Reklama

To elementarne rozróżnienie, które powinno być powszechnie wiadome i brane pod uwagę w dokonywaniu życiowych wyborów i podejmowaniu decyzji: wspólnota polityczna różni się i jest oddzielna od wyznaniowej, a one obie od rodzinnej – pisze Janusz A. Majcherek

Debata o pozycji kościoła katolickiego we współczesnej Polsce i jej notorycznym nadużywaniu natrafia na barierę wynikającą stąd, że niemal każdy aktualny i potencjalny jej uczestnik ma w swojej bliskiej lub dalszej rodzinie jakiegoś pobożnego katolika. Nawet zatem ateiści czy agnostycy powołują się wprost lub biorą dyskretnie pod uwagę mamę regularnie chodzącą do spowiedzi, babcię słuchającą Radia Maryja, ciocię pielgrzymującą rokrocznie do Częstochowy albo wujka dokonującego stałych przelewów na „Dzieła Ojca Dyrektora”, którym nie chcą sprawiać przykrości otwartą i wnikliwą analizą nadużyć, deprawacji i patologii polskiego Kościoła i duchowieństwa. To syndrom, który dotknął także Donalda Tuska, powołującego się na religijność członków swojej rodziny, aby sprzeciwić się słowom Sławomira Nitrasa o potrzebie „opiłowania” Kościoła z przywilejów. To, oczywiście, potwierdza tezę o kulturowym charakterze polskiego katolicyzmu.

Z badań socjologiczno-demoskopijnych wynika, że głównym źródłem deklaracji przywiązania do katolicyzmu jest wierność tradycji rodzinnej.

Dotyczy to, jak się okazuje, nie tylko zdeklarowanych wyznawców, ale także agnostyków i nawet ateistów wywodzących się z katolickich rodzin. Owszem, jak to kiedyś stwierdził liberalny i laicki (wbrew nazwisku) filozof Benedetto Croce, a powtarza homoseksualny agnostyk Gianni Vattimo, „my nie możemy się nie nazywać chrześcijanami”, bo wyrośliśmy, wychowaliśmy się i byliśmy kształtowani przez kulturę przesiąkniętą treściami, a jeszcze bardziej formami i rytuałami wyrastającymi z chrześcijaństwa – w Polsce w wersji katolickiej. To jednak nie powód, by tych wzorów i formuł nie krytykować, gdy przejawiają się w postaci zdegenerowanej, spatologizowanej, zdeprawowanej, to się zaś w polskim Kościele i wokół niego zdarza – a przynajmniej jest odkrywane – coraz częściej.

Nie krytykować tych przejawów, aby nie zrobić przykrości babci czy cioci ich niedostrzegających lub ignorujących i gorliwie biorących udział w rytuałach i obrzędach odprawianych pod auspicjami instytucji kryjącej lub wręcz tolerującej takie patologie, to doprawdy słabe usprawiedliwienie. „Nie chcemy robić przykrości babci” – to jednak najczęstsze wyjaśnienie powodów, dla których antyklerykałowie, agnostycy, a nawet ateiści zanoszą dzieci do kościoła, aby je ochrzcić, posyłają do pierwszej komunii i na szkolną katechezę. A Kościół wykorzystuje powstające w ten sposób statystyki do powoływania się na powszechność katolicyzmu wśród Polaków jako postulowanej czy wręcz żądanej podstawy kształtowania stosunków politycznych i społecznych w Polsce. Częstość podobnych wyjaśnień i uzasadnień dla ustępstw dokonywanych na rzecz instytucji i tradycji kościelnej sprawia zaś, że uczciwa i szczera debata o destrukcyjnej roli tej instytucji i tradycji jest wciąż przytłumiona i ograniczona.

Reklama

A to przytłumienie i ograniczenie przenosi się także na debatę o poczynaniach autorytarnej władzy politycznej, z Kościołem blisko związanej, z jego wsparcia korzystającej oraz hojnie się za nie rewanżującej. Znów:

wielu obserwatorów i komentatorów ma babcię, ciocię czy kuzynostwo głosujące na PiS i Andrzeja Dudę, więc czują się skrępowani w demaskowaniu i potępianiu wyczynów idoli swoich bliskich czy nawet dalszych krewnych.

Znane są jednak spektakularne i tym bardziej zasługujące na szacunek przykłady silniejszego przywiązania do wartości liberalno-demokratycznych, niż więzi rodzinnych: brat Jacka Kurskiego, siostra Krystyny Pawłowicz, siostrzeniec Mateusza Morawieckiego… Są też przypadki przezwyciężenia czy porzucenia tradycji i wpływów rodzinnych na rzecz wartości liberalno-demokratycznych czy laickich: nieżyjący już Konstanty Miodowicz, Roman Giertych, Ziemowit Gowin, Magdalena Smoczyńska (córka Jerzego Turowicza), Małgorzata Rozenek-Majdan, być może – nie wykluczajmy tego zbyt pochopnie – Marianna Schreiber…

To elementarne rozróżnienie, które powinno być powszechnie wiadome i brane pod uwagę w dokonywaniu życiowych wyborów i podejmowaniu decyzji: wspólnota polityczna różni się i jest oddzielna od wyznaniowej, a one obie od rodzinnej. Deklaracje typu „wspieram lewicę (Platformę Obywatelską, opozycję), ale nie zgadzam się na krytykowanie Kościoła, bo moja rodzina chodzi do komunii każdej niedzieli” nie są więc przekonujące, ani usprawiedliwiające. Zarówno w wydaniu polityków, jak i – a może zwłaszcza – komentatorów i publicystów.

Podobnie jak niekonsekwentne i absurdalne, choć pospolite jest potępianie ekscesów autorytarnej władzy i jej funkcjonariuszy, a unikanie obciążania współwiną ich wyborców i zwolenników, tak samo niedorzeczne jest przekonywanie, że wierni nie ponoszą winy za ekscesy Kościoła i jego funkcjonariuszy.

Janusz A. Majcherek


Zdjęcie główne: Fot. Flickr/EpiskopatNews, licencja Creative Commons

Reklama