Reklama

Zadłużymy się bardziej niż inne państwa, bo PiS przehulał czasy koniunktury. Nieodpowiedzialnie wydawał pieniądze podatników, więc nie mamy poduszki finansowej. Za błędy PiS-u zapłacimy wszyscy. Będziemy mieć jednak wybór, bo moim zdaniem dojdzie do wcześniejszych wyborów – mówi nam Izabela Leszczyna, była wiceminister finansów, w sztabie Małgorzaty Kidawy-Błońskiej odpowiedzialna za program. – Doradzam, żeby premier Morawiecki przeczytał to, co przygotowali Szwajcarzy, Szwedzi czy Czesi. Dziwię się, że premier nie czuje zażenowania, gdy ogłasza, że odmrożenie gospodarki polega na tym, że ludzie mogą wejść do lasu i do kościoła – dodaje. – Gospodarka musi działać, bo niedługo nie będziemy mieli żadnych dochodów budżetowych. Państwo, które zamroziło gospodarkę, a ludziom kazało zostać w domu, powinno na ten czas przejąć obowiązek utrzymania obywateli i ich miejsc pracy – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Dyrektor wykonawcza MFW powiedziała, że kryzys wywołany COVID-19 będzie gorszy, niż Wielki Kryzys lat 20. i 30. ubiegłego wieku. Będzie aż tak źle?

IZABELA LESZCZYNA: Moim zdaniem za wcześnie na tak pesymistyczną prognozę. Choć oczywiście trudno polemizować z MFW, który ma dużo więcej danych niż my. Szczególnie w Polsce jesteśmy w dziwnej i zarazem niebezpiecznej sytuacji, bo nie mamy w ogóle ani wiarygodnych danych, ani planu odmrożenia gospodarki, więc trudno przewidywać, jak głęboki będzie kryzys. Dużo więcej wiemy o przebiegu epidemii, a także modelach matematycznych pozwalających antycypować jej rozwój, stosowanych w innych państwach. Na tej podstawie

Szwajcarzy, Szwedzi czy Czesi zaplanowali odmrażanie gospodarki. Tymczasem Polska rządzona przez PiS porusza się po omacku i właściwie nie wiemy, czy dlatego, że rząd nie umie, czy nie chce rzetelnie monitorować sytuacji i informować społeczeństwa.

To, co możemy powiedzieć na pewno, to że odmienność tego kryzysu polega na tym, że niemal w jednym momencie stanęła znaczna część światowej gospodarki, jakbyśmy wyjęli wtyczkę z kontaktu i zgasili światło. Firmy przestały pracować z różnych powodów – bo ludzie w Chinach zaczęli chorować, bo zostały przerwane łańcuchy dostaw, bo rządy postanowiły zamrozić funkcjonowanie handlu, przedsiębiorstw, instytucji kultury – ale pierwotną przyczyną był zawsze wirus.

Reklama

To, jak długo potrwa i jak głęboki będzie kryzys, zależy teraz od tego, jak szybko i czy mądrze odmrozimy gospodarkę.

To czas na dodrukowanie pieniędzy, aby uratować przedsiębiorstwa przed bankructwem?
W normalnej sytuacji to płacący podatki obywatele utrzymują państwo. Aby obywatele mogli płacić podatki, to część z nich musi być przedsiębiorcami, którzy tworzą miejsca pracy, wytwarzając PKB. Dziś sytuacja nie jest normalna i państwo, które zamroziło gospodarkę, a ludziom kazało zostać w domu, powinno na ten czas przejąć obowiązek utrzymania obywateli i ich miejsc pracy. Nie da się siedzieć w domu, gdy człowiek zastanawia się, czy za tydzień będzie miał na czynsz i jedzenie.

Gdyby rząd PiS prowadził odpowiedzialną politykę finansową w czasie dobrej koniunktury, państwo polskie byłoby stać na taką decyzję, oczywiście krótkoterminowo.

To, co PiS nazywa pomocą, jest nieuczciwe. Rząd wyprodukował pół tysiąca stron przepisów, w których wszyscy się gubią, łącznie z ministrami. Do tego już trzy razy zmieniał te przepisy i zapowiedział kolejną nowelizację ustawy antycovidowej, co wprowadza ogromną niepewność. Przedsiębiorca nie wie, na czym stoi, czy płaci ZUS, czy nie, a może płaci połowę, czy niepłacona składka to nieodpłatne świadczenie, które będzie opodatkowane, czy nie? Decyzje zmieniają się jak w kalejdoskopie. To najgorsza strategia, jaką można było przyjąć – propaganda i chaos. Decyzje o pomocy podejmowane są za późno. W dodatku ani Sejm, ani nawet Ministerstwo Finansów nie sprawuje kontroli nad wydawaniem publicznych pieniędzy i zadłużaniem się państwa, bo to Polski Fundusz Rozwoju, którym zarządza kolega premiera, będzie decydował o tym, komu przydzielić pomoc. Nie wiadomo też, na jakich zasadach będzie decydować, komu udzieli pożyczek, które w 75 proc. mają być subwencjami, i na jakiej podstawie zostaną umorzone, itd.

Opozycja ma pomysły, jak teraz działać?
Oczywiście i na szczęście z niektórych rząd korzysta, chociaż za mało. Ponad miesiąc temu złożyliśmy trzy projekty ustaw: jeden o rezygnacji z poboru składek ZUS-owskich i zaliczek na PiT i CIT (przez okres epidemii, maksymalnie 3 miesiące) i o minimalnym wynagrodzeniu dla wszystkich pracowników firm dotkniętych epidemią, drugi zapewniający 20 mld na system ochrony zdrowia, aby medycy zarabiali więcej i nie pracowali w kilku miejscach, bo to doprowadziło do dramatów w DPS-ach, i wreszcie trzeci o kredytach i pożyczkach ze 100-proc. gwarancjami Skarbu Państwa, ale udzielanych nie przez spółkę z zerowym doświadczeniem i kilkoma chybionym inwestycjami, jaką jest PFR, tylko przez Bank Gospodarstwa Krajowego, który ma prawie 100 lat tradycji i jest bankiem państwowym.

Koszt takiej pomocy państwa wyniósłby około 100 mld, a ustawy ją przyznające są proste i krótkie, przepisy zrozumiałe dla wszystkich, bo nie ma w nich biurokracji.

Przedsiębiorca oświadcza, że jest w trudnej sytuacji z powodu epidemii i dostaje pomoc, a za rok przy zeznaniu podatkowym to oświadczenie podlega weryfikacji. Niestety jedyne rozwiązania przyjęte przez PiS od Koalicji Obywatelskiej to zwolnienie z ZUS mikroprzedsiębiorstw, bo już z obiecanymi przy tzw. tarczy finansowej oświadczeniami nie wiadomo, jak będzie.

Jak ocenia pani plan odmrażania gospodarki, który zaproponował rząd?
Bardzo krytycznie, ponieważ to nie jest żaden plan. Doradzam, żeby premier Morawiecki przeczytał to, co przygotowali Szwajcarzy, Szwedzi czy Czesi. Dziwię się, że premier nie czuje zażenowania, gdy ogłasza, że odmrożenie gospodarki polega na tym, że ludzie mogą wejść do lasu i do kościoła.

Warto przeczytać dokument przygotowany przez KE, który bardzo precyzyjnie mówi, jakie kryteria powinny być spełnione, abyśmy mogli mówić o wychodzeniu z lockdownu.

Pierwsze są kryteria epidemiologiczne; musi się zmniejszać liczba nowych infekcji, drugie to pojemność systemu opieki zdrowotnej – musi być zapasowa liczba łóżek i lekarzy na wypadek, gdy zachorowalność się zwiększy. I po trzecie zdolność monitorowania, czyli testowania na dużą skalę, aby wiedzieć, kto przeszedł chorobę i ma przeciwciała, kto jest zdrowy i może pracować.

Gospodarka musi działać, bo niedługo nie będziemy mieli żadnych dochodów budżetowych. Ci, którzy przeszli COVID, idą do pracy, tak samo jak ci, którzy mają wynik testu ujemny.

Według tych wytycznych na odmrożenie nie mamy szans.
Po pierwsze, nie robimy wystarczającej liczby testów; to wina rządu, który nie potrafi zapewnić odpowiedniej przepustowości laboratoriów albo nie chce ich robić, żeby utrzymywać, że liczba zachorowań spada, bo chce przeprowadzić wybory. Polska prawdopodobnie jest przed szczytem epidemii, bo przecież zamknęliśmy ludzi w domach, więc zachorowań musi być mniej.

To, że Andrzej Duda oznajmił, że epidemia się kończy, nie dziwi, bo prezydent nie raz i nie dwa opowiadał bzdury, jak choćby to, że węgla starczy nam na 100 lat i tak długo powinniśmy naszą gospodarkę opierać na węglu, czy wypowiedź o unijnych przepisach dotyczących żarówek, która obnażyła skrajną ignorancję prezydenta Dudy. Przykro, że głowa państwa mówi takie rzeczy, bo to ośmiesza nas wszystkich.

Wracając do odmrażania gospodarki, nie trzeba tu odkrywać Ameryki. Wystarczy mieć rzetelne dane, wykonywać dużo testów, wykrywać zakażenia, śledzić ich transmisje i podejmować na tej podstawie decyzje.

Po drugie, bez wprowadzenia stanu klęski żywiołowej i powołania sztabów kryzysowych na wszystkich szczeblach samorządów nie odmrozimy gospodarki. Jeżeli premier Morawiecki uważa, że da się to zrobić branżowo – dziś fryzjerzy i kosmetyczki, jutro terapeuci, to znaczy, że nie ma pojęcia, o czym mówi. Jeden fryzjer będzie gotowy rozpocząć pracę, bo wyposażył zakład i pracowników w środki ochrony osobistej dla siebie i swoich klientów, ma dużą przestrzeń, albo tylko jedno stanowisko, kosmetyczka ma może osłonę z pleksi, ale inni tego nie mają. Ci, którzy spełnią określone warunki, przygotują się, powinni móc rozpocząć wcześniej. Co więcej, będą regiony, powiaty czy miasta, w których liczba zakażonych będzie mniejsza, tam powinno się zacząć odmrażanie wcześniej.

Musimy zejść do poziomu samorządów, gdzie w sztabie kryzysowym będzie specjalista od zarządzania kryzysowego, ktoś z Izby Gospodarczej czy innej organizacji przedsiębiorców aktywnej w danym terenie, na pewno epidemiolog, i dopiero oni na podstawie lokalnych danych mogą podejmować trafne decyzje.

Dzieci powinny pójść do szkoły, żeby rodzice mogli wrócić do pracy, może wówczas nauczycielom trzeba zaproponować możliwość mieszkania w hotelu, aby nie narażać rodziny, może warto robić im regularnie testy i powinni pracować w jednej szkole (z wynagrodzeniem za pełny etat), a nie w trzech, co po deformie Zalewskiej jest niestety normą… Trzeba myśleć o rozwiązaniach tego typu i rozmawiać z obywatelami i ekspertami. Sprawdzać, co jest do zaakceptowania przez społeczeństwo, a nie zaocznie skazać setki tysięcy, a może miliony ludzi na bezrobocie! Tymczasem my w rządowym sztabie kryzysowym mamy ministrów, którzy nie mają pojęcia o zarządzaniu kryzysowym w czasach epidemii, a jedynemu, który coś z tego rozumie, czyli Głównemu Inspektorowi Sanitarnemu, dali zakaz wypowiadania się.

Prezydent Duda podpisał dokument „Obronimy Polskę Plus” i zapowiedział, że nie podpisze ustawy ograniczającej wydatki socjalne. Sprytne kampanijne zagranie w czasach kryzysu?
Prezydent Duda nie robi nic innego, tylko prowadzi kampanię.

Raz krzyczy, obraża, raz kłamie.

Przypomnę, że to Andrzej Duda obiecał pomoc frankowiczom – przewalutowanie kredytu po kursie z dnia zaciągnięcia i wszystkim Polakom kwotę wolną od podatku 8 tys. zł. Dziwi mnie, że nie wstydzi się jeszcze cokolwiek obiecywać. Ani jednej, ani drugiej obietnicy nie zrealizował. Mówił też oczywiście o wieku emerytalnym, co PiS wprowadził, ale tym samym skazał ludzi na głodowe emerytury, bo nie wymyślił żadnego mechanizmu, który zachęcałby ludzi do pozostania na rynku pracy i dawałby im szanse na zarobienie dodatkowych pieniędzy. Poza tym, przed kim prezydent chce obronić Polskę 500 Plus, bo chyba przed koronawirusem. Nie znam kandydata na prezydenta, który chciałby zabrać socjalne świadczenia.

Sądzę nawet, że niebawem państwo będzie musiało wydatki socjalne zwiększyć, bo będzie wysokie bezrobocie. Nad tym trzeba się zastanawiać.

Tylko skąd wziąć pieniądze na świadczenia socjalne w czasie tak wielkiego kryzysu?
Proszę pamiętać, że przedsiębiorcy mówią dzisiaj, że bardzo dużym problemem, oprócz tego, że firmy zostały zamknięte i zerwane są łańcuchy dostaw, jest brak popytu. Ludzie boją się o utratę pracy bądź już ją stracili, zaczęli oszczędzać i będą kupować mniej. Jednocześnie stanęła podaż i popyt, odmrażanie gospodarki to stymulacja jednego i drugiego. Im szybciej zaczniemy odmrażać, tym mniej zadłużymy się jako państwo i tym mniejsze będzie zubożenie społeczeństwa. Ale żeby podtrzymać popyt, ważne jest wypłacanie ludziom wynagrodzenia w czasie, gdy nie pracują z powodu pandemii.

Skąd wziąć na to pieniądze?
Odpowiedź nie jest łatwa. Niestety, zadłużymy się bardziej niż inne państwa, bo PiS przehulał czasu koniunktury. Nieodpowiedzialnie wydawał pieniądze podatników, więc nie mamy poduszki finansowej. Za błędy PiS-u zapłacimy wszyscy. Będziemy mieć jednak wybór, bo moim zdaniem dojdzie do wcześniejszych wyborów.

Każdy wyborca powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, czy z bardzo poważnych kłopotów finansowych wyprowadzi nas partia, która nie radziła sobie z inwestycjami nawet w czasach dobrej koniunktury, zniszczyła naszą reputację międzynarodową, zmarginalizowała naszą pozycję w UE i upartyjniała wymiar sprawiedliwości.

Czy raczej warto postawić na partię, która ma doświadczenie w walce z kryzysem. Nie mówię, że podczas kryzysów w 2009 i 2013 roku wszystko zrobiliśmy idealnie, ale poradziliśmy sobie zdecydowanie lepiej, niż inne państwa Europy. To napawa jakimś optymizmem.


Zdjęcie główne: Izabela Leszczyna, Fot. ARWC

Reklama