Reklama

Trzaskowski był posłem, europosłem, ministrem, prezydentem stolicy. Takie kompetencje i doświadczenie ma mało który polityk. Wśród innych kandydatów nie ma osób o podobnych osiągnięciach. Problem leży gdzie indziej – o ile Trzaskowski wygrałby zapewne we wszystkich wyborach, w których braliby udział mieszkańcy miast dużych i średnich, to jego dokonania i sylwetka może nie przekładać się na oczekiwania ludzi mieszkających na wsi i w małych miasteczkach – mówi nam dr Robert Sobiech, socjolog, dyrektor Centrum Polityki Publicznej Collegium Civitas. – Dziś już nie ma dylematu, czy do tych wyborów należy pójść, i Rafał Trzaskowski może od razu przystąpić do zbudowania poparcia zapewniającego wejście do II tury, a w perspektywie do zyskania poparcia wyborców pozostałych partii opozycyjnych, niezbędnego do wygrania wyborów – dodaje

JUSTYNA KOĆ: Koalicja Obywatelska stawia na Rafała Trzaskowskiego jako kandydata na prezydenta. Jak ocenia pan tę zamianę?

ROBERT SOBIECH: W hokeju jest taki termin – „lotna zmiana”. Drużyny nie przerywają gry, ale trener może wycofać zawodnika i wprowadzić na jego miejsce innego, tak aby zwiększyć szansę na wygraną i jednocześnie zachować płynność gry. Czasami kibice nawet nie zauważają, że na boisku jest nowy zawodnik. Takiego zadania podjęła się Koalicja Obywatelska. O ile w hokeju „lotna zmiana” to stały element meczu, o tyle w kampanii wyborczej zdarza się rzadko.

Dla Koalicji Obywatelskiej najważniejszym zadaniem jest przekonanie opinii publicznej, że to tylko zmiana zawodnika w silnej drużynie, dla przeciwników politycznych będzie to dowód niemożności wygrania całego meczu przez KO. W tej chwili trudno powiedzieć, która interpretacja zwycięży.

Sporo narzekamy na sondaże wyborcze, ale takiego rozchwiania i niepewności co do tego, co mówią sondaże, już dawno nie było. Powód jest prosty, jeszcze ponad miesiąc temu 70-80 proc. Polaków mówiło, że do wyborów nie pójdzie. Słupki sondażowe, czyli ile procent wyborców zagłosuje na danego kandydata, liczone były tylko od tej części badanych, która deklarowała, że weźmie udział w wyborach. Pod koniec kwietnia według sondażu IPSOS dla OKO.press chęć udziału w wyborach 10 maja deklarowało 88 proc. wyborców PiS i 24 proc. wyborców KO. Nie wiemy zatem, czy niskie notowania Kidawy-Błońskiej oznaczały, że KO zgubiła bardzo dużo swoich wyborców, czy był to efekt zniechęcenia ich do udziału w wyborach.

Reklama

Zatem może ta zmiana była niepotrzebna?
W ostatnich sondażach, prowadzonych już po 10 maja, Małgorzata Kidawa-Błońska uzyskiwała znacznie mniejsze poparcie, niż jej partia. To oznaczało odpływ zwolenników KO do elektoratów kandydatów innych partii.

Moim zdaniem niskie notowania Kidawy-Błońskiej to w dużej części efekt niespójnych komunikatów.

Z jednej strony mówiono, że wybory w sytuacji pandemii nie mogą się odbyć. To oznaczało, że głównym celem Kidawy-Błońskiej powinno być przesunięcie wyborów. Zamiast tego zdecydowano o zawieszeniu kampanii i ograniczeniu do minimum komunikacji z opinią publiczną. Z drugiej zaś mówiono, że jeśli już dojdzie do wyborów, to należy je zbojkotować. Poparcie dla bojkotu deklarowali nawet byli prezydenci czy premierzy. Tymczasem inni kandydaci opozycji mobilizowali swoich zwolenników do głosowania. A w sondażach konsekwentnie pytano Polaków, którzy mówili, że pójdą do wyborów, na kogo będą głosować, jeśli wybory odbędą się w najbliższą niedzielę. Nic więc dziwnego, że wśród niewielkiej części wyborców KO, która deklarowała udział w wyborach 10 maja, pojawiało się sporo osób deklarujących oddanie głosu na Hołownię czy Kosiniaka-Kamysza.

Efektem tej sytuacji były wyniki sondaży, pokazujące zaledwie kilkuprocentowe poparcie dla kandydatki Koalicji Obywatelskiej. To uruchomiło lawinę krytyki, na którą władze KO musiały zareagować.

Czy Trzaskowski może to odwrócić?
Sytuacja jest inna. Przede wszystkim termin wyborów został przesunięty. To sukces społeczeństwa obywatelskiego. To nie tylko Senat, samorządy czy wolta Gowina, ale też petycje podpisywane przez różne środowiska zawodowe, politologów, prawników, socjologów sprawiły, że PiS został zmuszony do wycofania się z szalonego pomysłu organizacji wyborów w sytuacji, kiedy większość Polaków zmuszona była do pozostania w swoich domach.

Co prawda dziś nie wiadomo, kiedy odbędą się wybory, ale nawet dodatkowy miesiąc, przy znoszeniu kolejnych ograniczeń związanych z pandemią, daje możliwość na prowadzenie w miarę normalnej kampanii wyborczej. Dziś już nie ma dylematu, czy do tych wyborów należy pójść, i Rafał Trzaskowski może od razu przystąpić do zbudowania poparcia zapewniającego wejście do II tury, a w perspektywie do zyskania poparcia wyborców pozostałych partii opozycyjnych, niezbędnego do wygrania wyborów.

Trzaskowski w krótkiej wypowiedzi na konferencji powiedział: idę się bić o Polskę. To zupełnie inna narracja, niż Kidawy-Błońskiej, która stawiała na spokój i koncyliacyjność. To dobry pomysł?
Koncepcja prezydentury Małgorzaty Kidawy-Błońskiej odwoływała się do oczekiwań wielu Polaków łagodzenia istniejącego konfliktu politycznego. Szybko okazało się, że nie jest ona możliwa do realizacji w sytuacji, kiedy partia rządząca chce za wszelką cenę doprowadzić do wyborów, nie zważając na to, że naruszają one zarówno demokratyczne standardy, jak i wcześniejsze orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. W sytuacji, kiedy równolegle mają miejsce próby przejęcia partyjnej kontroli nad Sądem Najwyższym,

koncepcja koncyliacyjnego prezydenta, będącego rozjemcą partyjnych sporów, musi poczekać na lepsze czasy. Deklaracja Trzaskowskiego pokazuje, że zamierza się bić o Polskę, może być odczytywana jako deklaracja obrony ładu demokratycznego, ale też jako zapowiedź agresywnej kampanii.

To może spowodować powrót wyborców KO, ale także może zniechęcić niezdecydowanych wyborców postrzegających politykę w kategoriach bijatyk i kłótni. A to właśnie oni przy odpowiednio wysokiej frekwencji mogą zdecydować o wyniku wyborów.

Dlatego Trzaskowski, a nie Sikorski?
Odwołując się do hokejowej analogii. Skoro przeciwnik gra twardo i często fauluje, to musimy szybko wpuścić zawodnika, który też nie będzie przebierał w środkach i da sobie z tym przeciwnikiem radę. Obaj kandydaci spełniają te wymagania. Za Trzaskowskim może przemawiać skuteczność. Wygrana w I turze w wyborach na prezydenta Warszawy dowodzi, że potrafi on grać twardo, a zarazem strzelać bramki. Sikorski nie dostał wcześniej takiej szansy. Ale wpuszczenie na lód twardego zawodnika może doprowadzić to tego, że takim meczem nie będzie zainteresowana duża część publiczności.

Której te brutalne zagrania nie będą się podobać?
Wtedy na trybunach pozostaną tylko tzw. twarde elektoraty i to one zdecydują o wyniku wyborów. Stąd też bez dobrego zdiagnozowania nastrojów społecznych i oczekiwań wobec prezydenta nie ma szansy na dobrą kampanię.

Ostatnie badania pokazują nam dwa trendy. Po pierwsze, że znaczna część społeczeństwa zaczyna z dystansem podchodzić do zagrożeń związanych z pandemią, zakładając, że najpoważniejsze zagrożenie minęło. Z drugiej strony obserwujemy niemające miejsca w ostatnim 30-leciu załamanie nastrojów społecznych.

Polacy zaczęli myśleć pesymistycznie o swojej przyszłości, przyszłości kraju, sytuacji gospodarczej, przewidują gwałtowny wzrost bezrobocia, inflacji. Skuteczna kampania pretendencka nie może nie dostrzegać społecznych obaw.

Trzaskowski to polityk młodego pokolenia. Czy ma wystarczająco dużo doświadczenia, aby stanąć naprzeciw całej propagandowej machiny PiS-u?
Takie kompetencje i doświadczenie ma mało który polityk. Trzaskowski był posłem, europosłem, ministrem, prezydentem stolicy. Wśród innych kandydatów nie ma osób o podobnych osiągnięciach. Problem leży gdzie indziej – o ile Trzaskowski wygrałby zapewne we wszystkich wyborach, w których braliby udział mieszkańcy miast dużych i średnich, to jego dokonania i sylwetka może nie przekładać się na oczekiwania ludzi mieszkających na wsi i w małych miasteczkach.

Zbyt lewicowy?
Nie to mam na myśli. Bardziej, że może zostać potraktowany jako element elity wielkomiejskiej. Proszę pamiętać, że pandemia i związane z nią obawy w ogóle nie zaistniały w świadomości mieszkańców wsi. Dla przeciętnego jej mieszkańca pandemia to problem mieszkańców wielkich aglomeracji.

Wyniki wcześniejszych sondaży wskazujące, że w wyborach 10 maja chcieli wziąć udział przede wszystkim mieszkańcy wsi, pokazują, że apele o przesunięcie terminu wyborów były niezrozumiałe w tej grupie wyborców.

Nadchodzące wybory będą zatem dokonywały się w specyficznej sytuacji. Będą to wybory odbywające się na początku recesji gospodarczej o trudnej do przewidzenia skali i tragedii wielu ludzi tracących pracę, zmuszonych do zamykania własnych firm. Będą to także wybory odbywające się w sytuacji lęku przed epidemią, która ogranicza naszą aktywność. Na szczęście nadchodzące wybory mogą być wyborami o wysokiej frekwencji. Przyznam, że z dużym niepokojem myślałem o konsekwencjach tego, że w wyniku wyborów 10 maja prezydent (zapewne Andrzej Duda) byłby wybrany np. przez 20 proc. Polaków. Proponowany przez wiele osób bojkot takich wyborów doprowadziłby do sytuacji, kiedy zdecydowana większość Polaków uważałaby, że to nie mój prezydent, ale też podważałaby sam akt wyboru. Czyli w przypadku każdej ustawy podpisywanej przez tak wybranego prezydenta wielu Polaków miałoby wątpliwości, czy jest to prawo, którego powinienem przestrzegać.

To sukces Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, za który zapłaciła srogą cenę?
Myślę, że gdyby Małgorzata Kidawa-Błońska pozostała przy jednym apelu – będę mobilizować wszelkie siły, aby w trakcie pandemii nie organizować wyborów, to by wystarczyło, aby mogła dalej prowadzić kampanię.

Jak ocenia pan szanse Trzaskowskiego na pokonanie Dudy?
Poczekajmy na jego pierwsze wystąpienia, ale też na wystąpienia innych kandydatów.

Myślę, że za 2-3 tygodnie będzie już wiadomo, czy udało mu się odzyskać dawnych wyborców Koalicji Obywatelskiej i powrócić na miejsce zapewniające udział w II turze wyborów.

Jeśli ten warunek zostanie spełniony, pokonanie obecnego prezydenta zależeć będzie w decydującym stopniu od postawy innych kandydatów. Tu już nie będzie miała zastosowania logika z wyborów parlamentarnych, gdzie każdy głos oddany na dana partię powiększał liczbę jej posłów w Sejmie. W tych wyborach nie liczy się, ile głosów dostanie przegrany. Zwycięzca jest tylko jeden.


Zdjęcie główne: Robert Sobiech, Fot. Archiwum prywatne

Reklama