Reklama

W momencie, kiedy Putin otruł Nawalnego, a Łukaszenka przygotowuje się do ostatecznego spacyfikowania protestów na Białorusi, Kaczyński dokonuje ostrego zwrotu na Wschód – pisze Cezary Michalski. Dzisiaj państwo PiS w stosunku do Białorusi i Nawalnego w najlepszym razie jest nieme. W najgorszym razie realizuje endecko-targowicką koncepcję podporządkowania się Rosji i wrogości wobec Zachodu .

W apogeum kryzysu, kiedy każdy polityczny gest ze strony polskiego państwa, każda personalna decyzja w obszarze polskiej dyplomacji stają się podwójnie znaczące, ministrem spraw zagranicznych przestaje być Jacek Czaputowicz, który był autentycznie prozachodni, wywodził się z demokratycznej opozycji (w latach 80. był jednym z liderów Ruchu Wolność i Pokój), a jako szef MSZ odbudował może ze dwadzieścia procent kontaktów Polski w Europie i USA spośród stu procent, które zniszczył Witold Waszczykowski (częściowo z własnej nieudolności, a częściowo na wyraźne polecenie Kaczyńskiego).

Szefem polskiej dyplomacji, ministrem spraw zagranicznych kraju wciąż będącego członkiem NATO i Unii Europejskiej zostaje

Zbigniew Rau, człowiek, który w swoich publicznych wystąpieniach przedstawia współczesny demokratyczny i liberalny Zachód jako „cywilizację śmierci”,

miejsce zagrażające Polsce pod względem wartości, gdzie plenią się zalegalizowany homoseksualizm, pedofilia, zoofilia i eutanazja, a zachodni intelektualiści rozważają legalizację kanibalizmu.

Reklama

To z osobistych rozmów pomiędzy Zbigniewem Rauem a Jarosławem Kaczyńskim, który być może naprawdę uważa nowego szefa MSZ za autorytet i człowieka głęboko zorientowanego w ideowych trendach współczesnego Zachodu, wypączkowało jedno z ostatnich wystąpień Kaczyńskiego w prezydenckiej kampanii Andrzeja Dudy, w którym prezes PiS ostrzegał słuchaczy Radia Maryja i widzów Telewizji Trwam przed „przymusową eutanazją”, która wedle jego wiedzy jest codziennością Unii Europejskiej.

Zachowanie prawicowego obozu władzy w Polsce w czasie głębokiego kryzysu na wschodzie Europy powinno otrzeźwić wszystkich „symetrystów”.

Właśnie w takim momencie widzimy bowiem podstawową różnicę pomiędzy państwem PiS i epoką, kiedy premierem RP był Donald Tusk, a ministrem spraw zagranicznych Radosław Sikorski.

W tamtych czasach, wobec wyraźnych już prób odbudowywania przez Kreml kontroli nad jak największą częścią obszaru postradzieckiego (co dla krajów Europy Środkowo-Wschodniej zawsze jest zapowiedzią powrotu Moskwy do odbudowywania wpływów w całym naszym regionie),

Radosław Sikorski zdołał przekonać wszystkie państwa członkowskie UE do przyjęcia programu Partnerstwa Wschodniego, który był najaktywniejszą w całej dotychczasowej historii Unii Europejskiej formą prowadzenia przez demokratyczny Zachód asertywnej polityki wschodniej.

Adresatami programu Partnerstwa Wschodniego były dawne kraje postradzieckie, w tym kluczowe dla geopolitycznego bezpieczeństwa Polski Białoruś i Ukraina.

Przekonanie wszystkich krajów unijnych do prowadzenia tak aktywnej polityki wschodniej nie było łatwe. Np. Francja, która namówiła Unię do analogicznego projektu adresowanego do krajów Afryki Północnej (czyli w obszarze własnych geopolitycznych interesów), nie chciała początkowo poprzeć Partnerstwa Wschodniego, gdyż Paryż tradycyjnie uważał całe wschodnie pogranicze UE za domenę Rosji. Sikorski, przy wsparciu Tuska i byłego premiera Szwecji, a później ministra spraw zagranicznych tego kraju Carla Bildta, przekonał jednak do Partnerstwa Wschodniego Angelę Merkel, która pomogła mu przekonać ówczesnego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego.

Dzisiaj państwo PiS w stosunku do Białorusi i Nawalnego w najlepszym razie jest nieme. W najgorszym razie realizuje endecko-targowicką koncepcję podporządkowania się Rosji i wrogości wobec Zachodu (a szczególnie wobec Unii Europejskiej utożsamianej przez rządzącą prawicę po prostu z Niemcami).

Zbigniew Rau w czasie posiedzenia sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, której był szefem, starał się spacyfikować dyskusję na temat Białorusi twierdzeniem, że „sprawy nie są tam jednoznaczne”.

Dużo mniej wątpliwości mają prawicowi publicyści z telewizji Jacka Kurskiego, którzy rozmawiając na antenie z białoruskimi opozycjonistami pytają ich ostentacyjnie: „czy Białorusini są pewni, że ich kraj powinien przyjmować unijne pseudowartości?”. Zapytana w ten sposób działaczka białoruskiej opozycji była początkowo przekonana, że jej rozmówca ironizuje, gdyż Polska wciąż kojarzy się w Mińsku z zachodnią demokracją.

I znów zachowanie państwa PiS wobec kryzysu na Białorusi jest totalnym przeciwieństwem czasów Majdanu, kiedy Radosław Sikorski wraz z szefami dyplomacji Francji i Niemiec (czyli tradycyjne kompetencje Polski w dziedzinie polityki wschodniej osłonięte całym politycznym potencjałem Unii) skutecznie wynegocjował zakończenie przelewu krwi w Kijowie.

Polska prawica miała w swojej historii rozmaite sukcesy i wpadki, jednak od czasów PRL aż po pierwsze dekady Trzeciej Rzeczypospolitej była siłą zdecydowanie prozachodnią i doskonale rozumiejącą ryzyko pozostawania Polski w rosyjskiej strefie wpływów albo w strefie buforowej pomiędzy Zachodem i Rosją. Dopiero

pod wodzą Jarosława Kaczyńskiego polska prawica stała się nurtem jednoznacznie antyzachodnim, a przez to faktycznie prorosyjskim.

Jarosław Kaczyński, pokłóciwszy się kiedyś z Markiem Jurkiem, miał się głośno zastanawiać, czy jego dawny prawicowy sojusznik jest „agentem”, czy też po prostu „wariatem”. Dziś, kiedy rządzone faktycznie przez Kaczyńskiego państwo jest konsekwentnie nieme wobec Putina i Łukaszenki i równie konsekwentnie wrogie wobec demokratyczno-liberalnego Zachodu, należałoby to pytanie powtórzyć pod adresem samego Jarosława Kaczyńskiego.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Jarosław Kaczyński, Fot. Flickr/Sejm RP/Aleksander Zieliński, licencja Creative Commons

Reklama