Reklama

Pamiętam, kiedy umawiałam się na nagranie z matką chłopaka z autyzmem. Piszę chłopaka, nie chłopca, bo jest pełnoletni. Ale jednak jest dzieckiem. Wówczas był, jeśli dobrze pamiętam, 18-latkiem, którego nie można samego zostawić w domu. Żeby nagrać rozmowę, pojechałam na ich osiedle, a pani Dorota wyszła do mnie na chwilę przed blok. Nagrałyśmy rozmowę – smutną, bo rodzice niepełnosprawnych dzieci są właściwie niewolnikami. Matki często zostają z tym same, ojcowie nie pomagają, państwo nie pomaga, a one kombinują, jak przeżyć dalej. Zaczęłyśmy rozmawiać, poza mikrofonem. Widziałam i słyszałam tę potrzebę rozmowy. Wygadania się. I choć zbierało mi się na łzy z każdym jej kolejnym zdaniem, słuchałam. Słuchałam i myślałam, że to są te przypadki, gdy dziennikarstwo nie pomaga. Niby nagłaśniam problem, ale nie mogę jej pomóc. Nie nasłuchałam się długo, pamiętam jej czujność, cały czas gotowość do biegu. I nagłe zerwanie się: “Już 20 minut jest sam, muszę tam wrócić”.

Miałam o tym nie pisać. Ale obrzydliwość rządowego pomysłu płacenia 4 tysięcy złotych za poród niepełnosprawnego dziecka jednak nie mieści się w głowie.

Pamiętam jak, kilkukrotnie, nagrywałam relacje z protestów opiekunów niepełnosprawnych dzieci i niepełnosprawnych już dorosłych, ale wciąż dzieci. Jak okupowali Sejm. Jak patrzyłam na te powykręcane ciała, wymagające stałej opieki, i na rodziców – szarych, zmęczonych, wyniszczonych. Jednocześnie mówiących: “My mamy dzieci w dobrym stanie – mogliśmy z nimi przyjechać, ale wielu jest takich, którzy też by chcieli tu być, tylko, że ze swoimi dziećmi przyjechać nie dadzą rady. A nie mają ich z kim zostawić”. I pamiętam, jak czułam się przy nich obrzydliwie szczęśliwa, bo co ja, pani z radia, mogłam wiedzieć o ich wysiłku. Było mi wstyd ich o to pytać, nagrywać, opowiadać o tym. Robiłam wszystko, by nie brzmieć płaczliwie, ale też nie patrzeć z góry. To były te materiały, w których nie byłam w stanie dać w relacji ostatniego zdania, ono zawsze należało do bohaterów; bo co ja wiem?

Tak, 4 tysiące złotych to dużo, dla nich, niemających za co żyć. Ale do nich te pieniądze nie trafią.

Reklama

I dziś wszystkie te relacje, protesty, transparenty z napisem “153 złote zasiłku pielęgnacyjnego”, to zmęczenie tych ludzi stanęły mi przed oczami. I to, jak oni wciąż powtarzali, że kochają swoje dzieci, że to nie chodzi o to, że ich nie chcą. Ale nie są też w stanie zapewnić im życia. Nie mogą pracować, bo pracują przy dziecku, nie mogą zapewnić opiekunki, bo pracowaliby tylko na opłacenie jej pensji. “Zresztą tak wielu chętnych do takiej pracy wcale nie ma”. Wiele matek zna ten problem, czy zostać w domu z dzieckiem, czy zostawić je z opiekunką, która pochłonie całą pensję. Ale potem dziecko rośnie, idzie do przedszkola, szkoły, rodzic w tym czasie pracuje. Rodzic dziecka zdrowego. Dziecko chore rośnie i nic się nie zmienia. I oni wszyscy martwią się najbardziej o to, co będzie, jak stracą siły, by się nim opiekować.

Na czarnych protestach pojawiały się różne transparenty, wśród nich “Ile chorych dzieci już adoptowałeś?”. Bardziej przemawiającego do mnie napisu tam nie było. Zapytałabym nawet: “Ile chorych dzieci widziałeś?” albo “Z iloma rodzicami takich dzieci rozmawiałeś?”. Widziałeś, rozmawiałeś, adoptowałeś. Ty, polityku PiS. Słowa, że “ci ludzie nienawidzą kobiet”, powtarzam od dawna. A i tak mnie zaskoczyli.


Zdjęcie główne: Katarzyna Pilarska

Reklama