uciszyć się fanatyczne tureckie trybuny, wygrywając trzeciego seta, ostatecznie Polki przegrały 1:3. W meczu o brąz Włoszki srogo zrewanżowały się za grupową porażkę, wygrały z Biało-czerwonymi 3:0.

Na pewno bezpośrednio po tym meczu czuć było niedosyt, żal straconej szansy. Jednak, gdy emocje opadają, widać jak cenny jest to wynik. Pokazuje, że polskie siatkarki odbudowują swoją pozycję w europejskiej siatkówce. W przyszłość można patrzeć z optymizmem – także na tę najbliższą, czyli drugi turniej kwalifikacyjny do Igrzysk Olimpijskich, który rozegrany zostanie w styczniu przyszłego roku. Rywalki będą silne, będą to między innymi Niemki, Holenderki i… Turczynki. Czy to nie wspaniała okazja do wyrównania rachunków? Drogie Panie, już tęsknimy!


Zdjęcie główne: Polskie siatkarki, Fot. Flickr/Piotr Drabik, licencja Creative Commons

Reklama