Reklama

„Suwerenność” Kaczyńskiego jest cytatem ze słownika Putina, Łukaszenki i innych lokalnych „suwerennych demokratów”, dla których „suwerenność” oznacza wyłącznie odrzucenie norm cywilizacyjnych i prawnych należących do najszerzej rozumianej tradycji Zachodu – pisze Cezary Michalski

W ciągu paru ostatnich tygodni Kaczyński zrzucił maskę polityka, który choćby udaje, że zależy mu na utrzymaniu Polski w zachodnich strukturach politycznych, gospodarczych i militarnych.

Przed paroma tygodniami Kaczyński, Morawiecki i inni czołowi politycy obozu władzy ogłosili tryumfalnie przystąpienie ugrupowania rządzącego dziś Polską do antyunijnego sojuszu z Marine Le Pen, Salvinim, hiszpańskim Voxem, Orbánem, a w przyszłości zapewne także Alternatywą dla Niemiec (Salvini, Le Pen i politycy hiszpańskiego Vox-u publicznie deklarują, że zależy im na sojuszu z niemiecką skrajną prawicą).

W Alternatywie dla Niemiec zakochany jest zresztą ambasador Kaczyńskiego w Berlinie Andrzej Przyłębski.

Kaczyński opowiadający na użytek krajowej prawicy o wielomiliardowych „reparacjach wojennych”, które miałby rzekomo wywalczyć od Niemiec, utrzymuje na placówce dyplomatycznej w Berlinie człowieka ze sobą zaprzyjaźnionego, od siebie całkowicie zależnego, który publicznie chwali partię walczącą o „odkłamanie niemieckiej historii”, co ma polegać m.in. na uznaniu, że żołnierze Wehrmachtu we wrześniu 1939 w Polsce albo latem 1941 roku na Ukrainie „zachowywali się honorowo”. Nie wiem, jak się z tym prywatnie czuje antyniemiecki ultrapatriota Zdzisław Krasnodębski, bo publicznie czuje się z tym świetnie.

Reklama

Przyłębski jako ambasador Kaczyńskiego przymila się do niemieckiej skrajnej prawicy, która pogardza Polakami, wyłącznie dlatego, że ta skrajna prawica nienawidzi Unii Europejskiej i obiecuje ją zniszczyć. Partia Marine Le Pen, partia Salviniego i Vox są finansowo, propagandowo i logistycznie wspierani przez Władimira Putina, ponieważ w programie każdego z tych nowych sojuszników Kaczyńskiego znajdują się zapowiedzi nie tylko wyjścia ich krajów z UE, ale także rozmontowania NATO. Gdyby im się udało, wydałoby to podzieloną i bezbronną Europę na łaskę Kremla.

Do tego doszedł właśnie „wyrok” ogłoszony przez kreatury Kaczyńskiego w skleconym przez niego ze złamaniem konstytucji i prawa, byle jak, z byle kogo, „trybunale” Julii Przyłębskiej.

Ten „wyrok” wyprowadza Polskę z systemu prawnego Unii Europejskiej. Jest on tak samo „niezawisły”, jak „wyrok”, który w ubiegłym roku, z woli Kaczyńskiego, zniszczył kompromis aborcyjny w Polsce. Do tego dochodzi zapowiedź drugiego, jeszcze ważniejszego „wyroku”, który ma zapaść w sierpniu.

Kaczyński kazał Przyłębskiej rozdzielić oba „wyroki”, ponieważ także wobec Unii, podobnie jak wobec Polaków, próbuje zastosować swoją ulubioną strategię gotowania żaby na wolnym ogniu – w tym wypadku podążania na drodze do polexitu tak, aby nikt nie zauważył momentu, w którym zostanie wykonany decydujący i nieodwracalny krok.

Jednocześnie nastąpiło zablokowanie nominacji amerykańskiego ambasadora, gdyż Kaczyński zdecydowanie woli Putina od Brzezińskiego. PiS, nieco przerażony konsekwencjami tej awantury, daje teraz do mediów przecieki, że nowy ambasador mógłby ewentualnie zostać zaakceptowany przez polski MSZ we wrześniu, ale żadna decyzja oficjalnie nie zapadła. Kaczyński uważa, że będzie miał w ten sposób dodatkowy środek nacisku na Amerykanów, który może mu się przydać przy niszczeniu TVN-u.

Jednocześnie mamy bowiem także zapowiedź (wzmocnioną projektem ustawy) wypchnięcia z Polski jednego z najważniejszych amerykańskich inwestorów w naszym kraju, firmy Discovery, ponieważ jest ona właścicielem jednego z ostatnich niezależnych od PiS-u polskich mediów.

Do tego dochodzi rozpoczęta przez PiS awantura (konfliktująca rząd w Warszawie jednocześnie z polskimi właścicielami, z USA i z Izraelem) wokół reprywatyzacji.

Jakkolwiek staraliby się to wszystko wytłumaczyć opłacani publicznymi pieniędzmi i stanowiskami w państwie Kaczyńskiego „symetryści” z Klubu Jagiellońskiego i innych „konserwatywnych” środowisk kupionych przez PiS (zawsze używam w tym kontekście słowa „konserwatyzm” w cudzysłowie, bo faktyczny konserwatyzm nie zasługuje na to, by mieszać go z błotem zwyczajnego oportunizmu), nie można już mówić, że Kaczyński wybiera Waszyngton przeciwko Brukseli albo że gra z Brukselą, żeby przeciwstawić się Waszyngtonowi. Albo że rozgrywa Brukselę, Waszyngton i Tel Awiw, aby np. przeciwstawić się Berlinowi. Nie, on bardzo konsekwentnie i bardzo świadomie izoluje Polskę od wszystkich zachodnich, demokratycznych, liberalnych stolic.

Jego wybór jest prosty. Jego antyzachodnia – i wyłącznie antyzachodnia – „suwerenność” ma oznaczać rozwiązanie tej władzy rąk, pozbawienie jej wszelkich ograniczeń na drodze do zbudowania zamordyzmu w Polsce. „Suwerenność” Kaczyńskiego nie ma nic wspólnego z właściwym znaczeniem tego słowa – gdzie suwerenny rząd walczy o pieniądze, przywileje, siłę dla własnego państwa, dla własnych obywateli.

„Suwerenność” Kaczyńskiego jest cytatem ze słownika Putina, Łukaszenki i innych lokalnych „suwerennych demokratów”, dla których „suwerenność” oznacza wyłącznie odrzucenie norm cywilizacyjnych i prawnych należących do najszerzej rozumianej tradycji Zachodu.

Trybunał Przyłębskiej nie unieważnia orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości UE po to, aby zdobyć dla Polski więcej pieniędzy albo wywalczyć dla Polaków jakieś nowe przywileje w Unii. Przeciwnie, Przyłębska, Piotrowicz, Pawłowicz i inne kreatury Kaczyńskiego ryzykują na jego rozkaz zarówno unijne pieniądze dla Polski, jak też wszystkie przywileje i prawa, jakie Polacy posiadają w Europie jako obywatele kraju członkowskiego UE.

A robią to wyłącznie po to, aby Kaczyński i Ziobro mogli dalej niszczyć polskich niezawisłych sędziów i sądy, aby mogli bez przeszkód mianować prawicowych hejterów sędziami wszystkich szczebli.

Oni zgadzają się stracić pieniądze dla Polski, zaryzykować wszelkie przywileje, jakie Polacy wywalczyli jako obywatele kraju członkowskiego UE, po to tylko, aby Kaczyński miał rozwiązane ręce w budowaniu zamordyzmu w Polsce.

Do Putina z Abramsami

Ponieważ wszystkie te działania niszczą sojusz Warszawy zarówno z Brukselą, jak też z Waszyngtonem, a świadomość, że tak się dzieje, przeraziłaby nawet znaczną część wyborców Prawa i Sprawiedliwości, Kaczyński dokonał kroku osłonowego, PR-owego, zaopatrzył się w propagandowe alibi. Tym alibi stało się ogłoszenie przez niego i Błaszczaka informacji o zakupie przez Polskę najdroższych amerykańskich czołgów Abrams.

Abramsy w zapowiadanej przez Kaczyńskiego i Błaszczaka konfiguracji pasują do polskiej armii po sześciu latach rządów PiS mniej więcej tak samo, jak myśliwce F-35. Są – jak nie bez racji napisał Witold Jurasz – „wyspą nowoczesności w muzeum techniki”. Podobnie jak w przypadku zakupu myśliwców F-35 jest to decyzja PR-owa, a nie strategiczna.

W przypadku F-35 Kaczyńskiemu chodziło o kupienie sobie sympatii Donalda Trumpa. W przypadku Abramsów moment ogłoszenia decyzji o ich zakupie nie jest nawet związany z zawarciem jakiegokolwiek kontraktu z USA, bo żaden taki kontrakt nie został zawarty. Nawet nie wiadomo, czy ta decyzja realnie została podjęta (jako „decyzję” media Kaczyńskiego sprzedały zaledwie „wolę” i „ofertę” złożoną przez ministra Błaszczaka). Moment ogłoszenia woli zakupu Abramsów wynika wyłącznie z konieczności propagandowego osłonięcia podjętej przez Kaczyńskiego decyzji o wyprowadzeniu Polski z prawnego ładu Unii Europejskiej.

Ta PR-owa decyzja Kaczyńskiego ma Polskę kosztować 23 miliardy złotych. Nie z budżetu MON, w sumie nie wiadomo, z jakiego budżetu.

Plotka (która jest w państwie PiS-u jedyną wiarygodną informacją) głosi, że rząd, aby kupić Abramsy za pieniądze, których nie posiada, zamierza wyemitować obligacje. Zaciągnąć kolejny dług, który Polacy będą spłacać przez lata.

Moje pokolenie spłacało długi Gierkowskie. Były to przynajmniej pieniądze, za które zbudowano Hutę Katowice i parę innych, mniej lub bardziej udanych, inwestycji. Nie bardzo mnie cieszy, że moje dzieci, a może nawet wnuki, będą spłacać dług za Abramsy, których Kaczyński potrzebuje wyłącznie po to, aby propagandowo osłonić wyprowadzenie Polski z politycznych, gospodarczych i militarnych struktur Zachodu.

Kupno amerykańskich czołgów za gigantyczne pieniądze, których nasz kraj nie posiada, ma być alibi przerastającym poziom refleksji braci Karnowskich, Zdzisława Krasnodębskiego czy innych PiS-owskich patriotów. No bo przecież jak można zarzucać Kaczyńskiemu pakowanie Polski w objęcia Putina, skoro w tym samym czasie kupuje amerykańskie czołgi?

Otóż nie jest to paradoks zbyt skomplikowany. Nie pochodzenie sprzętu wojskowego rozstrzyga o geopolitycznym położeniu danego kraju, ale jego ustrój i kierunkowe decyzje polityczne rządzących tym krajem polityków.

Dyktator Iraku Saddam Husajn kupował broń nie tylko od Rosja, ale także od Francuzów, Anglików i Amerykanów, jednak decyzje ustrojowe i polityczne, jakie podejmował, czyniły go peryferyjnym „suwerennym” zamordystą.

A cała jego „suwerenność” polegała na deptaniu wolności obywateli własnego państwa. Rozumiał zatem „suwerenność” dokładnie tak, jak rozumie ją Jarosław Kaczyński.

Cezary Michalski
Autor jest publicystą tygodnika „Newsweek”


Zdjęcie główne: Jarosław Kaczyński, Fot. Flickr/Sejm, licencja Creative Commons

Reklama