Reklama

Dokąd? Do innego, jakim go widzą i za jaki sam się uważa – pisze dla wiadomo.co prof. Zygmunt Bauman

Taka odpowiedź na tytułowe pytanie nie może mnie rozczarować swą zdawkowością. Tak się jednak rzeczywiście rzeczy mają, że takiej tylko jak powyższa odpowiedzi da się, z poczuciem odpowiedzialności za słowo, udzielić. W naszym AD 2016 wielocentrycznym świecie, odgórnie zderegulowanym, w środku na wpół sparaliżowanym przez rozdźwięk między ogromem zadań a mizernością narzędzi dostępnych dla ich spełnienia, a od dołu rozczłonkowywanym i parcelowanym oraz popychanym ku samosterownictwu, pytanie, jakie zakłada istnienie celu wędrówki i punktu dojścia, a także i sił zdolnych świat tam doprowadzić, zbija z tropu. A znów wszelka na nie odpowiedź pytaniu współmierna sugerowałaby, zuchwale a kłamliwie, posiadanie wiedzy, jakiej się nie posiada i jakiej, co gorsza, posiąść zawczasu nie można.

Vaclav Havel, który zwiedził dokumentnie, od wnętrza, pełną gamę przybytków świata polityki, od kazamatów po prezydenckie pałace, i dowiedział się w nich z pierwszej ręki o mocach i niemocach polityki więcej niż cała niemal reszta śmiertelników, takie oto z olbrzymiej wiedzy przez siebie zgromadzonej wysnuł wnioski: ostrzegał i pouczał, że aby przewidzieć tok historii, trzeba wiedzieć, jakie pieśni naród skłonny jest śpiewać; ale że bieda w tym, że nie da się przewidzieć pieśni, jakie naród zechce zanucić za rok. Zaś w jednym z aforyzmów Franza Kafki wychodzący z domu Pan zapytany u bramy przez sługę, dokąd zmierza, odpowiedział: “Nie wiem. Po prostu precz stąd. To jedyny sposób na to, by dotrzeć do mego celu”. “A to Pan zna swój cel”, obradował się sługa. “Przecież powiedziałem ci”, odparł gniewnie Pan: “Precz stąd – oto mój cel”.

Reklama

Powszechność niezadowolenia zagradza miast mościć drogę do świata gościnnego dla powszechnej satysfakcji.

Pieśni rozlega się dziś na planecie mnóstwo, a każda z nich osobliwa, innego się tekstu trzyma; trwa zasłuchana w sobie, a na inne pieśni jest głucha; a często-gęsto i uszy swym śpiewakom własnym crescendem zatykająca, gdy się rozlegną, jest zmianie słów w tekście niechętna i oporna. Co rozśpiewanych łączy, to słowa “precz stąd” obecne w refrenach wszystkich pieśni. Wbrew jednak oczekiwaniom, owe zgodnie wyśpiewywane “precze” z refrenów dzielą śpiewaków raczej i skłócają miast jednoczyć i godzić, bo różne śpiewające je chóry całkiem rozmaite “stądy” mogą
wkomponować w zwrotki swych pieśni.

Nie najlepszy jest ten świat, w którym żyć nam przypadło: coś w nim natrętnie, uparcie i nękająco nie gra. Trzeba koniecznie coś w tym świecie zmienić, żeby znów zagrało; cokolwiek, byle zdolne ono było sprawić, by nie musieć tkwić w nim nadal, w takim, jaki jest. Z tym orzeczeniem większość mieszkańców planety pewnie by się zgodziło. Ale mała szansa na to, by pogodziła się owa większość także co do tego, czym ma się zmieniony na lepsze świat różnić od tego, który jest. Powszechność niezadowolenia zagradza miast mościć drogę do świata gościnnego dla powszechnej satysfakcji.

Ta obserwacja trapiła i gnębiła Ulricha Becka, jednego z najwnikliwszych diagnostyków naszych bieżących bolączek. Zmierzył się Beck z zaobserwowanym paradoksem w jednym z ostatnich swych dzieł, poświęconym potrzebie i szansom “kosmopolityki”. Zostaliśmy, jak tam stwierdził, czy się nam to podoba, czy nie, i bez pytania nas o zgodę, wtrąceni w sytuację kosmopolityczną. To, co się dzieje w jednym miejscu globu, wpływa na losy i życiowe perspektywy mieszkańców wszystkich innych miejsc i ich potomków – nawet tych jeszcze nienarodzonych. Odseparować się od siebie, a tym bardziej odizolować, nie możemy – ani obopólnych kontaktów uniknąć: globalizacja finansów, funduszy inwestycyjnych, obrotu handlowego, informacji, handlu bronią, przestępczości czy terroryzmu, tyle ze sobą mających wspólnego, że żadne zamki się ich wytrychom nie oprą, już się o to zatroszczą, byśmy nie mogli. Nawet najzasobniejsi i najmożniejsi wśród nas nie mogą się chełpić, że są w pełnym tego słowa znaczeniu gospodarzami w swoim domu. Żaden z narodowych chórów (by do Havlovej terminologii na chwilę powrócić) nie może swojego repertuaru układać, o jego utrzymaniu już nie wspominając, nieświadom tego, co inne chóry wyśpiewują. W tym sęk jednak, powiada Beck, że owej świadomości – kosmopolitycznej świadomości – nam brak. Ba – nie zabraliśmy się jeszcze poważnie do jej nabywania, nie mówiąc już o jej wcielaniu w życie.

Nawet najzasobniejsi i najmożniejsi wśród nas nie mogą się chełpić, że są w pełnym tego słowa znaczeniu gospodarzami w swoim domu.

Myślę sobie, że i kiełkująca świadomość kosmopolityczna może sobie sprawić wytrych równie skuteczny dla zamierzeń szlachetnych, jak ten, którym posługują się tak sprawnie dla swych celów nikczemnych moce zglobalizowane, które wtrąciły nas wszystkich w sytuację kosmopolityczną i krzepko nas w niej trzymają. Tym wytrychem jest dialog. Mówił o nim obszernie, przenikliwie i jakże przekonująco papież Franciszek z okazji przyznania Mu Europejskiej Nagrody Karola Wielkiego:

Jeśli jest jakieś słowo, które powinniśmy niestrudzenie powtarzać, to jest to dialog. Jesteśmy zaproszeni do krzewienia kultury dialogu, starając się za pomocą wszelkich środków otworzyć instancje, by stało się to możliwe i pozwalało nam na odbudowę tkanki społecznej. Kultura dialogu zakłada autentyczne uczenie się, ascezę, pomagającą nam rozpoznać drugą osobą jako ważnego interlokutora; która pozwala nam spojrzeć na przybysza, migranta, osobę przynależącą do innej kultury jako podmiot, który trzeba wysłuchać, uznać i docenić. Pilnym zadaniem jest dla nas dzisiaj zaangażowanie wszystkich podmiotów społecznych w promowaniu „kultury, która daje pierwszeństwo dialogowi jako formie spotkania”…

Ta kultura dialogu, która powinna być włączona we wszystkie programy szkolne jako oś przenikająca poszczególne dyscypliny, pomoże zaszczepić w młodym pokoleniu taki sposób rozwiązywania konfliktów, który jest różny od tego, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni. Obecnie istnieje pilna potrzeba tworzenia „koalicji” nie tylko wyłącznie wojskowych i gospodarczych, ale także kulturalnych, edukacyjnych, filozoficznych, religijnych. Koalicji, które podkreślają, że za wieloma konfliktami, często chodzi o władzę grup ekonomicznych. Koalicji zdolnych do obrony narodu od bycia wykorzystywanym do niewłaściwych celów. Uzbrójmy naszych ludzi kulturą dialogu i spotkania.

Kultura dialogu powinna być włączona we wszystkie programy szkolne jako oś przenikająca poszczególne dyscypliny.

Ale dialog nie poczyna się sam z siebie; nie jest odruchem naturalnym na podorędziu spotykających się przypadkowo nieznajomych. Bardzo wiele spotkań ludzkich – być może znaczną ich w naszych czasach większość – można tylko opisać, jak już Martin Buber sugerował, jako niby-spotkania lub spotkania chybione, które służą bardziej utrwalaniu separacji niż nawiązywaniu dialogu. A już w dzisiejszym, na wskroś sprywatyzowanym społeczeństwie, rozproszkowanym na autonomiczne i zdane na własne siły jednostki, tresowane i zachęcane z wszech stron do wzajemnej rywalizacji – społeczeństwie, którego układ dewaluuje solidarne działanie, a faworyzuje wzajemną podejrzliwość, każdego obcego piętnując a priori jako potencjalnego rywala i przeciwnika – szanse uczciwego dialogu otwartego na inność rozmówcy i darzącego tę odmienność szacunkiem kurczą się do minimum. To nieufność, owocująca skłonnością do podejrzeń i komponowania aktów oskarżenia nim przestępstwo zostało popełnione, staje się w takim społeczeństwie naturalnym odruchem.

Pomaga jej w tym nadto nowa, niedostępna do czasu powstania “portali społecznych” w rodzaju Facebooka, możliwość wymykania się przykrościom nie do uniknięcia w rzetelnym, twarzą w twarz kontaktem z ludźmi o odmiennych nastawieniach, poglądach, wartościach i preferencjach. Rozmawiając z ekranem komputera można się schronić przed nieprzyjemnościami nieuchronnymi na ulicy. Sam na sam z tabletem czy kieszonkowym telefonem można oczyścić swój świat z głosów innych niż echa własnego i widoków innych niż lustrzane odbicia własnej twarzy: dokonać wyczynu nie do pomyślenia w świecie bez komputerów. A przy okazji można pozbyć się potrzeby żmudnych studiów sztuki dialogu i kompromisu, a i przepędzić zmorę ewentualnej porażki i towarzyszącego jej upokorzenia dla szacunku własnego, zawsze obecnych w pojedynkach na argumenty.

Nie jedyne to wszakże powody, dla których trudno świadomości doszlusować do już skosmopolityzowanej kondycji ludzkiej. Dzisiejsze wyzwanie jest i pod innymi względami szczególne; zaiste, pod paroma względami jest w dziejach ludzkich bezprecedensowe.

Historia gatunku ludzkiego, od pierwotnych hord zbieraczo-myśliwskich, które ponoć nie mogły zawierać więcej niż stu pięćdziesięciu członków, do dzisiejszych wielonarodowych imperiów i państw-narodów o dziesiątkach lub setkach milionów obywateli, da się w odróżnieniu od historii innych gatunków zwierzęcych opowiedzieć jako dzieje stopniowego, lecz upartego rozszerzania zakresu osobników objętych pojęciem “my” drogą wchłaniania części lub całości osobników zaliczanych poprzednio do kategorii “nich”. W toku tego procesu, pojęcia “my” i “oni” pozostawały w ścisłym związku – warunkowały się wzajemnie i definiowały. Nie mogłyby zaistnieć jedno bez drugiego: jedno pojęcie byłoby bez drugiego niewyobrażalne, a i bezsensowne. Znaczenie każdemu z nich nadaje wszak ich wzajemna opozycja. “My” znaczy tyle, co “nie oni”, a “oni” tyle, co “nie my”. Procesy integracji i separacji, włączania i wykluczania, były jak dotąd ściśle ze sobą splecione – i dokonywały się oba naraz we wzajemnej koordynacji przy pomocy przesuwania oddzielającej je, a zarazem stycznej dla obu granicy. Carl Schmitt podsumował owe dzieje w swej definicji “suwerenności” ciała politycznego jako prawa (a chyba i obowiązku) mianowania, ukonstytuowania i umiejscowienia “wroga”, przeciw któremu się ona jednoczy.

Szukają wrogów. Gdy ich nie znajdują, napinają do granic wytrzymałości moce wyobraźni, by ich wyczarować, licząc nie bez racji na pomoc ze strony planety nękanej wędrówką ludów i ich diasporyzacją.

W świetle takiej historii i takiego jej mechanizmu i jego sił napędowych, kolejny, tym razem najdłuższy z dotychczasowych jej etapów, jawi się jako zarazem najbardziej karkołomny. Bezwyjątkowa powszechność prawa do miana człowieka, a więc też do bycia nosicielem praw człowieka, jakiej wymagałaby kospomopolityczna świadomość rozciągająca pojęcie “my” na całą ludzkość, nie pozostawia przecież miejsca dla “onych”; a pod nieobecność “onych”, skąd mamy “my” czerpać przeświadczenie o wspólnocie interesów i animusz do solidarności, jak również koordynacji i integracji poczynań? Dialektyka wkluczania i wykluczania, asymilacji i alienacji, jednoczenia i separacji służyła dobrze wszystkim poprzednim etapom ekspansji pojęcia “my” i przyswojeniu praktyk z niej wynikających; ale czy zdolna jest ona obsłużyć etap aktualny, którego stawką jest unicestwienie twórczej opozycji między “my” a “oni”? Oto jest pytanie. I negatywna na nie odpowiedź ciśnie się na wargi.

Wystarczy nadstawić uszu na przekazy lejące się z głośników i wyostrzyć oczy na ilustrujące je obrazki na makro- i mikro-monitorach, by dość szybko dojść do wniosku, iż jak na razie mieszkańcy skosmopolityzowanej materialnie, lecz nie duchowo planety próbują odnaleźć się w nieznajomym świecie, sięgając po znajome, przyswojone, odziedziczone i wyuczone sposoby na nasycanie go sensem. Szukają wrogów. Gdy ich nie znajdują, napinają do granic wytrzymałości moce wyobraźni, by ich wyczarować, licząc nie bez racji na pomoc ze strony planety nękanej wędrówką ludów i ich diasporyzacją.

Jak na razie, podaż wrogów zaspokaja popyt na nich (czego jaskrawym przykładem była niedawna konfrontacja między “paniką migracyjną” a sukcesami wyborczymi ruchów ksenofobiczno-populistycznych albo “paniką terrorystyczną” a szeroką aprobatą publiczną dla rządowej polityki ograniczania swobód obywatelskich w imię zwiększenia bezpieczeństwa) – ale obfitość i intensywność zabiegów “wrogotwórczych” są pochodnymi raptownie rosnącego popytu zrodzonego, by tak rzec, z nienadążania ducha za ciałem czy świadomości za bytem; praktycznie rzecz biorąc, rewizji i nowelizacji repertuaru ludzkich sposobów bycia-w- świecie za zmianami w bycie ludzkiego świata. Ze powtórzę: jak na razie…

Jak na razie, podaż wrogów zaspokaja popyt na nich, czego jaskrawym przykładem była niedawna konfrontacja między “paniką migracyjną” a sukcesami wyborczymi ruchów ksenofobiczno-populistycznych.

Na razie – bo nieadekwatność reakcji do bodźców i lekarstw do wymagających leczenia niedyspozycji ma wszelkie szanse na bycie prędzej czy później rozpoznaną. Stanie się jasne, że są też inne drogi do integracji ludzkości niż dialektyka włączania i wyłączania przystosowana do ery terytorialnej autonomii i niezależności, ale jaskrawo nieprzydatna w erze globalnej współzależności. Jest sposób na to, by rozum nie musiał czekać na pospolite ruszenie do głowy aż tak długo, by już nie było komu po niego do głowy się udać. Alternatywne drogi, o jakich tu mowa, wiodą przez wyrzeczenie się poszukiwania racji dla jednoczenia przez wskazanie/wyłanianie wspólnego wroga czyniącego zwarcie szeregów tyleż pożądanym, co koniecznym dla przetrwania wzywanej do zjednoczenia się grupy – i zastąpienie tej strategii inwentaryzacją gróźb wiszących nad ludzkością jako całością; gróźb ślepych na kolor skóry, na odmienności kultur i historycznych dziedzictw i tradycji podobnie na ślepo rozdzielających zadawane przez się ciosy.

Takich gróźb innymi słowy, które na podobieństwo trzęsienia ziemi, pożaru i morskiego potopu, jakie w krótkich odstępach czasu dokładały się w 1755 roku się do zniszczenia Lizbony, kwitnącej wówczas, podziwianej i adorowanej przez resztę Europy stolicy – działając w stylu scharakteryzowanym przez Voltaire’a słowami “l’innocent, ainsi que le coupable/subit également ce mal inévitable”; nie zważając na to, jakim bogom czy jakim doktrynom hołd składały ich ofiary, do jakich świątyń uczęszczały i jakie obyczaje przyjmowały za cnotliwe, bo zgodne z bożą wolą. Wystawiały przeto one, nie pytając o ich zgodę, na te same niebezpieczeństwa i wręcz zmuszały przeciwstawne sobie i wzajem wrogie obozy, by zasiadły przy jednym stole obrad i dogadały się, by kroczyć w jedną nogę i ramię przy ramieniu.

Na nasze nieszczęście (ale w tym jednym omawianym tu przypadku na nasze szczęście), gróźb tego typu wisi nad XXI stuleciem bez liku. W “Rozmowach o końcu czasu”, opublikowanych na powitanie tego stulecia, Umberto Eco wymienił obok apokaliptycznych wizji śmierci planety (a w każdym razie życia na planecie) spowodowanej jej przegrzaniem, polucją lub wyczerpaniem zasobów, m.in. akumulację radioaktywnych odrzutów, wymieranie rosnącej liczby gatunków zwierzęcych i roślinnych zagrażające biologicznej różnorodności fauny i flory, zawrotne a wymykające się kontroli tempo rozwoju techniki, ale także postawę carpe diem (jedz, pij i używaj życia) awansującą – kosztem wszystkich alternatyw – do rangi najpospolitszej reakcji na wieści o przybliżaniu się katastrofy. Dodałbym do tej nieskompletowanej przez Eco listy (lokując je w pobliżu szczytu) plagę rosnącej niepohamowanie nierówności społecznej oraz bezprecedensowo gęste nasycenie planety bronią palną i materiałami wybuchowymi – przeobrażające ją tym samym w pole minowe, o jakim wiadomo, że wybuchy muszą się na nich często-gęsto zdarzać, ale nie sposób przewidzieć, kiedy się zdarzą i gdzie.

Jest paradoksem naszych czasów, iż nadzieja na ratunek planety i jej mieszkańców przed groźbą zagłady, wynikłą z rozziewu między realiami naszej sytuacji a iluzjami naszej świadomości, tkwi w nieprzejrzystości naszego wielocentrycznego i wielokulturowego świata i nieprzewidywalności kierunku, w jakim podąża – przez nas popychany i nas za sobą wlekąc…


Zdjęcie główne: Zygmunt Bauman na Europejskim Kongresie Kultury, 8-11.09.2011 Wrocław, Polska. Autor M. Oliva Soto, źródło flickr.com, licencja CC BY-SA 2.0

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Reklama