Reklama

Gdy słyszę to wielkie bicie w bębny, jakie to wielkie rzeczy się dzieją, to moim zdaniem na razie nic wielkiego się nie dzieje. To proces ewolucyjny, który trwa już piąty rok, bo od 2014 roku, od szczytu w Newport, kiedy zapadły decyzje, że potrzebne jest zwiększenie liczebności wojska sojuszniczego na wschodniej flance. To jest po prostu realizowane – mówi nam gen. Stanisław Koziej, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Pytamy, czy zwiększenie amerykańskiej obecności  ma strategiczne znaczenie, a podpisanie wspólnej deklaracji przez prezydentów jest porównywalne z wejściem Polski do NATO.

JUSTYNA KOĆ: Prezydenci Andrzej Duda i Donald Trump podpisali wspólną deklarację o współpracy obronnej w zakresie obecności sił zbrojnych USA na terytorium Polski. W ramach polsko-amerykańskich ustaleń ma między innymi wzrosnąć liczba stacjonujących w Polsce żołnierzy USA. Jak ważna jest ta deklaracja?

GEN. STANISŁAW KOZIEJ: Zwiększanie obecności wojsk sojuszników jest z pewnością pozytywne, bo jesteśmy krajem brzegowym, granicznym w systemie bezpieczeństwa zachodniego, a żyjemy niestety w warunkach nowej zimnej wojny. Tu lepszej metody na bezpieczeństwo i spokój nie ma, niż zniechęcanie drugiej strony do podjęcia ryzykownych kroków.

W zimnowojennej konfrontacji ważne jest utrzymywanie jej właśnie na poziomie nie gorącej wojny. Temu służy zwiększanie obecności wojsk amerykańskich.

Z drugiej strony, gdy słyszę to wielkie bicie w bębny, jakie to wielkie rzeczy się dzieją, to moim zdaniem na razie nic wielkiego się nie dzieje. To proces ewolucyjny, który trwa już piąty rok, bo od 2014 roku, od szczytu w Walii, w Newport, kiedy zapadły decyzje, że potrzebne jest zwiększenie liczebności wojska sojuszniczego na wschodniej flance. To jest po prostu realizowane. Obecnie przybrało bardziej zorganizowaną formę, wcześniej to były manewry, ćwiczenia, potem sojusznicy coraz bardziej się organizowali i dziś mamy tę obecność dobrze zorganizowaną, rotacyjną, ciągłą. Zwiększenie o 1000 żołnierzy amerykańskich jest ważne, ale nie jest to coś spektakularnie wielkiego. Gdyby miało przyjechać kilkadziesiąt tysięcy więcej, wtedy moglibyśmy mówić o rewolucyjnej zmianie.

Z 4 tys. do 5 tys. żołnierzy amerykańskich. Czy ten tysiąc ma realne znaczenie?
Traktowałbym to z odpowiednią proporcją, a tak naprawdę to

Reklama

zwiększenie obecności amerykańskiej jest związane z zakupem przez Polskę samolotów F-35, bo na tym Amerykanom zależało. Mają tych maszyn więcej na zbyciu, bo samoloty mieli kupić Turcy, ale ze względu na bliską współpracę Turcji z Rosją ta transakcja nie mogła dojść do skutku.

Polska chciała samoloty kupić, a prezydent Trump podchodzi do spraw strategicznych i politycznych biznesowo. Nie bez przyczyny na pierwszym miejscu swojej wypowiedzi wymienił właśnie zakup przez Polskę samolotów F-35.

Czyli zwiększenie liczby żołnierzy, utworzenie Wysuniętego Dowództwa Dywizyjnego USA w Polsce i utworzenie w Polsce eskadry bezzałogowych statków powietrznych MQ-9 Sił Powietrznych USA to tylko dodatek dla kupowanych przez Polskę F-25?
Ja tak to odbieram, bo takie

plany zwiększania zaangażowania amerykańskiego na wschodniej flance i w Polsce od dawna w USA są rozpatrywane i są podejmowane decyzje w tej sprawie. To nie jest tak, że Polska nagle poprosiła o zwiększenie obecności.

Dodajmy, że jest to także w żywotnym interesie Amerykanów, którzy prowadzą nową zimną wojnę z Rosją, która zapoczątkowała ten zimny konflikt. Faktem jest, że te neozimnowojenne stosunki spowodowały, że Stany Zjednoczone są zainteresowane zwiększeniem swojej obecności w regionie.

Rząd przedstawia to jako swój wielki dyplomatyczny sukces. Pana zdaniem nie do końca to prawda?
To nie jest tylko efekt naszych zabiegów, ani też nie przede wszystkim naszych zabiegów. W sumie możemy powiedzieć, że na szczęście w tej nowej zimnej wojnie strategiczne interesy polskie są zbieżne ze strategicznymi interesami wielkiego mocarstwa. Z tego wynika strategiczna szansa i oczywiście bardzo dobrze, że jej nie marnujemy. To trzeba zapisać na plus polskiemu rządowi, bo mogliśmy równie dobrze zmarnować tę szansę.

Minister Błaszczak powiedział, że to porozumienie jest na miarę wstąpienia Polski do NATO. Zgadza się pan z tym?
Jak usłyszałem ministra Błaszczaka, że waga tej deklaracji polsko-amerykańskiej jest porównywalna z naszym wstąpieniem do NATO, to naszła mnie refleksja, że

straszne upały muszą panować w Waszyngtonie. Mam nadzieję, że w pobliżu minister Błaszczak miał zimny prysznic, żeby ostudzić gorącą głowę. To porównanie jest nie na miejscu. Tam jest wielki traktat, który daje nam udział w największym i najsilniejszym sojuszu militarnym świata, a tu mamy po prostu deklarację polityczną, że będziemy dalej współpracować.

Oceniam to jako krok ewolucyjny, a nie rewolucyjny.

Myśliwce F-35 to dobre maszyny?
To jest na dzisiaj najnowocześniejszy samolot świata, najnowszej, V generacji, wysoce zinformatyzowany, co trzeba podkreślić, ale samolot jeszcze w trakcie nabierania rzeczywistej mocy. Tam jest wiele do dopracowania. Czytałem ostatnio uwagi Pentagonu do producentów tych samolotów: wykryto wiele usterek, więc powiedziałbym, że to jeszcze nie jest projekt skończony w sensie operacyjnym. Jest też bardzo drogi.

Mam wątpliwości, czy kupowanie F-35 przez Polskę jest właściwe, to dla mnie kontrowersyjna decyzja, także co do czasu jej podjęcia, bo podejmowana jest przed wyborami.

Przypomnę, że gdy podejmowane były decyzje o innych strategicznych programach wojskowych, jak obrona przeciwrakietowa czy zakup śmigłowców, to poprzedni rząd nie rozstrzygnął ich przed wyborami, tylko podjął decyzję, że zostawi je następnemu rządowi, po wyborach, niezależnie, jaki on będzie. Ten rząd tak nie postąpił i bierze na siebie dużą odpowiedzialność tej decyzji.

Po drugie, w mojej ocenie

lepszym rozwiązaniem byłoby na dzisiaj dokupienie kolejnych samolotów F-16, również bardzo nowoczesnych, dobrych, sprawdzonych, dla których mamy bazę w Polsce, praktyki szkoleniowe, obsługę, logistykę itd. Za dużo mniejszą cenę moglibyśmy pozyskać nowe zdolności sił powietrznych.

Jeśli już chcemy myśleć o dalekiej przyszłości, jaką oferują F-35, to raczej powinniśmy wchodzić w międzynarodową kooperację badawczo-rozwojową i produkcyjną, tak aby być współproducentem systemów bezzałogowych, które zapewne w perspektywie 20-30 lat będą wypierać samoloty załogowe. To jest lepsza strategia dla Polski niż kupowanie bardzo drogich samolotów F-35.


Zdjęcie główne: Stanisław Koziej, Fot. Flickr/Piotr Maciążek, licencja Creative Commons

Reklama

Comments are closed.