Co oznacza przyjęcie budżetu w taki sposób? Co mogą zrobić posłowie PiS i w jakiej rzeczywistości prawnej żyjemy? Zapytaliśmy doktora nauk prawnych, adiunkta w Katedrze Prawa Konstytucyjnego Uniwersytetu Wrocławskiego Ryszarda Balickiego. Dr Balicki był jednym z autorów opinii prawnych przygotowanych na prośbę biura analiz sejmowych ws. głosowań w Sali Kolumnowej. Jego opinia nie została opublikowana przez Sejm, mimo że biuro samo o nią prosiło.

Justyna Koć: Jak wygląda w tej chwili sytuacja prawna budżetu?
Ryszard Balicki:
Z jednej strony mamy do czynienia ze stanem faktycznym, polegającym na tym, że marszałek Sejmu stwierdził, że Sejm uchwalił budżet w 3. czytaniu, Senat nie zgłosił żadnych poprawek i w związku z tym ustawa trafi na biurko prezydenta Rzeczypospolitej, który zgodnie z konstytucją będzie miał 7 dni na podjęcie decyzji. Wobec ustawy budżetowej te możliwości podjęcia decyzji przez prezydenta są ograniczone, może albo podpisać, albo wystąpić do Trybunału Konstytucyjnego. To strona czysto formalna. Z drugiej strony, mamy jednak wątpliwości, czy w rzeczywistości doszło do uchwalenia ustawy budżetowej. Jedynym organem w normalnych warunkach, który mógłby w sposób przesądzający, czyli w oparciu o podstawę prawną to stwierdzić, jest Trybunał Konstytucyjny. Ale tutaj mamy kolejną wątpliwość co do funkcjonowania obecnie Trybunału. Jak widać, na proste pytanie, które mi pani zadała, nie mogę udzielić krótkiej i prostej odpowiedzi.

Czyli de facto niezależnie od opinii prawnych ten budżet obowiązuje?
Musimy sobie uświadomić, że tu tak naprawdę nie chodzi o budżet. Niezależnie od tego, czy ten budżet zostałby uchwalony, czy nie, to w funkcjonowaniu państwa nic się nie zmienia. Zgodnie z naszą konstytucją, jeżeli nie mamy 1 stycznia budżetu, to gospodarka finansowa jest prowadzona według projektu budżetu przygotowanego przez rząd. Państwo nie przeżywa żadnej zapaści, z formalnego punktu widzenia nic się nie dzieje. Jeżeli nie chodzi o budżet, to o co chodziło? Warto się nad tym zastanowić.

Zgodnie z naszą konstytucją, jeżeli nie mamy 1 stycznia budżetu, to gospodarka finansowa jest prowadzona według projektu budżetu przygotowanego przez rząd.

Może chodziło o to, żeby sprawdzić, czy takie uchwalanie ważnych ustaw w Sali Kolumnowej, bez pewności kworum, dziennikarzy, posłów opozycji przejdzie? Test do zmiany konstytucji?
Niestety, polska tradycja ustrojowa ma to do siebie, że były akty rangi ustawy konstytucyjnej uchwalane, jeżeli nie z naruszeniem prawa, to przynajmniej przy dużych wątpliwościach. Tak została uchwalona Konstytucja 3 Maja i konstytucja kwietniowa, w związku z tym pokusy mogą się zawsze pojawiać i każda siła polityczna może takie pokusy w sobie wzbudzić. Czy to jest możliwe? Nie wiem. Chciałbym powiedzieć, że nie, natomiast faktycznie sytuacja, w której akceptujemy formułę, że akty prawne uchwala część Sejmu, nawet jeżeli ta część będzie formalnie władna podjąć decyzje, jest bardzo niebezpieczna. Sejm to jest jednak miejsce dyskusji, wszyscy posłowie, niezależnie od tego, czy reprezentują partie większościowe, czy mniejszościowe, mają taki sam mandat przedstawicielski i reprezentują suwerena, czyli nas wszystkich. To jest istota parlamentu i parlamentaryzmu.

Był pan jednym z autorów ekspertyz prawnych w sprawie głosowań z 16 grudnia, które zostały zamówione przez Kancelarię Sejmu. Pana ekspertyza wskazywała, że głosowanie nad budżetem nie było legalne. W konsekwencji pana ekspertyza nie została opublikowana na stornach Sejmu. Dlaczego? Była nie po linii rządu?
Nie wiem, czy była, czy nie po linii. Moim zdaniem, była zgodna z konstytucją, ustawą o wykonywaniu mandatu posła i senatora i regulaminem Sejmu. A jako prawnik, do którego biuro analiz sejmowych zgłosiło się o ekspertyzy, na tym się opierałem. Linie partyjne mniej mnie interesują.

Sytuacja, w której akceptujemy formułę, że akty prawne uchwala część Sejmu, nawet jeżeli ta część będzie formalnie władna podjąć decyzje, jest bardzo niebezpieczna.

Co było w pana ekspertyzie?
Każda ekspertyza sprowadza się do odniesienia się do określonego stanu faktycznego. Z uwagi na to, że wydarzenia z 16 grudnia były nieco zagmatwane, musiałem spróbować zdekodować ten stan faktyczny, co uczyniłem w oparciu o materiały oficjalne – jest opublikowany stenogram z tego posiedzenia. Na tej podstawie odniosłem to do regulacji prawnych, gdzie stwierdziłem, że doszło do naruszeń regulaminu Sejmu, również ustawy o wykonywaniu mandatu posła i senatora, a także Konstytucji Rzeczypospolitej. Konkluzje musiały być takie, że spotkanie w Sali Kolumnowej nie mogło być, moim zdaniem, posiedzeniem Sejmu. Jeżeli tak, to moja rekomendacja sprowadzała się do odwołania się czy cofnięcia się do ostatniej legalnej, niekwestionowanej decyzji marszałka Sejmu, czyli do decyzji o zarządzeniu przerwy, którą podjął o 15.41 na sali plenarnej. Warto, żebyśmy o tym pamiętali. Decyzja o przerwie była spowodowana brakiem kworum. Marszałek Sejmu w przeprowadzonym przez siebie głosowaniu przy użyciu aparatury elektronicznej stwierdził, że na sali nie ma odpowiedniej liczby posłów i zarządził przerwę. Wyraźnie to powiedział i jest to w stenogramie, że “muszę zarządzić przerwę z powodu braku kworum”.
Musimy sobie zdać sprawę, że gdyby posłowie zechcieli wrócić do tego 33. posiedzenia, to przecież w normalnych warunkach mają większość i ustawa budżetowa byłaby uchwalona w 2 godziny. Natomiast jest bardzo niebezpieczne, kiedy parlament staje się maszynką do głosowania, kiedy posłów nie dopuszcza się do zabierania głosu. Podczas głosowania w Sali Kolumnowej doszło do jeszcze jednego, bardzo niebezpiecznego zjawiska, jakim jest blokownie poprawek. Poprawki, które nie były z sobą merytorycznie powiązane, zostały połączone w bloki do jednego głosowania, w którym zostały odrzucone. To nie jest parlament i to jest dla mnie niepokojące.

Spotkanie w Sali Kolumnowej nie mogło być, moim zdaniem, posiedzeniem Sejmu.

Gdzie pan widzi największe zagrożenia? W jaką stronę to wszystko zmierza?
Na krótką metę to będzie narastanie czasu zamieszania, że nie będziemy pewni stanu prawnego, w którym funkcjonujemy. To już od pewnego czasu się dzieje i nie da się ukryć, że zdewastowanie autorytetu Trybunału Konstytucyjnego, co odbywało się przez cały zeszły rok, było początkiem takich właśnie działań. Zniszczenie parlamentu jako miejsca dyskusji może być niepokojące, bo jeżeli nie będziemy rozmawiać ze sobą w parlamencie, to gdzie?

Na ulicy?
Na ulicy to będzie już bardzo niebezpieczne. I jest jeszcze jedna zła konsekwencja tego, co się dzieje. Musimy sobie uświadomić, że politycy – chociaż ja nie chciałbym oceniać polityków – ale politycy chcieliby, żeby wszystko szło szybko, zgodnie z ich zamiarami i po ich myśli, i sama świadomość, że wszystkie te złe zwyczaje, które teraz są wprowadzane, będą wykorzystywane w przyszłości przez inne ugrupowania polityczne budzi niepokój. Budujemy podłoże do bardzo złego wykorzystywania prawa. Jeżeli się okazuje, że jedno ugrupowanie może tak postąpić, to dlaczego inne mają z tego nie korzystać? I to już nie będzie ustrój prawa demokracji konstytucyjnej, to już nie będzie parlamentaryzm.

Budujemy podłoże do bardzo złego wykorzystywania prawa.

Może warto pociągnąć w przyszłości do odpowiedzialności tych, co naciągają prawo?
Odpowiedzialność jest opisana w regulacjach prawnych, kto podlega pod jurysdykcję Trybunału Stanu i popełnił czyn, który może go tam zaprowadzić, ale tu nie chodzi o to, żebyśmy zastanawiali się, kogo i jak można ukarać. Raczej poszukajmy sposobu, żeby usiąść do stołu i porozmawiać. Myślę że problem polega na tym, że w Polsce kompromis stał się obelgą. Jak mówimy o kompromisie, to od razu myślimy, że ktoś musi stracić, a kompromis polega na tym, że wszyscy powinniśmy zyskać.

Minister Mariusz Błaszczak grozi posłom, którzy zajmowali salę plenarną odpowiedzialnością karną nawet do 10 lat. Powołuje się na kk art. 128 ust. 3. Czy można zamknąć posłów opozycji w więzieniu za coś takiego?
Ja jestem konstytucjonalistą, minister Błaszczak pewnie świetnie zna prawo karne. Niemniej wydaje mi się, że jego interpretacja idzie zbyt daleko. Warto sięgnąć do tego artykułu i jeszcze raz go przeczytać. Może wtedy minister Błaszczak będzie bardziej rozsądnie dobierać słowa. Według mnie, to zwykłe straszenie. A poza tym, czy naprawdę chcielibyśmy, żeby Polska była krajem, gdzie posłów opozycji zamyka się w więzieniu za to, że mówią do marszałka “Panie marszałku kochany”?


pap-maly Zdjęcie główne: PAP/Leszek Szymański

Comments are closed.