Reklama

Choć nie minęła jeszcze nawet połówka sezonu, a jego morderczy etap świąteczno-noworoczny dopiero się zbliża, to po niedzielnym meczu chyba każdy – nawet najbardziej ostrożny – kibic The Reds pomyślał: „Czy to wreszcie ten sezon?”. Liverpool rozprawił się ze swoim największym rywalem, Manchesterem City, i w walce o tytuł ma nad nim już 9 punktów przewagi w tabeli.

Choć Liverpool zanotował w tym sezonie Premier League rewelacyjny start – na koncie ma 11 zwycięstw i remis – to wydaje się, że w czerwonej części miasta Beatlesów z napięciem i niepokojem czekano właśnie na mecz z Manchesterem City. Porażka z drużyną Pepa Guardioli sprawiłaby, że wypracowana przewaga stopniałaby do poziomu, przy którym każde kolejne potknięcie mogłoby być już nieodwracalne. Jurgen Klopp i jego zespół przerabiali to w poprzednim sezonie. Statystycznie był on w wykonaniu The Reds wymarzony – 97 punktów, 30 zwycięstw i tylko jedna porażka. Jedna, ale bardzo ważna – będąc liderem, przegrali właśnie z City. Wtedy nie udało się Liverpoolowi powiększyć przewagi w tabeli i do końca sezonu oglądaliśmy morderczy wyścig, w którym The Citizens ostatecznie okazali się lepsi o zaledwie jeden punkt.

Dlatego tak ważny był ten niedzielny mecz na Anfield. Dał wygodną przewagę punktową i komfort psychiczny, którego nie zakłóci spojrzenie w terminarz. Do końca roku The Reds zagrają osiem meczów, z czego najtrudniejszy wydaje się ten wyjazdowy z Leicester City. Drużyna Guardioli w tym samym okresie będzie musiała zmierzyć się między innymi z Chelsea, Manchesterem United, Arsenalem i Leicester. Zadania nie ułatwi presja – The Citizens muszą wygrywać mecz za meczem, każda kolejna strata punktów może być już nie do odrobienia – oczywiście, jeżeli Liverpool utrzyma dotychczasową formę.

Niespecjalnie lubię piłkarskie gdybanie i zbyt szybkie ferowanie wyroków – historia futbolu widziała już takie zwroty akcji, że odrobienie 9 punktów w 26 meczów nie wydaje się żadną trudnością. Tym bardziej, że kibice Liverpoolu chyba jak żadni inni wiedzą, co to znaczy mieć złudne nadzieje. „Czy to wreszcie ten sezon?” pytali rok temu i czekało ich wielkie rozczarowanie. Podobnie jak w sezonie 2013/14, gdy zdawało się, że pod wodzą Brendana Rodgersa Liverpool pewnie zmierza po tytuł, a ostatecznie wypuścił szasnę z rąk na ostatniej prostej.

Reklama

Teraz najwięcej zależy od Jurgena Kloppa – będzie musiał odpowiednio zmotywować piłkarzy, by nie zeszli z obranego kursu. Wydaje się, że w obecnej sytuacji najlepiej sprawdzi się taktyka Adama Małysza – skupienie na najbliższym skoku, czyli meczu. Żadnego myślenia o przyszłości – wychodzimy i gramy swoje, jeszcze 26 razy. Chyba nie jest to nie do osiągnięcia, skoro w ostatnich 50 kolejkach ligowych tylko raz nie zdobyli punktów? Kapitalne wyniki osiągane w tym sezonie, kontynuujące passę z poprzedniego, udowadniają, jak niesamowitą maszynę stworzył w Liverpoolu Klopp. Gdy w maju The Reds, mimo doskonałej formy i wyników, przegrali mistrzostwo o włos, kibice mogli zastanawiać się, czy realne jest powtórzenie takiego sezonu. Przecież po pechowym finiszu z 2014 roku drużyna Rodgersa się rozpadła, zanotowała 12 porażek, a zespół skończył następne rozgrywki na 6 miejscu.

Tymczasem po drużynie Kloppa nie widać traumy. Być może skutecznym antidotum na przegrane mistrzostwo okazał się triumf w Lidze Mistrzów – piłkarze jednak zakończyli sezon jako zwycięzcy. Teraz wydają się wręcz jeszcze mocniejsi – na tyle, że pytanie „Czy to ten sezon” pojawia się na The Kop już na początku listopada. A jeśli The Reds przejdą suchą stopą najtrudniejszy moment sezonu, przełom roku – zacznie ono padać z trybun coraz śmielej.


Zdjęcie główne: Flaga Liverpool FC, Fot. 1966666, Pixabay License

Reklama