Reklama

Pani Martyna Wojciechowska nie zarabia na pewno 65 tys. zł – poinformowała na konferencji prasowej Ewa Raczko, zastępca dyrektora Departamentu Kadr NBP, ale ile zarabia – nie podała. Ta odpowiedź jest niesatysfakcjonująca – mówią jednym głosem posłowie PiS-u i opozycji. – PiS chciałoby poświęcić Glapińskiego. Gdyby to było w mocy Kaczyńskiego, to Glapiński już nie byłby prezesem, a pani Wojciechowska już nie byłaby na stanowisku, na którym zarabia prawdopodobnie 65 tys. zł, tyle tylko, że taki psikus historii – stanowisko, na które został wybrany Glapiński, jest nieusuwalne – komentuje dla nas kontrowersje wokół NBP politolog dr Marek Migalski.

NBP: Konkretów podać nie możemy

Do sprawy gigantycznych zarobków w NBP odniósł się dziś sam bank na specjalnie zwołanej w tej sprawie konferencji. Na spotkanie z dziennikarzami przyszła wicedyrektor działu kadr Ewa Raczko.

Przekonywała, że tak duże zarobki w NBP nie istnieją, nawet na stanowiskach kierowniczych. – Wynagrodzenie kadry kierowniczej Narodowego Banku Polskiego, dyrektorzy, zastępcy dyrektora, w latach 2015-2018, a więc zarówno za kadencji prezesa Belki i prezesa Glapińskiego, kształtowało się na porównywalnym poziomie – przekonywała.

Jak podał bank, przeciętne wynagrodzenie brutto na stanowisku dyrektora w NBP ustalone w oparciu o PIT wyniosło w 2014 roku 38 098 zł. W 2015 roku – 37 110 zł, w 2016 roku – 37 381 zł, w 2017 roku – 37 069 zł, w 2018 roku – 36 308 zł.

Reklama

Dokładnych kwot, jakie otrzymują “asystentki” prezesa Adama Glapińskiego, nie podała, gdyż “nie można tego zrobić”, jak powiedziała dyrektor Raczko, ale dodała, że “pani Martyna Wojciechowska nie zarabia na pewno 65 tys. zł”.

Dyrektor odniosła się też do stanowisk, jakie zajmują obie panie, zwane “asystentkami” Glapińskiego. – W NBP nie występuje stanowisko asystentki prezesa – skwitowała. – Występuje stanowisko asystenta i jest to najniższe stanowisko w hierarchii zawodowej, od tego stanowiska rozpoczynają karierę “świeżaki” – dodała.

Asystentki-dyrektorki

“Asystentki” prezesa to tak naprawdę szefowa departamentu komunikacji i promocji Martyna Wojciechowska oraz dyrektor gabinetu prezesa NBP Kamila Sukiennik.

Z wyliczeń “Gazety Wyborczej” wynika, że Wojciechowska, która jest z wykształcenia rusycystką, zarabia 65 tys. zł; wyliczeń dokonano na podstawie jej oświadczenia majątkowego, które składała jako radna PiS.

– Łatwo się z tego zorientować, że pani dyrektora Martyna Wojciechowska może być w grupie osób trochę lepiej zarabiających niż przeciętnie – wskazała Ewa Raczek.

NBP to nie jest bank publiczny

Pani dyrektor ku zaskoczeniu wszystkich poinformowała, że pensje w NBP nie są wypłacane z budżetu państwa. – Nie są to środki publiczne w rozumieniu ustawy o finansach publicznych. Oznacza to, że budżet państwa nie jest obciążony kosztami gospodarki własnej NBP – stwierdziła.

Wysokość zarobków w banku ustala się rokrocznie w planie finansowym banku w odniesieniu do wysokości wynagrodzeń w sektorze bankowym.

Tłumacząc, dlaczego NBP podał tylko uśrednione kwoty zarobków kierownictwa, dyrektor Raczko stwierdziła: – Nie chciałabym też, żeby nasi dyrektorzy mieli wrażenie, że jedni są trochę gorsi, a inni trochę lepsi.

PO: Konferencja NBP to żart, chcemy jawności zarobków

Zdaniem posłów opozycji konferencja w NBP to mydlenie oczu, a przekonywanie, że Narodowy Bank Polski nie jest instytucją publiczną, zakrawa wręcz na farsę.

– Pan prezes Glapiński, ani te dwie panie, które są jego najbliższymi współpracowniczkami, nie mają odwagi stanąć i wyjaśnić Polakom, dlaczego tak wysokie pensje im się należą. Zasłaniają się dziś panią zastępcą dyrektora departamentu kadr, która raczyła nam powiedzieć, że NBP to nie jest publiczna instytucja, więc zarobki mogą być niejawne – komentował szef klubu PO-KO Sławomir Neumann.

PO domaga się pilnego przyjęcia ustawy, którą wczoraj złożono do marszałka, o jawności zarobków w NBP. Na posiedzeniu na najbliższym tygodniu.

– To nie jest prywatny bank PiS, ani Adama Glapińskiego, tylko instytucja publiczna. Jeżeli są tam zarobki w wysokości 60 tys. zł, to chcemy wiedzieć, kto takie pensje otrzymuje, jakie ma kompetencje i jakie ma zadania przed sobą postawione, aby tak wielkie pieniądze z instytucji publicznej otrzymywać – mówił Sławomir Neumann.

Zdaniem szefa klubu PO odpowiedzialność za łupienie instytucji publicznych, w tym Narodowego Banku Polskiego, ponosi Jarosław Kaczyński.

PiS: Te informacje nie są wystarczające

Senator Jan Maria Jackowski, który wczoraj wysłał oficjalne oświadczenie w ramach interpelacji senatorskiej w tej sprawie do NBP, przyznał, że nie otrzymał odpowiedzi na pytania. Przypomnijmy, że ustawowy czas na tego typu odpowiedź to 30 dni.

– To krok w dobrym kierunku, natomiast ja oczekuję odpowiedzi na moje oświadczenie. Dla mnie jest ważne to, co będę miał napisane czarno na białym w odpowiedzi na konkretne pytania, jakie napisałem – komentował konferencję w NBP senator.

Podanie uśrednionych zarobków w banku na konferencji przez Ewę Raczko skomentował tak: – Jest znana taka anegdota, że jeden profesor statystyki utopił się w jeziorze, którego średnia głębokość wynosiła 10 cm.

– Moim zdaniem ta konferencja nie wyczerpuje tematu, a kwoty, które padają w przestrzeni medialnej, budzą niezadowolenie i kontrowersje. Chciałabym usłyszeć, jak to naprawdę jest – komentowała Beata Mazurek, rzeczniczka PiS i wicemarszałek Sejmu.

Co ciekawe, Beata Mazurek zapowiedziała, że jeśli nie będzie przeszkód formalno-prawnych, to PiS poprze ustawę PO w sprawie ujawnienia zarobków w NBP.

NIK: Ujawnimy wyniki kontroli

Sprawą zarobków w NBP zajęła się także Najwyższa Izba Kontroli, która w ubiegły piątek rozpoczęła kontrolę w NBP. Dziś szef NIK Krzysztof Kwiatkowski poinformował, że wyniki kontroli ujawni.

Glapiński: Nie ma żadnego problemu w NBP

Po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej na konferencji prasowej głos zabrał sam prezes NBP Adam Glapiński, którego zdaniem “nie ma żadnego istotnego problemu w banku”.

– NBP jest z dala od polityki i jakichkolwiek jej aspektów, nie patrzę na poglądy, jak ktoś pracuje dobrze, jest lojalny, to go cenię. Płacimy dobrze, ale i wymagamy także bardzo dużo – przekonywał Adam Glapiński.

Odniósł się też do projektu ustawy opozycji o jawności zarobków, że oczywiście wówczas ujawni zarobki, a pod ustawą podpisze się obiema rękami. – Na razie prawo nie pozwala na ujawnienie zarobków – dodał prezes NBP.

Zabrał też głos w sprawie zarobków Martyny Wojciechowskiej i Kamili Sukiennik, ale nie podał ich wysokości. Cała sprawa jest dla niego bulwersująca i seksistowska. – Szczególnie uczepiono się dwóch pań dyrektor, z nieznanych mi powodów, być może ze względu na ich wygląd. Brutalne, haniebne, prymitywne, seksistowskie pastwienie się nad dwoma matkami, nad ich dziećmi, które chodzą do szkoły, do przedszkola, nad ich mężami, rodzicami. Wszyscy w Warszawie są tym szalenie zbulwersowani, jak się prywatnie o tym rozmawia. Tylko nikt publicznie nie zabierze głosu, tylko powtarza się jakieś prymitywne, chamskie odzywki – skomentował Adam Glapiński.

Na pytanie, czy poda się do dymisji, prezes odpowiedział: – Odpowiem, jak wrócę z Radomia.

Dr Migalski: Kaczyński musi rozumieć, jaki to poważny kryzys

Jeżeli PiS chce myśleć o dobrym wyniku wyborczym, musi szybko ugasić pożar, jaki wywołały doniesienia o zarobkach w Narodowym Banku Polskim.

JUSTYNA KOĆ: Czy PiS poświęci Adama Glapińskiego?

DR MAREK MIGALSKI: PiS chciałoby poświęcić Glapińskiego. Gdyby to było w mocy Kaczyńskiego, to Glapiński już nie byłby prezesem, a pani Wojciechowska już nie byłaby na stanowisku, na którym zarabia prawdopodobnie 65 tys. zł, tyle tylko, że taki psikus historii – stanowisko, na które został wybrany Glapiński, jest nieusuwalne. Jeśli sam nie zrezygnuje i nie będzie chciał się poddać sugestiom z Nowogrodzkiej, to praktycznie prezes nic nie może mu zrobić i on może grać na nosie PiS-owi. To oczywiście szkodzi tej partii, rozumie to też opozycja, która to wykorzystuje, ale rozumie to też sam PiS, który najchętniej pozbyłby się Adama Glapińskiego i pani Wojciechowskiej. Bez ruchu ze strony Glapińskiego to jest niemożliwe. Dzisiejsza konferencja NBP niczego nie rozwiązała, a nawet pogorszyła sytuację. Trzy minuty później swoją konferencję miał Sławomir Neumann, który słusznie z punktu widzenia opozycji potępiał nie tyle prezesa NBP i panią Wojciechowską, ile PiS i Jarosława Kaczyńskiego.

Negatywnie sytuację w NBP ocenia też sanator Jackowski z PiS. Czy to oznacza, że przez usta senatora mówi prezes?
Nie znam senatora, więc nie mam pewności, ale jestem przekonany, że to nie stało się bez przyzwolenia prezesa Kaczyńskiego. Tego typu oficjalne i wymierzone w ludzi obozu władzy posunięcia nie mogą nie mieć błogosławieństwa Jarosława Kaczyńskiego. Oczywiście może być tak, że senator Jackowski jest odważnym, prawym i dzielnym człowiekiem, ale bardziej prawdopodobne jest to, że wypełnia polecenia Kaczyńskiego, który zrozumiał, że ta sytuacja jest obciążeniem dla obozu władzy i dla niego. O ile dla większości wyborców takie kwestie, jak TK, TSUE, SN, a nawet wolność mediów, są sprawami drugorzędnymi, o tyle absolutnie musi do nich przemawiać fakt, że ta postawna blondynka zarabia w miesiącu tyle, ile przeciętny Polak w ciągu dwóch lat. To jest tak namacalne, jak premie, których broniła Beata Szydło. Wtedy to niszczyło PiS i dziś też niszczy.

Wróćmy do tej kuriozalnej konferencji w NBP. Kto wpadł na ten karkołomny pomysł? Sam bank czy stratedzy z Nowogrodzkiej?
Ta konferencja przejdzie do annałów marketingu i PR jako coś kontrskutecznego, dlatego że to rzeczywiście było gaszenie pożaru benzyną. Te wyliczenia, które przedstawiła pani wicedyrektor z HR, są uogólnieniami, a nie po to pojawili się tam dziennikarze, żeby usłyszeć, ile zarabia średnio pracownik NBP, tylko ile zarabia konkretna osoba, jakie są jej kompetencje i jak wyglądał proces rekrutacji. Te odpowiedzi nie padły, zatem show trwa. Napisałem już tydzień temu, że ta sprawa jest rozwojowa i daje paliwo opozycji, bo to jest namacalny konkret stojący w absolutnej sprzeczności z narracją PiS-u. Te głosy, że zarobki są takie same, jak za poprzedników, w żaden sposób nie będą przemawiać do wahających się wyborców, bo oni oczekiwali, że rządy PiS-u będą leprze. Ta sytuacja nie odwróci sympatii twardego elektoratu, ale dla wahających się ta sytuacja jest bulwersująca.

Ostatni sondaż z poniedziałku tego nie potwierdza. PiS ma znów prawie 40 proc. PO notuje spadek.
Co więcej, inny sondaż pokazuje, że 48 proc. Polaków albo zagłosuje, albo rozważa zagłosowanie na PiS. To są dla opozycji absolutnie niepokojące sondaże. Jeśli ja zadaję sobie pytanie, co mogło w grudniu zaważyć, że wspólnie PO i Nowoczesna tracą w tym badaniu, o którym pani mówi, 8 pkt. proc., to jedyne, co przychodzi mi do głowy, to “wrogie” przejęcie części posłów Nowoczesnej przez PO. To prawdopodobnie zapamiętali wyborcy na koniec roku i jak się domyślam, zareagowali rozczarowaniem. Nie tak sobie wyobrażali jednoczenie opozycji. Te sondaże potwierdzają, że w dalszym ciągu liderem sympatii Polaków jest PiS i nie zmieniły tego wybory samorządowe.

Czy w następnym sondażu przewiduje pan spadek poparcia dla PiS jako konsekwencję tego, co widzimy w NBP?
Jestem o tym przekonany, ponieważ ta sytuacja trwa już od tygodnia, a to oznacza, że może zacząć docierać do ludzi. Zawsze powtarzam, że my emocjonujemy się polityką od razu, bo jesteśmy online. Można to porównać do wyspy na środku jeziora, gdzie jesteśmy my, komentatorzy, dziennikarze, publicyści, więc widzimy to, co na jeziorze się dzieje, wcześniej. Fale do plażowiczów docierają z lekkim opóźnieniem. Myślę, że ta fala już dociera i nastąpi korekta w następnym sondażu i PiS-owi będzie spadać.


Zdjęcie główne: Marek Migalski, Fot. Wikimedia/Lestat (Jan Mehlich), licencja Creative Commons

Reklama