Reklama

Po raz pierwszy od dawna dobre informacje z kończącego się właśnie tygodnia przeważają nad złymi. PiS idzie na swój kongres 3 lipca z Dworczykiem i jego dziurawą jak sito skrzynką mailową. Platforma ma szansę pójść na swoją Radę Krajową 3 lipca z Tuskiem – pisze Cezary Michalski

Kaczyński tak intensywnie zajął się pruciem Porozumienia Gowina (ogłosił wyrok śmierci na niesfornego koalicjanta pojawiając się na zjeździe rozłamowej formacji Bielana, który zagwarantował mu przejęcie, kupienie, zastraszenie jak największej liczby ludzi Gowina), że nie zapobiegł pruciu się własnej partii (nowe koło poselskie złożone – na początek – z trojga posłów PiS, którzy z różnych powodów popadli w niełaskę, a widzą, że atmosfera w partii się psuje, więc zebrali się na niebywałą odwagę).

Kaczyński nadal rządzi, ale na coraz bardziej ruchomych piaskach.

Jest zmuszony do lepienia swojej śmieciowej koalicji – od Kukiza w kwestiach narodowych i libertariańskich, po Zandberga w głosowaniach nad podnoszeniem podatków i opłat oraz szkodzeniem „liberałom” – właściwie na nowo przed każdym posiedzeniem Sejmu.

Nie daje mu to żadnego komfortu rządzenia. Nie po to zawsze – od czasów Leppera i Giertycha po czasy Gowina i Ziobry – ciężko pracował nad likwidacją wszystkich poważnych koalicyjnych „przystawek” (przy użyciu służb albo posługując się polityczną korupcją), żeby teraz przy każdym głosowaniu być zmuszony straszyć, kupować i żmudnie zliczać najdrobniejszy sejmowy plankton.

Reklama

Naturalnym rozwiązaniem w tej sytuacji byłoby ogłoszenie przedterminowych wyborów. Kaczyński chciał to zrobić – mając nieomal gwarancję, że opozycja pójdzie do tych wyborów podzielona i zdemobilizowana, a on poprowadzi jedną listę, na której nie będzie już Gowina, a Ziobro albo zostanie całkowicie politycznie wykastrowany, albo też go nie będzie.

Teraz jednak to najprostsze rozwiązanie – czyli rozwiązanie parlamentu – zaczyna być nieoczywiste.

Kaczyński ma na karku maile Dworczyka, które jeszcze bardziej pogarszają atmosferę zarówno w Zjednoczonej Prawicy, jak i w samym PiS-ie.

A jeśli Tusk wróci, jeśli uda mu się skonsolidować i zmobilizować Platformę, jeśli wokół takiej skonsolidowanej i zmobilizowanej PO powstanie szersza opozycyjna lista – przedterminowe wybory mogłyby się dla Kaczyńskiego skończyć tak jak przedterminowe wybory w 2007, czyli utratą władzy. Zatem pozostaje mu dryfowanie.

Wiem, że słowo „jeśli”, jakim inkrustuję zdanie o powrocie Tuska, przypomina trochę słynną modlitwę żołnierza Napoleońskiego, który po zbyt wielu zakrętach rewolucji francuskiej (na zmianę zakazującej lub przyzwalającej na wiarę w Boga), modlił się przed bitwą takimi oto słowami: „Panie Boże, jeśli istniejesz, zbaw moją duszę, jeśli ją mam”. Ale większej pewności dotyczącej powrotu Tuska i politycznych konsekwencji tego powrotu nie mogę państwu zaprezentować, no bo sam jej nie mam.

Wracając jednak do skrzynki Dworczyka i zamieszkujących ją stworów, trudno dziś nawet powiedzieć, czy za wyciekiem korespondencji jednego z najbardziej wpływowych (przynajmniej do ubiegłego tygodnia) ludzi w państwie PiS stoją Rosjanie czy Mariusz Kamiński. Albo inni ludzie z Prawa i Sprawiedliwości (czasem pamiętający jeszcze mityczny „zakon Porozumienia Centrum”), którzy zniesmaczeni cwaniactwem Dworczyka i Morawieckiego postanowili ich obu skompromitować.

Z pozoru wyciekające za pośrednictwem komunikatora Telegram informacje są dla Dworczyka i Morawieckiego nieomal pochlebne.

Okazuje się, że Morawiecki wstydził się Przemysława Czarnka, kiedy ten – pracując jeszcze w kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy – zaatakował ludzi LGBT. Nie chodzi nawet o to, że miał inne poglądy (jakie poglądy ma Mateusz Morawiecki, to tajemnica, której nie zna być może nawet on sam). Chodzi raczej o to, że premier uważał, iż Czarnek kompromituje cały obóz władzy, a więc także i jego.

Jak się miało wkrótce okazać, zupełnie inne zdanie na ten temat miał lider tego obozu władzy, czyli Jarosław Kaczyński. On uczynił Czarnka superministrem resortu szkolnictwa wyższego i edukacji, czyli postanowił go użyć w roli młota na liberalną polską inteligencję. Morawiecki musiał oczywiście tę żabę przełknąć, a nawet udał, że mu ta żaba niezwykle smakuje. Po otwarciu skrzynki Dworczyka okazało się jednak, że jego entuzjazm dla superministra Czarnka w jego własnym rządzie jest absolutnym kłamstwem.

Poszczególne fragmenty ujawnionych komunikatów krążących pomiędzy najważniejszymi ludźmi obozu władzy są szeroko komentowane przez media (choć oczywiście raczej te niepisowskie). Są tam rzeczy naprawdę poważne, jak na przykład szczegóły dotyczące słabych stron naszej obronności pod rządami PiS-u. Jednak mnie osobiście najbardziej rozbawił fragment, w którym Mateusz Morawiecki, poinformowany o jakiejś „rewelacji” z obszaru polityki niemieckiej, kiedy dowiedział się, że przekazał ją czołowy niemiecki korespondent PiS-owskich mediów Cezary Gmyz (ten sam, który z dumą podpisuje się jako Cezary „Trotyl” Gmyz, gdyż milowym krokiem w jego karierze było obsłużenie prawicowych teorii spiskowych związanych z katastrofą smoleńską), stwierdził dość automatycznie: „poproszę o inne źródło”.

Myślę, że w ramach swojej dalszej autopromocji nasz kontrowersyjny korespondent w Berlinie powinien wykorzystać ten cytat – z samego w końcu premiera – i zacząć się podpisywać w mediach społecznościowych: „Cezary »Poproszę o inne źródło« Gmyz”.

Dlaczego jednak te niedyskrecje są dla Dworczyka, a przede wszystkim dla Morawieckiego tak niebezpieczne? Przecież w naszych oczach (mówię tu np. o autorach oraz czytelnikach portalu wiadomo.co) wiedza, że Morawiecki wstydzi się Czarnka, Gmyza uważa za hucpiarza, a nie dziennikarza – to nieomal komplement.

Proszę jednak pomyśleć, nie my jesteśmy prawdziwymi adresatami wycieków ze skrzynki Dworczyka. Jest tym adresatem najtwardszy rdzeń Prawa i Sprawiedliwości – w tym przywołani już przeze mnie Czarnek, Gmyz i ich wielbiciele. Jest tym adresatem sam

Jarosław Kaczyński, który – wbrew, jak się okazuje, intuicji Dworczyka i Morawieckiego – jako wicepremier odpowiedzialny za bezpieczeństwo państwa chciał widzieć protesty kobiet pacyfikowane przez wojsko, chciał mieć swój 13 grudnia, którego – w przeciwieństwie do 13 grudnia 1981 – by nie przespał, bo to on odgrywałby w tym dniu rolę Jaruzelskiego.

W oczach tych prawdziwych adresatów przecieków ze skrzynki Dworczyka zarówno jej posiadacz, jak też korespondujący z nim Morawiecki zostali skompromitowani. W najlepszym razie jako „miękiszony”, w najgorszym jako zdrajcy.

I z takim właśnie bagażem – gniazda os, w które ktoś wetknął patyk – Jarosław Kaczyński udaje się na kongres Prawa i Sprawiedliwości 3 lipca 2021.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Michał Dworczyk, Fot. Flickr/KPRM/Adam Guz

Reklama