Reklama

W ocenie Aleksandara Vukovicia na pewno nie pomaga jego upór, żeby nie powiedzieć – upartość. Bo Serb zagrał va banque – chciał pokazać całemu światu, że pierwszym napastnikiem powinien być krytykowany Sandro Kulenović. Nie udowodnił – pisze Paweł Jędrusik z redakcji sportowej portalu wiadomo.co

I znowu skończyło się tak, jak zawsze. Polskie kluby i ich kibice kolejny raz obejrzą europejskie rozgrywki w telewizji. Znowu można odświeżyć albo przekopiować teksty sprzed roku i dwóch, o tym, że nasza klubowa piłka jest niezmiennie stabilna – odpadamy w eliminacjach do eliminacji, a dostajemy po głowach od zespołów, na które do niedawna patrzyliśmy z uśmiechem politowania.

Nieudolny, jak Mioduski

Ostatnią szansę na uratowanie honoru pogrzebała Legia. Żal straconych szans, żal pierwszego meczu przy Łazienkowskiej, żal mi nawet coraz bardziej zmęczonego Dariusza Mioduskiego. Bo prezes-właściciel Legii, człowiek biznesu, który potrafił w życiu zarobić wielkie pieniądze, a więc – musiał podejmować dobre decyzje, otaczać się fachowcami i po prostu mieć szczęście – od momentu samodzielnego kierowania warszawskim klubem jakby zatracił gdzieś te wszystkie atrybuty. Legia odpadła z Rangersami i choć był to tylko jeden dwumecz – to w jakiś sposób podsumował okres zarządzania klubem przez Dariusza Mioduskiego. Trzy podejścia do gry w Lidze Europy (plus wypadanie z eliminacji Ligi Mistrzów) i trzy porażki. Nikt nie może powiedzieć, że to pech. To już niestety reguła, która jest efektem popełniania i powielania błędów przez właściciela Legii, który dawno zagubił się w trudnym, piłkarskim świecie.

Uparty, jak Vuković

W obu spotkaniach ze Szkotami do siatki nie trafiali piłkarze, jednak – jak to zwykle bywa – twarzą i głównym winowajcą braku awansu Legii jest jej trener, Aleksandar Vuković. Część kibiców oczywiście domaga się natychmiastowego zwolnienia trenera (co według mnie jest złym pomysłem), jednak trzeba też zrozumieć kibiców, przez których przemawia złość i frustracja. Bo Vuković przez kilka miesięcy już zdążył nie zrealizować dwóch celów. Po pierwsze – wyłożył się na ostatniej prostej w wiosennym wyścigu o mistrzostwo Polski, a po drugie – nie wprowadził Legii do fazy grupowej Ligi Europy.

Reklama

W ocenie Serba na pewno nie pomaga jego upór, żeby nie powiedzieć – upartość. Bo Vuković zagrał va banque – chciał pokazać całemu światu, że pierwszym napastnikiem powinien być krytykowany Sandro Kulenović. Nie udowodnił. Młody Chorwat szczególnie-nieszczególnie wyglądał na Ibrox i nawet wierzący w niego trener Legii zdjął go po niecałej godzinie gry. A wprowadzony na plac Jarosław Niezgoda w ciągu minuty zrobił więcej zamieszania w ofensywie Legii niż Kulenović. Oczywiście głupotą byłoby twierdzenie, że gdyby Niezgoda (bądź Carlitos) grali z Rangersami to Legia miałaby awans. Ale szkoda, że nie dostali szansy (Hiszpan), bądź większej szansy (Polak) na pomoc drużynie.

Sezon dla Legii dopiero się rozpoczął, a w jakiś sposób już się skończył. Pierwszy, najważniejszy cel na drugie półrocze 2019 roku nie został zrealizowany. Mimo wszystko nie spodziewałbym się nerwowych ruchów przy Łazienkowskiej. Dariusz Mioduski już po wylosowaniu Rangersów wysyłał przekaz, że brak awansu nie będzie końcem świata. Chciałoby się powiedzieć, że prezes wie najlepiej co to oznacza dla Legii. Więc nawet jeśli brak awansu nie jest końcem świata, to też nie jest początkiem nowego, lepszego świata, do którego Legię mieli poprowadzić Dariusz Mioduski i Aleksandar Vuković. Została smutna, tak dobrze znana polskim klubom rzeczywistość.


Zdjęcie główne: Mecz Legii Warszawa, Fot. Dominik Kwaśnik

Reklama