Reklama

Protestowaliśmy na ulicach? Zagłosujmy przy urnach – pisze Cezary Michalski. – Sięgające od centrolewicy po liberalnych konserwatystów społeczeństwo obywatelskie musi się skupić na wsparciu opozycji partyjnej, przynajmniej raz na cztery lata, w kampanii wyborczej, w której partia może pokonać partię. Podczas gdy sarmaccy harcownicy z przerostem ambicji czy nowi anarchiści głoszący, że “po co nam politycy i partie, skoro możemy organizować protesty uliczne”, są wyłącznie sojusznikami Kaczyńskiego – podkreśla

Masowe społeczne protesty z początków i z połowy rządów PiS (w obronie Trybunału Konstytucyjnego, w obronie niezawisłych sądów, w ramach Komitetu Obrony Demokracji, inicjatywy Wolne Sądy czy Marszów Wolności) przyniosły skutek wszędzie tam, gdzie były uzupełnieniem i wsparciem dla opozycji parlamentarnej, opozycji zorganizowanej w PO, KE i KO. Nie pomogły, wręcz

zaszkodziły wszędzie tam, gdzie z powodu ambicji własnej lub zwyczajnego braku mądrości ich liderzy atakowali opozycję parlamentarną, próbując być dla niej konkurencją lub głosząc idiotyczną tezę: “po co nam partie, po co nam politycy, skoro mamy nasze protesty uliczne”.

Dlaczego ta teza była idiotyczna? Otóż dlatego, że tylko partia polityczna może odsunąć od władzy polityczną partię. Tylko partia polityczna może wygrać z polityczną partią. Oczywiście tak długo, jak długo nie mamy w Polsce pełnego autorytaryzmu czy wręcz totalitaryzmu, ale istnieje jeszcze zarówno pluralizm partyjny, jak też mechanizmy wyborcze, choćby najbardziej ograniczane.

Oczywiście, że obecna kampania wyborcza przebiega w sytuacji totalnego, niedemokratycznego monopolu PiS w mediach państwowych, w sytuacji użycia przez PiS wszystkich zasobów państwa (finansowych, organizacyjnych) w kampanii wyborczej jednej partii. Ale w czerwcu 1989 roku opozycyjna część społeczeństwa wygrała z władzą nawet częściowo wolne wybory.

Reklama

Także te wybory można wygrać, o ile nie będziemy się dystansować wobec własnej politycznej reprezentacji. O ile w stosunku do Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, Barbary Nowackiej, Katarzyny Lubnauer, Grzegorza Schetyny, Krzysztofa Brejzy, Kazimierza Michała Ujazdowskiego i innych… będziemy przestrzegali zasady „popierajmy swego szeryfa”.

Tym bardziej, że prawica popiera swego, w dodatku na zasadzie personalnego kultu, do którego my nie musimy się posuwać – wystarczy szczypta rozumu. Szeryfa można wymienić, jeśli okaże się, że nie obronił miasteczka przed bandą koniokradów czy rozpruwaczy sejfów. Ale w momencie wyborczego starcia trzeba mu w walce z bandziorami pomagać.

Krótka historia społeczeństwa obywatelskiego

Dopóki w Polsce istnieje pluralizm partyjny i proces wyborczy, rola KOD-u, Wolnych Sądów i innych podobnych inicjatyw społecznych nie powinna polegać i nie polegała na zastępowaniu opozycyjnych partii, ale na ich wspieraniu. Wszystkie te inicjatywy były próbą stworzenia społeczeństwa obywatelskiego po stronie liberalnego centrum, tak jak wcześniej prawica stworzyła swoje społeczeństwo obywatelskie w postaci Klubów “Gazety Polskiej, Solidarnych 2010, a później także “tożsamościowych mediów prawicy”, które ostatecznie stały się po prostu narzędziami propagandy PiS.

Przed rokiem 2015 liberalne centrum nie spieszyło się z tworzeniem własnych “tożsamościowych” ruchów społecznych, mediów czy innych sekciarskich inicjatyw na podobieństwo tego, co po Smoleńsku tworzyła prawica. Uważało bowiem – nie bez racji – że całe polskie państwo i całe polskie społeczeństwo, jego najważniejsze instytucje, to państwo, społeczeństwo oraz instytucje wszystkich Polaków, pracujące dla wszystkich Polaków, więc nie trzeba tworzyć sekciarskich struktur równoległych wyłącznie w tym celu, aby to wspólne państwo i społeczeństwo delegitymizować i niszczyć.

Rządy PiS przetestowały i sfalsyfikowały ten optymizm polskich “normalsów”. Po zdobyciu władzy przez PiS, po rozpoczęciu brutalnego pacyfikowania wybranych grup społecznych i instytucji objawili się bowiem nagle (i to w sporej liczbie) zarówno ukryci wcześniej prawicowi fanatycy, jak też oportuniści.

Ci pierwsi przez blisko trzy dekady III RP wyczekiwali na swój moment, co najwyżej odważnie wypisując w najbardziej ustronnych miejscach “generał Franco wam pokaże” (jak to kiedyś robił Lucuś, bohater niepomiernie śmiesznego, a zarazem tragicznie prawdziwego opowiadania Sławomira Mrożka “Ostatni husarz”).

Jarosław Kaczyński, bardzo świadomie używając brutalności własnej i swoich ludzi, przekonał po roku 2015 “ostatnich husarzy”, że już czas, aby się ujawnili, bo “chodźcie z nami, dziś nie biją”. Nie tylko zresztą “nie biją”, ale rozdają pieniądze i stanowiska.

Po roku 2015 pojawili się także – jak pod każdą bardziej brutalną władzą w historii Polski – zwyczajni oportuniści. Zgodnie z zasadą “wyrzucają? znaczy będą zatrudniać!” (cyt. za Ilia Ehrenburg, “Burzliwe życie Lejzorka Rojtszwańca”) skwapliwie zajęli oczyszczone przez PiS miejsca w mediach publicznych, spółkach Skarbu Państwa, prokuraturach i sądach, nawet jeśli nigdy wcześniej nie byli PiS-owcami, nie byli nawet prawicowi.

Pod rządami PZPR byli PZPR-owcami, pod Unią Demokratyczną byli unitami, pod władzą SLD – SLD-owcami, pod Platformą – platformersami. Dziś wysławiają geniusz Kaczyńskiego, jak prokurator Stanisław Piotrowicz czy profesor Kazimierz Kik.

Ujawnienie się ukrytych w głębokim podziemiu prawicowców i przejście na stronę nowej władzy oportunistów doprowadziło do sytuacji, w której wiele kluczowych instytucji liberalnego społeczeństwa i państwa nie obroniło się, a w najlepszym razie stało się “symtrystycznymi”, co w sytuacji bezwzględnego użycia przez PiS do politycznej walki wszystkich przejętych przez siebie instytucji państwa, a także przy wsparciu nowej władzy przez Kościół Rydzyka i Jędraszewskiego, przesunęło układ sił na korzyść prawicy.

Masowe protesty uliczne miały w tej sytuacji pozwolić zbudować liberalne, centrowe, prozachodnie i świeckie (nawet jeśli nie antyreligijne czy antyklerykalne) społeczeństwo obywatelskie. Miały być “tożsamościowymi” inicjatywami tego społeczeństwa. Miały przez to wzmocnić także polityczną reprezentację tego społeczeństwa – opozycję parlamentarną. W części tak się stało. KOD-owcy i działacze Wolnych Sądów znaleźli się na listach wyborczych KO, wielu z nich uczestniczy we wspólnych opozycyjnych inicjatywach kontroli przebiegu wyborów.

Inna część postanowiła jednak rozbijać elektorat, zgłaszając własne kandydatury lub próbując (najczęściej bez skutku) inicjować własne inicjatywy polityczne konkurencyjne dla Koalicji Obywatelskiej. Osobiste ambicje uniemożliwiły im zrozumienie najprostszej w tych wyborach zasady –

każdy głos rozproszony, stracony, jest głosem, z którego korzysta Kaczyński.

W połowie drogi z Brukseli do Moskwy

Po czterech latach swoich rządów PiS wyposażyło się już w narzędzia pozwalające “dyscyplinować”, zastraszać, a w ostateczności usuwać z zawodu sędziów i nauczycieli. Po wyborach Kaczyński i jego ludzie zapowiadają stworzenie podobnych narzędzi w odniesieniu do dziennikarzy.

Stosunek PiS do krytyki w Internecie pokazuje afera wokół profilu facebookowego “Sok z buraka”. W interpretacji “Sieci”, prokuratorów Ziobry, polityków PiS wzywanie przez prawicowych hejterów do zabójstwa polityków opozycji lub chwalenie morderstwa prezydenta Gdańska powinno być traktowane “symetrycznie” wobec powątpiewania, a nawet szydzenia w Internecie z tego, że Jarosław Kaczyński jest nowym “geniuszem Karpat” (jedno z imion, które rumuńscy wyznawcy i oportuniści nadawali Nicolae Ceausescu).

Publiczne wątpienie w nieomylność PiS-wskiego wodza ma być skryminalizowane.

Jeśli PiS ponownie zdobędzie samodzielną większość, będziemy mieli w Polsce przyspieszenie procesu demontowania wszelkich ograniczeń władzy, wszelkich bezpieczników czyniących demokrację “liberalną”, czyli ograniczoną wymogami prawa, niezdolną do odbierania praw wskazanym przez władzę grupom czy jednostkom. Kolejna kadencja samodzielnych rządów obozu Jarosława Kaczyńskiego będzie oznaczała przyspieszenie wędrówki Warszawy z okolic Brukseli w okolice Moskwy z przystankiem w Budapeszcie.

Dlatego sięgające od centrolewicy po liberalnych konserwatystów społeczeństwo obywatelskie musi się skupić na wsparciu opozycji partyjnej, przynajmniej raz na cztery lata, w kampanii wyborczej, w której partia może pokonać partię. Podczas gdy sarmaccy harcownicy z przerostem ambicji czy nowi anarchiści głoszący, że “po co nam politycy i partie, skoro możemy organizować protesty uliczne”, są wyłącznie sojusznikami Kaczyńskiego.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika “Newsweek”


Zdjęcie główne: Protest w obronie sądów w 2017 roku, Fot. Flickr/PO, licencja Creative Commons

Reklama