Reklama

Staram się unikać spekulacji na temat stanu ducha prezesa Kaczyńskiego. Pamiętam natomiast obietnice pozytywnych zmian, jeśli chodzi o dobrostan zwierząt w kampanii 2015 roku, które z nadzieją przyjęły niektóre środowiska obrońców zwierząt. Ale potem przez 5 lat wszelkie nieśmiałe próby zmian były blokowane, chociażby przez lobby Rydzyka – mówi nam dr Jacek Kucharczyk, prezes Instytutu Spraw Publicznych. – Dla zewnętrznego obserwatora jasne jest, że ta zapowiadana planowa rekonstrukcja rządu utknęła na razie na mieliźnie, którą jest zaciekła walka o władzę i spory w obrębie obozu rządzącego – podkreśla

JUSTYNA KOĆ: Co się dzieje na Nowogrodzkiej? Dlaczego tak długo trwa rekonstrukcja rządu, która powinna być przecież PR-owym zyskiem?

JACEK KUCHARCZYK: Dla zewnętrznego obserwatora jasne jest, że ta zapowiadana, planowa rekonstrukcja rządu utknęła na razie na mieliźnie, którą jest zaciekła walka o władzę i spory w obrębie obozu rządzącego. Dlaczego zamiast rekonstrukcji mieliśmy dość chaotyczny proces odchodzenia kluczowych ministrów? Trudno nie odnotować, że w momencie, kiedy pandemia zaczęła ponownie narastać, odszedł minister zdrowia, oskarżany o konflikt interesów czy wręcz korupcję. Zaraz po nim odszedł minister spraw zagranicznych, kilka dni po tym, jak wybuchła demokratyczna rewolucja na Białorusi i głosu polskich władz w kluczowym momencie może nie zabrakło, ale był bardzo słabo słyszalny.

Mała Litwa zrobiła dla białoruskiej demokracji znacznie więcej, niż Polska, która tradycyjnie chciała być w Unii reprezentantem dążeń i aspiracji demokratyzacyjnych społeczeństw byłego ZSRR.

Natomiast samej rekonstrukcji rządu nie widać. Trudno przewidzieć, jaki będzie wynik tej walki o władzę. To przypomina walkę buldogów pod dywanem i od czasu do czasu któryś wystawia głowę, ale co się dzieje pod dywanem, trudno powiedzieć. Na zewnątrz to wygląda jednak dość chaotycznie. Widzimy dziwaczne sprzeczności, jak chociażby pokłony władzy dla toruńskiego redemptorysty, a z drugiej strony ogłaszanie planów zakazu hodowli zwierząt futerkowych, które rozwścieczają sponsorów Tadeusza Rydzyka i prowadzą do gremialnego ataku na politykę partii rządzącej. Mamy zatem poczucie pewnej kakofonii i właściwie nie wiadomo, w jakim kierunku to zmierza.

Reklama

Czy te przeciągające się rozmowy pokazują nam, że partia władzy kłóci się o frukta? Czy rzeczywiście chodzi o zmniejszenie liczby ministerstw, jak zapowiada m.in. marszałek Terlecki?
Po trzech kolejnych wygranych przez koalicję rządzącą wyborach nastąpił taki moment, kiedy do następnych wyborów jest sporo czasu i pojawiła się presja na ponowny podział łupów w zależności od tego, kto oddał jakie zasługi, czyja pozycja jest silniejsza itd. Stąd ta obecna sytuacja. To nie jest oznaka komfortu władzy, bo ta natychmiast zwiera szeregi, kiedy poczuje się zagrożona przez opozycję, czego wyrazem są chociażby nieustające ataki na Rafała Trzaskowskiego.

Władza może żreć się między sobą, ale pamięta, żeby cały czas prowadzić te działania na rzecz osłabienia zagrożenia ze strony opozycji.

To się nie zmieniło, a walka polityczna trwa niezależnie od zmagań o władzę w obozie rządzącym.

W ostatniej „Polityce” można przeczytać, że plan Kaczyńskiego może zakładać stworzenie alternatywy dla partii Zbigniewa Ziobry i jego radykalnej walki z „ideologią LGBT” w postaci posła Czarnka. To realny scenariusz? Rzeczywiście Zbigniew Ziobro dostał od Kaczyńskiego ogromną władzę, jednocześnie prezes potrzebuje ziobrystów do rządzenia.
Nie jestem w stanie przewidzieć, jaki kształt koalicji wyłoni się z tych zmagań, natomiast nasuwa się analogia z 1968 rokiem i falą antysemityzmu, która była wynikiem ówczesnych zmagań w obozie władzy. Ta ofensywa Ziobry to odpowiednik działań ówczesnych moczarowców, którzy rozpętali tę antysemicką histerię. Dziś Ziobro, ale nie tylko on, bo pomaga mu w tym gorliwie Kościół katolicki, rozpętuje nagonkę na osoby nieheteronormatywne, której skutek jest zbliżony do tamtej antysemickiej nagonki z 68 roku. Część z tych osób – jak wtedy – wyjeżdża z kraju, a reputacja Polski wśród krajów demokratycznych jest bardzo mocno naruszona. Pamiętajmy, że wybuch antysemityzmu w 68 roku do dziś ciąży na wizerunku Polski, nawet po upadku komunizmu w 89 roku. Wtedy jeszcze można było zrzucać odpowiedzialność na dyktaturę komunistyczną i brak demokracji, natomiast tej obrzydliwiej nagonki na osoby LGBT+ nie ma na kogo zwalić. Przekonywanie, że nie ma się co tak ekscytować tą sprawą, bo to wewnętrzna sprawa i walka o władzę w koalicji rządzącej, jest nie na miejscu.

Oczywiście to prawda, że tu chodzi o władzę, ale jednocześnie – jak w 68 roku – cierpi przy tym tysiące ludzi. Deptane są prawa obywatelskie. W błyskawicznym tempie niszczony jest dobry wizerunek i pozycja Polski w demokratycznym świecie.

PiS zapowiedział zmiany w ochronie zwierząt, zresztą entuzjastycznie przyjęty przez organizacje z tej sfery. Pomysł wyszedł podobno z młodzieżówki, ale poparł go sam prezes, wielki miłośnik zwierząt. Dlaczego teraz i czy uda się zmienić prawo, a może chodzi jeszcze o coś innego?
Staram się unikać spekulacji na temat stanu ducha prezesa Kaczyńskiego. Pamiętam natomiast obietnice pozytywnych zmian, jeśli chodzi o dobrostan zwierząt, w kampanii 2015 roku, które z nadzieją przyjęły niektóre środowiska obrońców zwierząt. Ale potem przez 5 lat wszelkie nieśmiałe próby zmian były blokowane, chociażby przez lobby Rydzyka. Wyborcy PiS-u zawsze podchodzą entuzjastycznie do pomysłów prezesa, chociaż tym razem pojawiły się na prawicy głosy oburzenia, że prezes ulega „lewactwu”. Co do organizacji broniących praw zwierząt, to wstrzymałbym się z tym entuzjazmem dopóki zmiany faktycznie nie nastąpią. Jak zobaczę zamykane fermy zwierząt futerkowych, to będę sam gotów gratulować prezesowi Kaczyńskiemu. Na razie biorąc pod uwagę to, czego ta władza nie zrobiła przez ostanie 5 lat, nie mam powodów do robienia sobie nadmiernej nadziei. Popieram z całego serca zmiany mające ograniczyć cierpienie zwierząt w Polsce i dostosowanie pod tym względem polityki polskiej do standardów europejskich, natomiast nie wiem, co z tego wyjdzie.

Być może to tylko wrzucony przez prezesa temat, który ma skupić uwagę opinii publicznej i załagodzić obraz władzy po tym pogromie aktywistów LGBT, którego dokonała polska policja.

Coraz więcej wiadomo o planach PiS-u na następne 4 lata. To na pewno tzw. reforma sądownictwa i czystka w SN, a także repolonizacja mediów. PiS będzie chciał domknąć system?
Jeśli chodzi o spełnianie pozytywnych obietnic wyborczych, to PiS ma dość słabe wyniki, ale jest na pewno konsekwentny w tym, co pani nazywa reformami, a moim zdaniem jest dokręcaniem śruby, niszczeniem niezależności wymiaru sprawiedliwości czy konstytucyjnie gwarantowanej wolności wyrazu czy wolności mediów. Tu akurat od 5 lat partia rządząca jest bardzo konsekwentna i skuteczna i realizuje zmiany mające podporządkować partii rządzącej sądownictwo i media. To dość przerażające, bo te zmiany następują krok po kroku, choć były spowalniane przez protesty społeczne, opór samego środowiska sędziowskiego i krytykę międzynarodową. Obawiam się, że

te zmiany będą wcielane bardzo konsekwentnie, niezależnie od tego, czy ministrem sprawiedliwości będzie Zbigniew Ziobro, czy też ktoś inny, kto otrzyma od prezesa zadanie dokończenia destrukcji niezależności polskiego sądownictwa czy mediów.

Zbigniew Ziobro może stracić stanowisko?
W tej chwili Ziobro wydaje się bardzo mocno osadzony na swoim stanowisku, mając ogromną wiedzę o nadużyciach popełnianych przez obecną władzę, natomiast nie podjąłbym się przewidywania, jaki kształt koalicji rządzącej wyłoni się z tej bijatyki.

A wcześniejsze wybory?
Raczej nie, bo wydaje się, że wszyscy członkowie koalicji rządzącej mają wciąż na tyle instynktu samozachowawczego, żeby nie przedziurawić tej łodzi, na której płyną.


Zdjęcie główne: Jacek Kucharczyk, Fot. Instytut Spraw Publicznych

Reklama