Polska jest traktowana jako outsider, kraj niepewny, który sam się zmarginalizował. Kraj, z którym niekoniecznie warto wchodzić w sojusze, bo to niekoniecznie dziś wartość dodana, a może oznaczać obciążenie i osłabienie własnych racji negocjacyjnych. Taka jest niestety optyka wielu krajów – mówi w rozmowie z nami Jan Truszczyński, były ambasador RP przy UE w latach 1996-2001, pełnomocnik rządu ds. negocjacji o członkostwo RP w Unii Europejskiej, wiceminister spraw zagranicznych. Pytamy nie tylko o polską dyplomację, ale także o zakończony szczyt unijny, Brexit i ostanie wystąpienie premiera Morawieckiego podczas wniosku o wotum zaufania. – To jest takie żałosne lukrowanie siermiężnej rzeczywistości, nieudolna próba powleczenia różową farbą rzeczywistości, że aż boli. Ta różowa farba i tak odłazi i widać, że pod spodem jest rdza i nie jest tak jak powinno być – uważa Jan Truszczyński.

JUSTYNA KOĆ: Jean-Claude Juncker zapowiedział, że nie będzie nowych negocjacji w sprawie wyjścia Wielkiej Brytanii z UE. Wiadomo, że Theresa May liczyła na inny rozwój sytuacji. Premier May co prawda obroniła się w Izbie Gmin kilka dni temu, ale czy to oświadczenie szefa KE nie ułatwia jej sytuacji?

JAN TRUSZCZYŃSKI: To są konkluzje Rady Europejskiej. 27 szefów państw i rządów wyszło naprzeciw politycznym potrzebom Wielkiej Brytanii na obecnym etapie. Potwierdziło, że specjalne zabezpieczenie dla ułatwienia trwałego handlu między Irlandią a Irlandią Północną ma być tymczasowe i zostanie zniesione, kiedy tylko pojawi się całościowe, przyszłe rozwiązanie dotyczące handlu i współpracy gospodarczej między Wielką Brytanią i UE. Ta deklaracja polityczna z pewnością zostanie spożytkowana przez Theresę May w dialogu z opornymi deputowanymi do Izby Gmin, przeciwnikami z Partii Konserwatywnej, Partią Unionistyczną, która już notabene zdążyła się wypowiedzieć przeciwko temu, co RE zaproponowała. Jak sprawy potoczą się dalej, trudno powiedzieć, ale UE zrobiła, co mogła, a nawet więcej.

Czyli piłeczka jest teraz po stronie Wielkiej Brytanii?
Oczywiście i to nie tylko teraz.

Cały czas w zasadzie piłeczka była po stronie Wielkiej Brytanii. Ostatecznie to oni wychodzą i to oni podjęli decyzję, że chcą wziąć swoje sprawy w swoje ręce, jak opowiadali czołowi konserwatyści, i to oni powinni wiedzieć, czego w związku z tym chcą.

Pospekulujmy zatem, co dalej. Największe obawy związane są ze scenariuszem Brexitu na “twardo”. Jak bardzo taki scenariusz jest możliwy?
Tego bezwzględnie nie można wykluczać. Co może się wydarzyć, trudno dziś przewidzieć. Pozycja przejściowa Theresy May wewnątrz Partii Konserwatywnej dzięki ostatniemu głosowaniu uległa relatywnemu umocnieniu, ale liczba jej przeciwników jest duża. Możliwość zdobycia większości w Izbie Gmin pozostaje iluzoryczna, nawet przy posłużeniu się uzyskiem, jakiego premier May doczekała się w Brukseli. Perspektywa przedterminowych wyborów moim zdaniem jest mało prawdopodobna, ale to cały czas pozostaje jednym z wariantów. Upadku rządu także nie można wykluczyć.

Być może zobaczymy jeszcze większą dynamikę na rzecz drugiego referendum, ale to wymaga, jak wiemy, czasu, ustalenia pytań. Wiadomo w zasadzie tylko to, że do 21 stycznia powinno się odbyć głosowanie w parlamencie brytyjskim, to jest pewna nieprzekraczalna linia i data. Pozostaje pytanie, czy do niego dojdzie.

Podczas unijnego szczytu przywódcy jednogłośnie zdecydowali o przedłużeniu sankcji dla Rosji. Dobra decyzja? Czy w przypadku z Rosją te sankcje mają sens?
Precyzyjne sankcje, wprowadzane w sposób efektywny, potrafią być bolesne, dotykając przede wszystkim tych, którzy zawinili w stosunkach międzynarodowych, a nie całego społeczeństwa. Do tej pory sankcje nie spowodowały zasadniczej zmiany w stanowisku Rosji. Nie spowodowały żadnej zmiany, jeśli chodzi o Krym, nie spowodowały wycofania się Rosji z Donbasu, tym niemniej one pozostają bolesne. Mam wrażenie, że one będą tak długo zachowane, jak długo nie dojdzie do zasadniczej ewolucji w stanowisku Rosji. O ile te sankcje są poniżej progu, po którym następuje daleko idąca ewolucja, zasadnicza zmiana, dostosowanie się kraju dotkniętego sankcjami, pozostają instrumentem, którego nie można lekceważyć. Moim zdaniem bardzo dobrze, że zostały, niedobrze, że musimy co sześć miesięcy wznawiać decyzję w tej sprawie. To niedobrze, że za każdym razem ta decyzja wymaga jednomyślności.

Zawsze pozostaje niewielki znak zapytania, co będzie za kolejne sześć miesięcy, pamiętając o tym, że w UE jest szereg krajów członkowskich, a także duże korporacje wewnątrz państw członkowskich, które są zwolennikami złagodzenia sankcji. Na pewno nie możemy mówić tu mówić o gwarancji jednomyślności za kolejne sześć miesięcy.

Póki co, postępowaniem w Cieśninie Kerczeńskiej Rosja sama dostarczyła kolejnych dowodów i argumentów na rzecz przedłużenia sankcji.

Pojawiają się głosy, że może warto wyciągnąć rękę do Rosji, być może łagodząc sankcje. Wiemy, że gospodarka rosyjska jest w kiepskiej formie, Putin traci notowania, a sam incydent na Morzu Azowskim miał właśnie poprawić notowania prezydenta. Gdy tego “rosyjskiego niedźwiedzia” zapędzi się w kąt, to zostanie mu już tylko kąsanie. Zgadza się pan z tym?
Nie uważam, aby Rosja została zapędzona w kąt, to jeszcze nie jest ten etap. Nie spotkały jej żadne dodatkowe sankcje, ani kroki tego rodzaju ze strony UE, mimo że, jak pamiętamy, po incydencie na Morzu Azowskim były postulaty rozszerzenia zakresu sankcji wobec Federacji Rosyjskiej. Do tego nie doszło, w konkluzjach Rady Europejskiej mówi się tylko o gotowości udzielenia wszelkiej dodatkowej pomocy Ukrainie i podtrzymaniu stanowiska dotychczasowego w sprawie konfliktu i agresji rosyjskiej we wschodnim Donbasie.

Nie zrobiliśmy niczego, co dodatkowo boleśnie uderzałoby w możliwości gospodarki rosyjskiej, a przecież łatwo byłoby Federacji Rosyjskiej podjąć decyzje ułatwiające wykonanie porozumień mińskich,

zwłaszcza Mińska II, ułatwiające międzynarodową kontrolę wzdłuż granicy państwowej Ukrainy i Federacji Rosyjskiej, ułatwiające Ukrainie decyzję o wyborach w regionie ługańskim i donieckim. Krótko mówiąc, ułatwiające pewną pozytywną dynamikę między Rosją a Ukrainą. Krok, który powinien zostać postawiony, jest krokiem rosyjskim, a nie naszym.

Przejdźmy na polskie podwórko. Przed wyjazdem na szczyt wniosek o wotum zaufania premier Morawiecki tłumaczył potrzebą potwierdzenia silnego mandatu. Gdy obserwuję wydarzenia czy ustalenia ze szczytu, to nie dostrzegam nic takiego, co wymagałoby potwierdzenia tego silnego mandatu premiera. Mam rację?
Oczywiście to było tylko uzasadnienie tego wniosku o wotum zaufania, bo coś powiedzieć premier musiał. Myślę, że

mają rację ci wszyscy komentatorzy, którzy uważają, że była to próba zdyscyplinowania w szeregach PiS-u i pokazania, kto jest największym politykiem obecnie, a także poskromienia apetytu politycznych konkurentów, delfinów PiS-owskich. Dodatkowo oczywiście premier chciał odebrać wiatr w żaglach opozycji.

Na forum Rady Europejskiej rzeczywiście nie ma tym razem ani jednej sprawy, która wymagałaby zwarcia szyków w Polsce, wyjazdu z dodatkowo potwierdzonym mandatem negocjacyjnym. Oczywiście to się robi, również w Polsce, także poprzedni premierzy posługiwali się takim instrumentem, aby faktycznie wzmocnić swoją pozycję wobec partnerów europejskich.

W przypadku premiera Morawieckiego jestem pewny, że chodziło o wzmocnienie propozycji w kraju.

Premier w swoim wystąpieniu podczas wniosku o wotum zaufania chwalił ministra Czaputowicza za to, że prowadzi “skuteczniejszą politykę niż poprzednicy”, za doskonałe sojusze, czego dowodem miało być umieszczenie polskiej flagi na Krzywej Wieży w Pizie 11 listopada. Jak pan ocenia politykę zagraniczną na arenie europejskiej obecnego rządu?
Na arenie europejskiej utailiśmy skuteczność, w dużym stopniu wpływy, w dużym stopniu możliwość efektywnego zawierania i utrzymania porozumień i koalicji na rzecz tej czy innej sprawy lub przeciwko. Nie mówię, że absolutnie rząd tu nic nie robi, ale z pewnością skuteczność i efektywność tych działań jest dalece niższa, niż kiedykolwiek w przeszłości. Powodem takiego stanu rzeczy jest fakt, że Polska jest traktowana jako outsider, kraj niepewny, który sam się zmarginalizował. Kraj, z którym niekoniecznie warto wchodzić w sojusze i posiłkować się jego siłą dla załatwiania własnych spraw.

Pewniejsze i skuteczniejsze jest chwytanie się innych, podobnych wielkościowo krajów i załatwianie spraw innymi kanałami. Polska jako udziałowiec sojuszy to niekoniecznie dziś wartość dodana, może oznaczać obciążenie i osłabienie własnych racji negocjacyjnych.

Taka jest niestety optyka wielu krajów. Oczywiście nie chcę powiedzieć, że tak się dzieje na każdym obszarze negocjacji w każdej z polityk sektorowych Unii, bo są niuanse i różnice, ale w zestawieniu z potencjałem i możliwościami kraju średniej wielkości, szóstym, a wkrótce piątym, jeżeli chodzi o demografię w UE, i siódmej, a niedługo szóstej gospodarce wśród krajów wewnątrz UE, to stać nas na więcej. Nie dziwię się temu, co mówił Morawiecki, bo jak się jest premierem rządu, to trudno składać samokrytykę rządu, ale to jest takie żałosne lukrowanie siermiężnej rzeczywistości, tak nieudolna próba powleczenia różowa farbą rzeczywistości, że aż boli. Ta różowa farba i tak odłazi i widać, że pod spodem jest rdza i nie jest tak jak powinno być.

Nie podoba mi się ta pokazówka oczywiście, tak samo jak ten nieustanny strumień manipulacji.

Jak pan odnosi się do twierdzenia, że Polska zmarnowała najlepszą szansę, jaką do tej pory mieliśmy i długo nie będziemy mieć; że straciliśmy rolę, jaką Polska mogłaby odgrywać w ramach Trójkąta Weimarskiego po wyjściu Wielkiej Brytanii z Unii?
W czasach, kiedy wchodziliśmy do UE i w pierwszych latach naszego funkcjonowania w tej organizacji, czy później, w okresie rządów PO, nasi politycy i kierowana przez nich dyplomacja działała na rzecz nieustannego poszerzania pola wspólnoty interesów i wspólnoty interpretacji wyzwań dla Europy, które stoją przed nami w przyszłości. Najważniejsze było tu wzmacnianie swojej siły i możliwości, posiłkując się siłą i możliwościami partnerów, jednocześnie wspomagając ich poprzez dodawanie naszego potencjału do ich. To nie może się udawać wszędzie i na każdym polu gry, dlatego że zawsze i nieuchronnie część interesów nie będzie zbieżna, a gdzieniegdzie nawet frontalnie będą się one zderzać, jak np. w przypadku pracowników delegowanych. To nie zmienia jednak faktu, że możliwości tworzenia wspólnego mianownika są duże w sytuacji, kiedy szereg dużych państw ma kłopoty – Wielka Brytania wychodzi, Włochy są wstrząsane przez upadki kolejnych, krótko trwających gabinetów, Hiszpania wyszła co prawda z kryzysu, ale nie można powiedzieć, żeby wróciła do swojej formy i pozycji, jaką miała w latach 90. ubiegłego stulecia. To prawda, że tu pojawiło się dodatkowe pole gry dla Polski, która cieszyła się solidną już marką, dobrą i rozwijająca się we właściwym kierunku gospodarką, i której ciągle przybywało kart w talii.

Wystarczyło grać tymi kartami zamiast rzucić je pod stół, jak zrobił rząd PiS-owski.

Oczywiście nie wiemy, czy, w jakim stopniu i gdzie Polsce przybyłoby skuteczności, gdyby dalej poszukiwała wspólnego mianownika z Francją i Niemcami zamiast ustawiać się bokiem do każdego z tych dwóch krajów. Niewątpliwie ekstrapolując przeszłość, można śmiało założyć, że bylibyśmy dzisiaj krajem jeszcze silniejszym i jeszcze bardziej wpływowym, niż Polska z lat 2007-2015.


Zdjęcie główne: Jan Truszczyński, Fot. Flickr/KTH The Entrepreneurial University, licencja Creative Commons